|
|
|
Jan Kobuszewski |
◗ Ma Pan opinię wybitnego aktora komediowego, więc pytam Pana jako eksperta: czy wystarczająco dużo się na co dzień uśmiechamy?
Nie zawsze. Uważam, że jesteśmy narodem, który umie nie tylko się uśmiechać, ale i śmiać, lecz w równym stopniu – narzekać. Kiedyś powiedział mi jeden bardzo mądry człowiek, że na swoje kłopoty i myślenie o nich trzeba przeznaczyć maksimum pół godziny dziennie – zastanowić się, jak się ich pozbyć i jak żyć, a potem cieszyć się życiem. To prawda. Jeżeli człowiek jest zdrowy, nie dotknęły go nieszczęścia losowe, bez względu na to, czy jest bogaty, czy biedny, powinien, moim zdaniem, żyć z radością.
◗ Pan się do tego sam stosuje?
Chyba tak, dzięki temu tyle lat żyję!
◗ Dziennikarz „Filmu” Krzysztof Demidowicz tak napisał o Panu: „Kobuszewski jakby mimochodem, nie narzucając się publiczności, podniósł sztukę rozśmieszania na wyższe piętro. Fenomen jego aktorstwa polega na połączeniu żywiołowego komizmu z zadumą i autoironią. Dzięki temu bez oporów pozwalamy mu demaskować nasze wady i ułomności, ujawniać niezaspokojone marzenia i tęsknoty”. Czy w życiu rodzinnym brakuje nam autoironii czy zadumy, aby dopełnić komizmu?
Życie rodzinne jest darem, ale wymaga wielkiej umiejętności, której nie osiąga się tylko dzięki swojemu wychowaniu, lecz także dzięki wychowaniu współmałżonka lub współmałżonki. To bardzo skomplikowany proces, w którym rzeczywiście zawsze potrzeba trochę ironii – nie mylić z szyderstwem. Na pewno potrzeba dużej dozy autoironii, ale jeśli chodzi o sprawy rodzinne, to także wielokrotnie zadumania, przemyśleń i trochę mądrej filozofii. Dzięki temu pożycie familijne będzie dla wszystkich satysfakcjonujące, a twierdzę z całą pewnością, że jest czymś najważniejszym, czym nas Pan Bóg i natura obdarowali.
◗ Jednak dziś żyjemy w pośpiechu, czasu mamy coraz mniej, na zadumę też.
Po pierwsze, zaduma, moim zdaniem, nie ma związku z pędem, w jakim żyjemy. Po drugie – czas sami sobie na różne sposoby ograniczamy. Brak nam go, jeżeli poświęcamy się tylko pracy, jeśli mamy ogromne wymagania w stosunku do świata i wielkie aspiracje co do przyszłych osiągnąć. Moja filozofia jest nieco inna. Cieszę się tym, co mam. Nigdy nie chciałem być człowiekiem bogatym, lecz takim, któremu wystarcza na utrzymanie siebie i rodziny. Nic więcej mi nie potrzeba. W związku z tym mam czas na spotkania rodzinne, jedynie wiek i zdrowie mi je ograniczają. Jako młody człowiek rzeczywiście dużo pracowałem i miałem mało czasu na bycie z córką i żoną, wychodziłem o dziewiątej rano, a wracałem z teatru, kabaretu, nocnych nagrań o drugiej w nocy. Przy tym zarobki były żadne, a odpowiedzialność za bliskich ogromna. Mimo wszystko starałem się nie pracować ponad siły. Praca wtedy jest przyjemnością, gdy człowiek się jej poświęca z radością i zadowoleniem. W nadmiarze staje się męką.
◗ Czy udało się Panu przekazać córce umiejętność życia z uśmiechem, ale i zadumą?
Tak, choć nie wiem, czy to zasługa moja czy żony, a może obu babć córki i mojej ciotki. Jestem z córki bardzo dumny, gdyż potrafi w każdej sytuacji życiowej być uśmiechnięta, a z drugiej strony bardzo poważnie myśli o życiu, byciu matką i pracy. Mam w niej prawdziwego przyjaciela.
![]() |
| Jan Kobuszewski z żoną Hanną - małżeństwo od 52 lat fot. FORUM |
◗ Czy małżonków musi łączyć poczucie humoru? Może ich przecież łączyć wiele innych rzeczy.
Absolutnie powinno ich łączyć poczucie humoru! Natomiast jeżeli jedno z małżonków urodziło się bez poczucia humoru, to drugie nie może nadużywać swojego poczucia humoru, bo grozi to tragedią. Małżeństwo polega przede wszystkim na zrozumieniu. Musimy znać wszystkie swoje wady i zalety, jednak nie wykorzystywać tych wiadomości w walce, tylko starać się układać wzajemne stosunki tak, by małżeństwo nam bardzo długo służyło. Nie powinno nudzić się sobą, a do tego konieczne jest właśnie poczucie humoru.
◗ Czy śmieszą Pana te same rzeczy co Pańską żonę?
Żona ma inne poczucie humoru niż ja. Od początku śmialiśmy się z czego innego. Moje poczucie humoru było rubaszne, polegało na dobrotliwej złośliwości. Żonie to nie odpowiadało, ale z czasem się przyzwyczaiła. Tymczasem ona zawsze pękała ze śmiechu, kiedy się przewróciłem, co mnie z kolei wcale się nie podobało. W pierwszej chwili pytała, czy nic mi się nie stało, a potem zaraz w śmiech. Dziś uważam, że to wspaniałe! Najpierw się zatroszczy, a potem zarykuje ze śmiechu. 52 lata małżeństwa świadczą o tym, że potrafiliśmy się zrozumieć. Dotarliśmy się.
◗ Czy kiedy oglądacie Państwo filmy, to śmiejecie się oboje w tych samych momentach?
Nie, w absolutnie różnych. Każde z nas – czy to w sztuce teatralnej, czy w filmie – znajduje inne chwile, które go bawią. Żona się śmieje głośno, a ja pękam ze śmiechu, ale… w środku, bo mojego śmiechu nigdy nie słychać.
◗ A wzruszacie się Państwo przy tych samych scenach?
Tak. Ja mam oczy w mokrym miejscu. Na melodramatach często łezka mi pocieknie. Żonie chyba też.
◗ Ktoś powiedział, że poczucie humoru może uratować małżeństwo. Czy sądzi Pan, że to prawda?
Myślę, że nie w każdym wypadku. Nie jestem jednak ekspertem w tych sprawach, ponieważ miałem i mam tylko jedną żonę. Więcej żon mieć nie zamierzam.








