|
|
| Agnieszka Porzezińska fot. M. Gospodarek |
Wzrok mam rozbiegany i obłęd w oku – Hela zanurza nogę w fontannie, Mania znika za zakrętem, Tonia hen za nami rozpoczęła sezon polowania na motyle. Ale mimo tego zamieszania jedno nie może ujść mojej uwadze: BRZUCHY – piękne, wybujałe, dorodne. Na wiosnę zawsze widzę ich najwięcej. Najpierw idzie brzuch, potem… nadal brzuch i dopiero potem dumna właścicielka.
Nie lubię określenia ciąża. Kojarzy się z czymś niewygodnym, trudnym, ciężkim. A przecież, przynajmniej od strony fizycznej, poza pierwszymi miesiącami (i to nie zawsze), stan błogosławiony daje mnóstwo energii, radości i poczucia, że jesteśmy piękne.
Ciąża nie ciąży. Dużo większym obciążeniem jest antykoncepcyjny stosunek państwa do rodziny. Godne przeżycie 9 miesięcy oczekiwania jest dla matki nie lada wyzwaniem, a po rozwiązaniu wcale nie jest łatwiej. Można wybrać opcję full service, czyli korzystać z prywatnej opieki lekarskiej, a później zawzięcie kibicować mężowi w jego pracy i modlić się, by nie wyzionął ducha z przepracowania, zanim dzieci osiągną pełnoletność.
Wersja light to taka, w której oboje małżonkowie pracują. Wymaga ogromnej determinacji i zaangażowania wszystkich członków rodziny. To wersja podwyższonego ryzyka, bo robi się niebezpiecznie, gdy zostaną zaburzone proporcje między czasem spędzanym w pracy i w domu. W tej wersji wszystko musi być zapięte na ostatni guzik: „Ty zawozisz dzieci do przedszkola, ja odbieram, zawożę na pianino, a ty przechwytujesz. Mała 3 godziny będzie u babci, ale pamiętaj, że musisz ją odebrać przed powrotem do domu, po pianinie”.
Byłoby dobrze, gdyby rolę dobrej babci przejęło państwo i oferowało pomoc tam, gdzie rodzina jej potrzebuje. Nie nachalnie, ale skutecznie. Słodki ciężar rodzicielstwa byłby wynagrodzony nie jednorazowym becikowym, które tak naprawdę niczego nie zmienia, ale dostępem do profesjonalnej opieki lekarskiej, pewnym miejscem na wybranej porodówce, gwarancją pracy po odchowaniu latorośli, elastycznymi warunkami pracy dostosowanymi do potrzeb rodziny, zmniejszającymi się podatkami wprost proporcjonalnie do zwiększającej się liczebności rodziny. Czy to naprawdę dużo?