Będziemy jechać drogą, po której za kilka miesięcy sportowcy będą nieśli znicz olimpijski. Jego szlak poprowadzi także przez Mount Everest (8848 m n.p.m.), leżący w Tybecie najwyższy szczyt na ziemi. Wydarzenie to będzie transmitowane przez stacje telewizyjne na całym świecie. Chociaż miliony telewidzów przy okazji zobaczą migawki tybetańskiego krajobrazu, o wielu sprawach i tak się nie dowiedzą. Kilka godzin telewizyjnej transmisji nie będzie mogło ukazać dramatu, rozgrywającego się za plecami dziennikarzy. Tybet gaśnie w oczach.
Turysta nielegalny
Nasze aparaty fotograficzne przyciągają uwagę straży granicznej. „Wraz ze zbliżającą się olimpiadą wzmagają się kontrole”, komentuje jakiś Nepalczyk, widząc nas na granicy. Tybetańczycy na granicy nie mają szans. Rząd zabrania im opuszczania kraju. Jedyna możliwość to przejście przez zieloną granicę w górach.
Do Tybetu wjeżdżamy naszym terenowym land cruiserem i od razu wiadomo, że od tej chwili będziemy pod nieustanną obserwacją. Zresztą każdy prywatny turysta jest tutaj nielegalny. Nasz plan podróży został już dużo wcześniej zatwierdzony przez władze chińskie. W przeciwnym razie nie mielibyśmy szans na wizy. Liczne punkty kontrolne na drogach, patrole wzdłuż spektakularnej Friendship Highway (Autostrady Przyjaźni) dopełniają obrazu chińskiej wolności.
Począwszy od Nayalam, widzimy wzdłuż drogi tablice reklamowe, zachęcające do odwiedzenia zabytków. Ile z nich tak naprawdę przetrwało do dzisiaj? Z 6000 klasztorów buddyjskich, które istniały tutaj przed inwazją Mao w 1950 roku, pozostało bardzo niewiele.
Propaganda nazwała inwazję „pokojowym wyzwoleniem Tybetu”. Tak też czyta się w pamiątkowych książeczkach, dostępnych na lotnisku, czy na cementowym obelisku, wzniesionym przed pałacem Patala w Lhasie, dawnej stolicy Tybetu, i rezydencji Dalajlamy (religijnego i narodowego przywódcy tybetańczyków, który od 1959 roku przebywa na wygnaniu w Indiach).
Zniszczone środowisko
Rewolucja kulturowa dokonała się w Chinach pół wieku temu. Przeszła już do historii, podobnie jak epoka podbojów militarnych. Dziś dawne królestwo Buddy podbija się nie przy użyciu wojska, ale budując drogi. Do 2010 roku rząd planuje wyasfaltowanie 80 procent istniejących w Tybecie dróg polnych. Celem jest wybudowanie nowych miast i zasiedlenie ich ludnością chińską.
„Droga olimpijska”, którą Pekin chce wydłużyć aż po himalajskie lodowce, może stać się drogą donikąd. Ekolodzy biją na alarm, bo zakłóci ona cały ekosystem. W kwietniu 2007 roku, dzięki protestom studentów z międzynarodowej organizacji Students for a Free Tibet (Studenci dla Wolnego Tybetu), rząd z Pekinu poniechał realizacji niektórych projektów. Studenci pisali również petycje do komitetu olimpijskiego, lecz ich apele o bojkot olimpiady pozostały bez echa. Decyzja zapadła pomimo protestów. Znicz olimpijski dotrze na górę Bogini Matki śniegu, czyli Czomolungmy (tybetańskie określe- nie Mount Everestu).
Zatrzymujemy się w Shigatse, drugim co do wielkości mieście Tybetu. Zdjęcia Panczenlamy, marionetkowego przywódcy nominowanego przez Pekin, ozdabiają klasztor Tashihunpo. W porze obiadowej z klasztoru wysypują się mnisi. Zamiast klasztornej stołówki wybierają restauracje w mieście, gdzie mogą oglądać chińską telewizję.
Na pokaz
„Biznes niszczy duchowość tybetańską” – przyznaje Nina, dziewczyna, którą spotykamy na ulicy. Idąc w ślad za różowymi tunikami mnichów, posuwamy się w głąb handlowej ulicy miasta, gdzie sprzedaje się imitacje tego, co zostało zniszczone w trakcie „pokojowego wyzwolenia Tybetu”. Smutna rzeczywistość Tybetu kontrastuje z jego kopią, stworzoną na użytek zachodnich turystów (jest ich ok. 150 000 rocznie). Zostawiają swoje pieniądze w restauracjach i hotelach należących do Chińczyków.
