Urodziłam się w szpitalu wojskowym w Alejach Ujazdowskich w 1923 roku jako dość duże dziecko, ale od początku byłam przeciętna pod każdym względem. Kiedy wróciłam do Warszawy z tułaczki ze Wschodu, to bardzo chciałam odnaleźć to miejsce. Wiedziałam, że szpital był w parku. Byłam tam po raz ostatni, kiedy miałam trzy lata i urodził się mój brat. Pamiętam, jak tam pachniało. Zapach jest dla mnie bardzo ważny. Węchem potrafię odkryć złodzieja, ale co z tego, kiedy i tak go nie złapią? Chciałam zobaczyć budynek szpitala. Jednak w parku było dużo drewnianych domków, co psuło moje widzenie z dzieciństwa, więc dałam spokój poszukiwaniom.
Potem wyjechałam do Łodzi, zaczęły się filmy, uczyłam się tańca. Moje bardzo intensywne życie dokładnie sobie poukładałam, bo inaczej nie byłabym w stanie pracować. Porządku nauczył mnie ojciec. Nauczył mnie, że jeśli przed kąpielą wieczorną poskładam ubranie, to będę mogła się szybko ubrać, gdy zajdzie taka potrzeba. To mi pomogło i w obozie, i w więzieniu, w Powstaniu, a potem w pracy. Jeśli człowiek wszystko sobie poukłada w głowie, to działanie przychodzi mu łatwiej.
W Łodzi zdałam aktorski egzamin eksternistyczny. Wychodzę z egzaminu, a tam przed drzwiami stoi facet z taką myszką na twarzy i drugi, który przedstawia się jako dyrektor teatru w Warszawie. To byli pan Meller i Julian Tuwim. Tuwim pyta, czy mogę pojechać do Warszawy, bo otwiera tam teatr i chciałby, żebym w nim grała. Mówię do niego: „Przecież pan mnie nie zna”. Ja sama byłam zaskoczona, że Tuwim stoi przede mną, jednak byłam po tylu wojennych przejściach, że nie dałam tego po sobie poznać. Wiedziałam, że to dla mnie szansa, ale byłam zaangażowana do łódzkiego Teatru Syrena. Jednak udało się załatwić z Jerzym Jurandotem moje przejście do Warszawy. Bardzo było mi to na rękę, bo chciałam być bliżej mojej rodziny.
Pierwszą sztuką, w której zagrałam, był Słomkowy kapelusz. W tym spektaklu tańczyłam i śpiewałam. Potem do Warszawy przeniósł się z Łodzi Teatr Syrena. A pewnego dnia zaproszono mnie do radia. Tam przeczytałam monolog Tuwima: „Wysoka Sądowa Admyralicjo, Panie Trybunale Kodeksu Karnego…”. Z okien radia spojrzałam w Aleje Ujazdowskie. Wróciła do mnie myśl o szpitalu. Ale życie, jak zwykle, pochłonęło mnie i znowu nie szukałam miejsca moich narodzin…
![]() |
| Alicja Janowska fot. Michał Góral |
Aktorstwo to zawód, w którym często zdarzają się konflikty i zazdrości. Czy udało się Pani tego uniknąć?
Jestem entuzjastką talentów, uwielbiam ludzi utalentowanych, bez względu na dziedzinę, jaką uprawiają. Być może moje emocje są pozytywnie ukierunkowane do ludzi.
Nigdy nikt nie zalazł Pani za skórę?
Nie dostrzegałam tego. Raz dyrektor Klekow wyrzucił mnie z teatru, ale ja mu tego nie wypomniałam. Zresztą stało się to dlatego, że miałam wyjazd zarobkowy i potrzebowałam na ten czas urlopu z teatru, a dyrekcja się nie zgadzała.
Nie pozostawiło to w Pani urazy?
Nigdy nie myślałam o tym, że ktoś może knuć coś za moimi plecami. To bardzo pomaga. Biorę każdego człowieka z najlepszej strony. Czasem wydaje się, że takiej strony w kimś nie można znaleźć (śmiech), ale to są ludzie z kompleksami, z ciężką drogą życiową.
Pani w takich ludziach znajduje pozytywną stronę?
Jasne, że tak!
Dlaczego?
