![]() |
| Olgierd Łukaszewicz fot. EMILIA GOWIN |
◗ Jest Pan zapraszany przez różne środowiska i jeździ po Polsce, aby rozmawiać o filmie Generał Nil. Z jakimi reakcjami się Pan spotyka?
Z tych rozmów wynika, że film porusza tematykę wstydliwie przemilczaną i w związku z tym dotyka czegoś, co możemy nazwać sumieniem Polaków. Młodzież patrzy na tę historię ze zdumieniem, ale i wiąże z tym, co dzieje się w polityce, w sądach.
◗ Kiedyś Tomasz Łubieński pisał o dylemacie: „Bić się, czy nie bić?”. Pan z kolei mówi, że dziś on brzmi: „Pamiętać, czy nie pamiętać?”. Dlaczego postać Augusta Emila Fieldorfa „Nila” wydaje się dziś niemal kluczowa dla zrozumienia losów i postaw ludzi, którzy walczyli o wolność naszego kraju?
Film jest hołdem oddanym Polakom, którzy znaleźli się w podobnej sytuacji i przypłacili to życiem. Dotyczy pokolenia, nie tak odległego, które sobie Polskę zaprojektowało i wywalczyło i dlatego tragicznie przyjęło odebranie wolności w 1939 roku. Dla tej generacji wyzwolenie Polski spod okupacji niemieckiej nie było wyzwoleniem. Niejasności wokół sporu, czy to było wyzwolenie, czy nowa okupacja, trwają do dzisiaj. Fieldorf reprezentował racjonalne spojrzenie na problem wybuchu powstania warszawskiego. Był pragmatykiem, dlatego był niezbyt chętnie postrzegany przez emigrację londyńską.
◗ Bazując na biografii Fieldorfa, można by nakręcić kilka filmów.
Bugajskiemu chodziło głównie o przedstawienie procesu sądowego i pokazanie, kogo w sposób świadomy stracono. Komuniści wiedzieli, że mają bohatera, a mimo to go stracili. Takich hańbiących wyroków było więcej.
◗ Fieldorf w Pana kreacji przekonuje niezłomną postawą, z której emanuje wewnętrzna siła.
Gra sprowadza się głównie do powściągliwości i zachowania skromności. Ale zdarzają się i opinie ironiczne, że tak kryształowy bohater nie mógł istnieć… Przepraszam, ale czy nie znamy prawdziwych historii podobnych ludzi, nawet z kręgu naszych rodzin?
◗ Pana bohaterowie zawsze mają jakąś ważną misję do spełnienia. Gabriel Basista z Soli ziemi czarnej, Józef Odrowąż z Wiernej rzeki, nawet liryczny Albert z Seksmisji, a teraz Fieldorf…
Cokolwiek by opowiadał na wesoło Juliusz Machulski, to byłem przekonany, że kręcimy żart ze stanu wojennego, że śmiejemy się z totalitarnego państwa. Wierna rzeka również powstała w stanie wojennym.
◗ A Gorączka Agnieszki Holland?
Ten film nie otrzymał Grand Prix na Festiwalu w Berlinie Zachodnim. Byłem świadkiem, jak członkowie jury podchodzili do Agnieszki Holland i tłumaczyli, że nie wolno drażnić Związku Radzieckiego. Należę do generacji, która wpisuje się w narrację i legendę mitu narodowego. Te tematy zawsze miały dla nas najwyższą rangę i one ustawiały aktora w pewnej gradacji. Tak było ze Zbigniewem Cybulskim w Popiele i diamencie, Gustawem Holoubkiem w Dziadach. A co ważne, to nie Hamlet, a właśnie Konrad staje się specjalnością polskich aktorów. I jeśli ten Nil jest niczym Maciek Chełmicki – jak pisał Tadeusz Sobolewski – to jest to bliskie także moim odczuciom.
◗ Zagrał Pan w wielu ważnych polskich filmach. Jak wyglądała Pana współpraca ze znanymi reżyserami?
Miałem szczęście, że jako młody aktor byłem angażowany przez wybitnych twórców. Oni pokazali mi świat z różnych stron, i tych intymnych – lirycznych, i narodowych. Ci pierwsi reżyserzy stworzyli we mnie aktora, bo aktor tak naprawdę powstaje w głowie. Trzeba, jak to mówi Jerzy Stuhr: „Wewnętrznie się ucharakteryzować”. Wewnętrznie zobaczyć postać, którą się gra. Zrozumiałem to przy realizacji Soli ziemi czarnej Kazimierza Kutza. Obdarzyłem tę rolę swoimi emocjami, ale pod szczególnie ciepłym okiem Kutza. Kutz był taką osobą, która mnie otworzyła. Był jak starszy brat, a czasami ojciec.
◗ Potem była współpraca z Andrzejem Wajdą…
Szalonym przeżyciem było nakręcenie w ciągu dwudziestu ośmiu dni Brzeziny. Dopiero po latach znalazłem w wytwórni scenopis, którego nigdy nie widziałem na planie. Braliśmy pod uwagę tylko nowelę. Zdania z niej inspirowały plan dnia, część dialogów trzeba było wymyślać. Dla początkującego aktora to było duże wyzwanie, ale Andrzej potrafił wyzwalać wiarę w siebie.
Potem spotkałem Jerzego Antczaka, który obsadził mnie w roli Janusza Ostrzeńskiego w Nocach i dniach. On również oczekiwał, że postać narodzi się we mnie. Antczak lubił aktorów i to owocowało, a w każdym razie na mnie działało. My, aktorzy, byliśmy traktowani jak pieszczoszki. Ci cwani reżyserzy wiedzą, że wtedy aktor rozkwita, czuje rolę i mniej siebie kontroluje.
◗ Jakie znaczenie mają dla Pana rady i opinie bliskich?
Cenię sobie różne głosy, nie kieruję się jednak opinią jednej osoby. Aktorzy mają czasami taki nawyk, że kiedy w sytuacjach pozazawodowych coś opowiadają, to od razu pytają, czy dobrze wypadli. Tak jak na próbach, gdy reżyser akceptuje poszczególne fragmenty roli. Wpada się w manierę żądania opinii. Aktorzy są próżni i ja też do nich należę, czekając na echo rezultatów swojej pracy. A w rodzinie jest tak: kiedy moja córeczka widziała mnie w telewizji, to stawała między mną i telewizorem. Musiałem jej tłumaczyć: „Zejdź z drogi, kochanie, bo tatuś chce zobaczyć rezultat swojej pracy”. Gdy widzi mnie pięcioletni wnuk Adaś i wyłącza telewizor, nie protestuję i nie mam żadnej potrzeby konfrontowania się z tym, co robiłem, bo wnuk może już wszystko. Jest mi oczywiście miło, jeśli mój brat bliźniak, operator filmowy, zwraca uwagę na dobre recenzje, a starszy brat inżynier, mówi: „Tę rolę zagrałeś tak, że cię nie poznałem”. Byłem postacią, a nie bratem, więc to jest najwyższy dowód uznania.
◗ Nad czym Pan obecnie pracuje?
Na Festiwalu Filmowym w Gdyni zostanie pokazany film Miasto z morza w reżyserii Andrzeja Kotkowskiego. Gram niewielką, ale dosyć znaczącą rolę twórcy Gdyni i portu, inżyniera Tadeusza Wendę. Gram także w filmie Jacka Koprowicza o Witkacym, a w teatrze przystąpiłem do prób Szewców Witkacego w reżyserii Macieja Prusa.
◗ Bardzo dziękuję za rozmowę.







