|
|
| Ksiądz Karol Wojtyła z rodziną Półtawskich fot. archiwum prywatne |
Karol Wojtyła zwierzył mi się 50 lat temu, że jako młody chłopak przejął się dwiema sprawami: słowami Chrystusa „Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni” i sceną biczowania na Drodze Krzyżowej. To pierwsze wyrażało się w tym, że Karol Wojtyła nigdy o nikim nie wydał negatywnej opinii. Rozsądzał sprawy, sytuacje, ale nigdy ludzi. To drugie zaowocowało teologią ciała, które mi mówi, że zostało stworzone przez Boga, jest zatem święte. I życie ludzkie jest święte, i miłość ludzka ma być święta.
Opatrznościowe spotkanie
Po czterech latach spędzonych w obozie koncentracyjnym w Ravensbrück wróciłam do Lublina. Potem jednak z Lublina uciekłam. Wierzę, że to Duch Święty mnie natchnął, aby przybyć do Krakowa. Moje dalsze dzieje pokazały, jak zbawienny był to krok.
W Krakowie skończyłam medycynę, ale wybrałam najbardziej humanistyczną specjalizację – psychiatrię. Wciąż jednak szukałam odpowiedzi na pytanie, kim jest człowiek.
Od początku swojego kapłańskiego posługiwania w Krakowie ksiądz Karol Wojtyła był duszpasterzem akademickim, a także duszpasterzem lekarzy. Cały wolny czas poświęcał duszpasterstwu młodzieży, stąd m.in. jego wędrówki po górach i wycieczki kajakowe z młodymi. Jako duszpasterz lekarzy systematycznie spotykał się z nami na mszach, modlitwach i adoracjach, a także wykładach dotyczących zagadnień etycznych, które sam prowadził.
Okazało się, że są sprawy jednakowo drogie jemu i mnie.
Jedną z pierwszych był problem dziecka – problem, który we mnie korzeniami tkwił w Ravensbrück. Byłam świadkiem, jak Niemcy pozostawiali nowo narodzone polskie dzieci bez pokarmu do śmierci głodowej albo żywe wrzucali do Heizungu (pieca). Wtedy postanowiłam, że jeśli wyjdę żywa z tego piekła, to będę broniła dzieci, wszystkich i bez wyjątku. A ten właśnie spotkany ksiądz autentycznie cierpiał z powodu każdego skrzywdzonego dziecka.
Tak zaczęła się wspólna praca dla tej samej idei. Los dziecka zależy od jego rodziców i ta troska o dziecko doprowadziła mnie do pracy nad rodziną. Ksiądz Karol Wojtyła chciał, abym zajmowała się młodzieżą, ich rodzicami i małżonkami. Mówił do mnie: „Ty jesteś moją ręką wyciągniętą do tych, co do mnie nie przyjdą”.
W trosce o małżonków
Bardzo szybko, jako młody lekarz, podjęłam pracę w poradni małżeńskiej. Próby ratowania zagrożonych małżeństw, próby rozwiązywania konfliktów małżeńskich ujawniły mi całą bezradność medycyny. Gdy to zrozumiałam, zorganizowałam pierwszy dzień skupienia dla grupy małżeństw, które były bliskie rozwodu. Odbył się u sióstr urszulanek, które dały kaplicę, a ksiądz Wojtyła zgodził się go poprowadzić.
Pamiętam pierwsze zdanie, jakie powiedział do uczestników: „Spróbujcie najpierw postawić sobie program minimalny. Niczego w sobie wzajemnie nie niszczcie, a potem zaczniecie budować. Ale do tego spróbujcie razem się modlić. Jest jedno tylko wyjście z tej sytuacji – furtka pokory. Niech każde z was uklęknie i powie: «Moja wina». Dopóki mówicie: «Twoja wina», nie ma wyjścia”.
Oczywiście słowa wtedy wypowiedziane zatarły się w pamięci, ale dobrze pamiętam ich skutki. Ci ludzie naprawdę zostali obdarzeni łaską. Byli uratowani i prosili o dalszy ciąg spotkań. Dalszym ciągiem były wykłady etyki małżeńskiej, które w 1960 roku ksiądz Karol Wojtyła, już jako biskup, zorganizował w formie Instytutu Rodziny, a w 1970 roku przyłączył do Papieskiej Akademii Teologicznej jako Instytut Teologii Rodziny. Ta praca trwa do dziś i przysparza ludzi przygotowanych do własnego małżeństwa i do pomocy innym. Chodzi o uratowanie rodziny – a jeszcze dokładniej: świętości rodziny.
Rzeczywistość zmuszała księdza Wojtyłę do coraz większego angażowania się w obronę świętości życia i świętości miłości. To znajduje swój wyraz w licznych dziełach, począwszy od książki Miłość i odpowiedzialność, a potem w kolejnych dokumentach, łącznie z tymi, które jako Ojciec Święty skierował bezpośrednio do rodzin.
Konkretna pomoc
Karol Wojtyła podejmował w swoim życiu różne inicjatywy w celu obrony rodziny.