Tak zostałam wychowana. Taki był mój ojciec. Był bardzo wymagający, ale w swoich uczniów wkładał wiele pracy. Był też wspaniałym aktorem komikiem. Na bieżąco przetwarzał to, co się działo. Świetnie parodiował innych. Kiedy kłócił się z mamą, zawsze byłam po jej stronie. Była przystanią, do której uciekałam i się tuliłam. Teraz jednak to jego częściej wspominam. Odziedziczyłam po ojcu zdolności aktorskie, a po mamie – śpiewacze. Mama miała piękny mezzosopran. Profesor, do którego poszłam, powiedział, że mam głos operowy o dużej skali. Jednak opera mnie nie interesowała.
A wartości wyniesione z domu?
Rodzina była bardzo katolicka. Tata przy swoich aktorskich umiejętnościach bawił się z moim bratem w odprawianie Mszy po łacinie. Robił to, żeby nauczyć Witka służenia do Mszy. To była prawdziwa wiara, bo przenosiła wartości nawet przez zabawę.
Jeśli w dzieciństwie wiara jest tak wszechobecna, to często potem następuje bunt i odrzucenie.
Wielokrotnie musisz ważyć swoją wiarę nabytą. Jak to jest, że tak długo, jak Kościół jest tak poważną instytucją, nie udało się nauczyć ludzi samooceny? Ludzie często nie wiedzą, na przykład, kiedy pójść do spowiedzi. Ja sama siebie oceniam ostro.
Czy w czasie wojny nie miała Pani pokusy zwątpienia?
Przeciwnie. Byłam uwięziona na Pawiaku w celi z dwudziestoma czterema kobietami z Ravensbrück. One myślały, że wyjdą na wolność. Codziennie odmawiały Litanię do Matki Bożej. Ja nie odmawiałam, bo forma litanii jest dla mnie bardzo trudna. Żeby wypełnić zadanie litanii, trzeba mieć umiejętność wielkiego skupienia albo mieć wiarę bez najmniejszego zwątpienia. Uważałam, że tamte kobiety powinny wymodlić dla siebie spokój i wolność, a ja nie chciałam Matce Bożej zawracać głowy swoją osobą. Za bardzo wytrącało mnie ze skupienia myślenie o tych kobietach. Nie wierzyłam, że wyjdą na wolność. Nie myliłam się. O moje uwolnienie starała się Ilse Glinicka, przyjaciółka mojej ciotki. Ilse, której ojciec był Austriakiem, a matka Estonką, mówiła biegle po niemiecku. Ona wyciągała ludzi z więzień. To był anioł przysłany przez Boga do mojej rodziny.
Wiara była dla Pani oparciem?
Ciągle jest. Miałam w sobie i nadal mam coś takiego, że w środku jestem bardzo dramatyczna, a jednocześnie wesoła. Dla mnie jest ważniejsze, kiedy mogę kogoś pocieszyć albo rozśmieszyć, niż powiedzieć coś mądrego.
Czy pomaganie innym jest dla Pani istotne?
Tak. Zawsze przy podejmowaniu inicjatyw, które teraz nazywa się „społecznymi”, mnie nie wystarczy, że zauważę coś złego. Czuję, że muszę coś z tym zrobić.
Zawsze tak było?
Może teraz częściej. Odeszły ode mnie dramatyczne wydarzenia wojny.
A jak udawało się Pani zachowywać swoje zasady w czasach komunizmu?
Czasem nawet dzięki bezczelności. Kiedyś, w czasie występu dla oficjeli, w pierwszym rzędzie siedział Kiszczak, a ja w czasie monologu, przy słowach: „…masz, Mieciu, masz, Mieciu…” machałam mu rękami przed twarzą. Myślałam, że się to dla mnie źle skończy, ale wszyscy tak się śmiali, że jemu nie wypadało się wyłamać. Ja się nie boję.
A czy aktorstwo pomaga otwierać się na innych ludzi?
Zawsze byłam bezpośrednia i ktoś, kto ze mną rozmawia, nie ma poczucia bariery. W zawodzie wytrwałam, bo mam umiejętność wchodzenia w osobowość drugiego człowieka. Różne kategorie ludzkich zachowań dużo mówią o człowieku, a ja jestem obserwatorem.
W pracy zwraca Pani uwagę na innych i atmosferę panującą między ludźmi. Uważa to Pani za ważne?