W mitycznych dolinach „Shangri-la” zanika nie tylko życie duchowe, ale również czyste powietrze. Pomimo wysokości 4000 m n.p.m. powstają tutaj osiedla obficie emitujące dwutlenek węgla. Maski, które noszą przechodnie, mają chronić ich płuca przed toksycznymi zanieczyszczeniami, powstającymi ze spalania papieru i nawozów sztucznych.
Zbliżamy się do Lhasy, legendarnej stolicy, niegdyś „miasta zakazanego”. Dziś pozostaje ono jedną z wielu zanieczyszczonych chińskich metropolii. Widać dachy, a na nich flagi Chińskiej Republiki Ludowej. „Są po to, aby pokazać turystom nasze przywiązanie do Chin” – ironizuje młody Mazang, który z nami podróżuje.
Owo „przywiązanie do Chin” rzuca się w oczy na każdym dwujęzycznym drogowskazie i afiszu: gigantyczne litery chińskie i mikroskopijne tybetańskie.
|
|
Fot. Ania Posluszna © Famiglia Cristiana |
Niski poziom edukacji
Obowiązujący w całych Chinach zakaz posiadania więcej niż dwójki dzieci w rodzinie dramatycznie dotyka także rdzennych Tybetańczyków. Stają się oni w swojej ojczyźnie mniejszością: sześć milionów Tybetańczyków wobec ośmiu milionów Chińczyków. I wciąż napływają nowi. „Chińczycy w Tybecie łatwo znajdują pracę, ze względu na niski poziom tutejszej edukacji”, wyjaśnia nam spotkana trzydziestolatka. Stoi przed nami ubrana według trendów światowej mody. Zaznacza jednocześnie, że nienawidzi chińskich nocnych klubów, zgrupowanych na Beijing Road, jednej z centralnych ulic miasta. Jej zdaniem deprawują one młode pokolenie Tybetańczyków. Sama zdobyła dyplom wyższej uczelni w Chinach i obecnie jako urzędniczka otrzymuje wynagrodzenie przewyższające dwudziestokrotnie miejscową średnią.
Jest typową przedstawicielką młodego pokolenia Tybetańczyków. W domu ma ukryty portret Dalajlamy, a rankiem zasiada za biurkiem chińskiego urzędu. „Kto chce dobrze zarabiać, musi studiować w Chinach – mówi. – Z chińskim dyplomem w ręku mogę zarobić 400 juanów na dzień (ok. 135 złotych) zamiast 80”.
Pożegnanie
Ostatni dzień naszej podróży. Jedziemy do klasztoru Drepung. Należy on do nielicznych, które sprzeciwiają się „wychowaniu patriotycznemu” narzucanemu przez państwo chińskie. Słyszymy, że policja wytropiła ostatnio czterdziestu „kryminalistów”, a klasztorowi zabroniła przyjmowania gości. Prawdopodobnie wkrótce w klasztorze nastąpią aresztowania. Być może jeszcze niejeden z mnichów skończy na torturach w zakratowanej celi. Jedno z więzień nazywa się Chushur i leży w sąsiedztwie Lhasy. Obok niego wiedzie szlak znicza olimpijskiego. Czy ktoś wspomni o tym więzieniu podczas telewizyjnych transmisji?
Tybet wielu mieszkańcom świata zachodniego kojarzy się z czymś pięknym, przyjemnym i mistycznym. W rzeczywistości ten środkowoazjatycki kraj, położony wysoko w górach (ok. 4000- -5000 m n.p.m.), od 1949 roku zmaga się z chińską okupacją, tworząc z woli Pekinu tzw. Tybetański Region Autonomiczny ze stolicą w Lhasa. Tybetańczycy mają swój własny język i w większości są buddystami. Ich duchowym przywódcą jest Dalajlama XIV, który od 1959 roku przebywa na emigracji w Indiach, stojąc tam na czele Tybetańskiego Rządu na Uchodźstwie. W roku 1966 Tybet dotknęła chińska rewolucja kulturalna, która oprócz wielu ofiar w ludziach doprowadziła do zniszczenia licznych klasztorów i zabytków tybetańskich.