Był jeszcze „tylko” księdzem, gdy pomagał mi w realizacji pierwszego domu dla samotnej matki, a raczej dla potrzebujących, bo czasem i bez ciąży umieszczaliśmy tam kogoś. Pacjentka staruszka zapisała mi w testamencie domek z ogrodem w Słomniczkach pod Krakowem. Nazywaliśmy go „Zielonym domem”. Ksiądz Karol Wojtyła natychmiast poparł tę moją inicjatywę całą duszą. Domek działał niezbyt długo, bo niestety stał w dużym ogrodzie, który władze obłożyły podatkiem rolnym tak wysokim, że nie potrafiliśmy go utrzymać. Ale idea została i potem ksiądz Wojtyła, już jako biskup, poparł ideę Diecezjalnego Domu dla Samotnej Matki, który do dziś działa i rozwija się.
Pewnego razu, zanim został biskupem, zwróciłam się do niego w trudnej dla mnie sprawie. Do kliniki, w której pracowałam, przyszedł mężczyzna. Przedstawił mi do podpisania skierowanie na zabieg aborcji i powiedział: „Przychodzę do pani, chociaż wiem, że pani tego nie podpisze. Co mam zrobić?” – i rozpłakał się. Mają siedmioletnie dziecko, po urodzeniu którego żona dostała psychozy poporodowej i spędziła parę miesięcy w szpitalu psychiatrycznym. Lekarze stwierdzili, że nie wolno jej zajść w ciążę. Teraz jednak, po siedmiu latach, ponownie jest w ciąży i powiedziała, że woli umrzeć, niż jeszcze raz trafić do szpitala psychiatrycznego.
Umówiłam się z nim na następny dzień. Po pracy, w kościele Jezuitów zreferowałam problem księdzu w konfesjonale. Po chwili milczenia powiedział: „To ty jesteś lekarzem, a nie ja. To ty siedzisz w ambulatorium i masz decydować”. Odeszłam bez słowa, nawet nie czekając na rozgrzeszenie. Następnego dnia rano wzięłam udział we Mszę świętej odprawianej przez księdza Wojtyłę i jemu przedstawiłam problem. Usłyszałam: „Powiedz jej, że od jutra do jej rozwiązania będę za nią odprawiał msze święte. Niech ma ufność w Bogu”.
Przekazałam im tę odpowiedź. Ona nie była całkiem uspokojona, ale zgodziła się nosić to dziecko pod warunkiem, że będę ją „pilnowała”. Bałam się, ale ksiądz Wojtyła był spokojny, po prostu zawierzył Bogu. No i nic się nie stało – matka nie zachorowała i dziecko urodziło się zdrowe.
Wiele jest takich przykładów postawy księdza Karola Wojtyły wobec rodzin – nawet tych nieznanych. Zawsze zdumiewała mnie jego pełna gotowość do niesienia pomocy. Jakże konkretnie realizował on Ewangelię!
Od samego początku naszej znajomości wiedziałam, że ten ksiądz jest święty.
Autorka jest członkiem Papieskiej Rady do Spraw Rodziny oraz Papieskiej Akademii „Pro Vita”. Żona, matka czterech córek.
|
|
| Józef Mucha z Janem Pawłem II fot. archiwum prywatne |
Ludzki Kardynał
Wspomina Józef Mucha, osobisty kierowca biskupa, potem arcybiskupa i kardynała Karola Wojtyły.
Kardynał Wojtyła bardzo dbał o moją rodzinę. Kiedyś przyszedł do nas do mieszkania i zapytał: „Jak wy tu możecie mieszkać z dziećmi tak bez łazienki?”. Więc mu tłumaczę, że grzejemy wodę na piecu, bierzemy balię i tak to się odbywa. A on mówi: „Tak nie może być!”. I za dwa tygodnie miałem nowe mieszkanie. O, jak bardzo się cieszył, gdy przyszedł nas odwiedzić w tym mieszkaniu!
Dzięki trosce Księdza Kardynała udało się uchronić mojego syna przed wyrzuceniem z uczelni. Kardynał bardzo przyjaźnił się z Ciesielskim, którego brat był prorektorem politechniki, gdzie studiował mój syn. Ale najbardziej jestem mu wdzięczny za pomoc dla mojego najmłodszego syna Adama, którego Kardynał ochrzcił w kaplicy pałacowej. Gdy Adam zapadł na ciężką chorobę nerek i lekarze nie wiedzieli, co z tym zrobić, Kardynał polecił mi doktor Wandę Półtawską. To ona załatwiła możliwość leczenia w szpitalu dziecięcym w Prokocimiu, a tam nie tak łatwo było się dostać. Dyrektorem tego szpitala był Żyd, który powiedział: „Jak to jest dziecko od Kardynała, to trzeba przyjąć!”.
Kiedy byłem załamany tą sytuacją, Kardynał przyszedł do mnie i powiedział: „Panie Józefie, niech się pan nie martwi. Pański syn wyzdrowieje. Cały czas się za niego modlę”. Jestem przekonany, że to właśnie dzięki jego modlitwie Adam otrzymał od Boga łaskę zdrowia.
Po 16 latach wiernej codziennej służby przyszłemu Ojcu Świętemu mogę potwierdzić, że był to człowiek święty już tu na ziemi. Bardzo pracowity, dobry dla wszystkich ludzi, bez wyjątku. Jego świętość widać było po tym, ile i jak się modlił.
Pytają mnie często, czy teraz się modlę za Ojca Świętego. A ja mówię: „A po co? Modlę się do niego, bo On już tu na ziemi był święty”.
Wysłuchał: Marcin Romanowski SSP