Bardzo ważne. Nienawidzę przekleństw, chociaż wiem, że klną również ludzie szlachetni. Ja sama klnę tylko w samochodzie na sytuacje na drodze i tylko wtedy, gdy nikt nie słyszy.
Z perspektywy dojrzałego człowieka może Pani powiedzieć, że była Pani prowadzona „z góry”?
Tak. Zawsze działo się coś dobrego. Kiedy wyrzucono mnie z Teatru Syrena, dyrektor pożegnał mnie słowami: „Jest pani tak utalentowana, że swoimi zdolnościami może pani wesprzeć inny teatr”. Wtedy szłam ulicą, spotkał mnie Zenon Wiktorczyk i pyta, czy nie zagrałabym czegoś u niego, bo właśnie otwiera teatr. Prosił tylko, żebym nie śpiewała. Obiecałam mu to. Zostałam jego prawą ręką i najbardziej popularną aktorką Teatru Buffo, a potem Kabaretu Szpak. Moje role: Masina, Marlena, Juliet Greco – pastisze postaci – to była praca u Wiktorczyka. Zdarza mi się wpadać w takie sytuacje, o których wiem, że to palec Boży. Teraz też spotykam ciągle nowych przyjaciół i ich rodziny. Tyle się dokoła mnie dzieje (śmiech), ale dobrze się dzieje. Na przykład założyłam Małą Filharmonię dla młodych zdolnych muzyków.
Czy szuka Pani jeszcze szpitala w Alejach Ujazdowskich?
Po dziesięciu latach pracy w Złotopolskich Kaziu – nasz kierowca i mój spowiednik wiózł mnie z planu Alejami Ujazdowskimi. Mówię mu: „Wjedź w Agrykolę i skręć w lewo”. On na to, że jest zakaz. „To nic, mówię, masz mnie przy sobie. Jedź”. Stanęliśmy pod Instytutem Teatralnym. To był mój szpital.
Co Panią tak tam ciągnęło?
Kiedy miałam pięć lat, poszłam z tatą do tego szpitala odwiedzić mamę, która właśnie urodziła mojego braciszka. Przyjechaliśmy do Warszawy, kupiliśmy winogrona i poszliśmy do szpitala. Pamiętam ten charakterystyczny zapach. Szliśmy po schodach, a ja cały czas nie myślałam o niczym innym, tylko o tych winogronach, których na wsi nigdy nie było. Tak po cichu myślałam, że one może są dla mnie, bo przecież takie dopiero co urodzone dziecko nie może ich jeść. Nie pomyślałam, że one mogą być dla mamusi. Tata kazał mi dać te winogrona mamie. Dramat! Mama jednak mnie poczęstowała. Pamiętam ten błogi smak w ustach. Tak kojarzę narodziny brata: mama w łóżku, Witek w swoim łóżeczku i ja z tą swoją pożądliwością do winogron (śmiech). Mogę taką klamrę zrobić w tym miejscu: apetyt na winogrona to metafora apetytu na życie. Na szczęście mój apetyt może zaspokoić zjedzenie dwóch, trzech kulek. Widzę wiele, ale jak dostaję mało, to też jestem zadowolona (śmiech).
Czy wszystko, co Pani w życiu robiła, smakuje? Takie mnóstwo ról?
Tak, bo nigdy „nie puściłam” żadnej roli.
Święty Paweł mówi: „Teraz widzimy niewyraźnie jak w zwierciadle, potem będziemy oglądać twarzą w twarz. Teraz poznaję po części, potem poznam tak, jak sam zostałem poznany”…
Ja mam w sobie wiele bezczelności w stosunku do Pana Boga. Jestem z Nim po imieniu, z wielką miłością, afektacją do cudu Jego istnienia. To przekracza wyobraźnię normalnego człowieka. Wiara to wielkie ryzyko. Ryzykowali ci, którzy wierzyli, że inni uwierzą. Dlatego Chrystus znalazł się na krzyżu.
Jesteście zaprzyjaźnieni?
Tak. To Kolega. Wszystko o mnie wie.
Rozmowa pochodzi z albumu Michała Górala pt. „Zapatrzeni. Znanych polskich aktorów próbował poznać i uwiecznić twarzą w twarz Michał Góral”, wydanego przez Edycję Świętego Pawła. W książce można przeczytać 13 interesujących rozmów ze znanymi i cenionymi aktorkami i aktorami.