![]() |
| fot. Shutterstock |
Depresja, bo o niej mowa, mimo kampanii społecznych i nagłaśniania problemu wciąż jest traktowana jako coś wstydliwego. Dlatego wielu chorych niechętnie dopuszcza do siebie myśl, że może na to cierpieć, a jeszcze większe opory budzi pójście do lekarza. Otoczenie też często nie tylko nie pomaga, ale wręcz utrudnia, ponieważ bagatelizuje problem…
Ilu z nas zdarzyło się powtarzać bliskim czy znajomym, którzy byli w kiepskiej formie: „Zmobilizuj się”, „Weź się w garść”, „Nie rozczulaj się nad sobą”. I nic w tym złego, jeśli mieliśmy do czynienia z kimś, kogo dopadło chwilowe pogorszenie samopoczucia, tzw. dołek. Jeśli jednak czyjś obniżony nastrój, nasilone poczucie winy i brak sensu życia utrzymują się dłużej niż dwa tygodnie, powinien iść do lekarza – to może być depresja.
Ta choroba w początkowym stadium daje objawy, które łatwo zlekceważyć i uznać za cechę indywidualną albo skutek niekorzystnych okoliczności zewnętrznych. Kiepskiemu samopoczuciu i przygnębieniu często towarzyszą nadmierny lub osłabiony apetyt, zbytnia senność albo kłopoty ze snem czy problemy z koncentracją.
Trudno wskazać inną chorobę, w której rola otoczenia byłaby równie ważna, i to zarówno na etapie diagnozowania (skłonienie bliskiej osoby do pójścia do lekarza), jak i podczas leczenia. Chory bardzo potrzebuje obecności i wsparcia. Dlatego jeśli nawet próbuje się izolować, nie należy go zostawiać samemu sobie.
Pod maską
Przyczyny depresji mogą być różne, a sama choroba ma kilka odmian (m.in. dwubiegunową, zwaną zespołem maniakalno-depresyjnym charakteryzującą się zmiennością nastrojów: nadmiernym pobudzeniem – w tym stanie chory może pochopnie podejmować ważne życiowe decyzje – a następnie fazą przygnębienia i apatii).
Depresja nie zawsze jest pełnoobjawowa – istnieją także takie jej odmiany, w przebiegu których występują tylko nieliczne typowe symptomy (np. jeden czy dwa). Tak jest w przypadku depresji maskowanej, czyli ukrytej za objawami somatycznymi (dolegliwościami bólowymi, wstrętem do jedzenia itd.).
Są też lżejsze odmiany depresji – np. jej postać sezonowa, depresja jesienno-zimowa wywołana niedoborem światła (objawia się apatią, sennością, zmniejszoną witalnością i zwiększonym apetytem na węglowodany, którego skutkiem jest przyrost masy ciała).
Mylą się ci, którzy uważają, że depresję można pokonać samodzielnie. Jeden z lekarzy psychiatrów, zastanawiając się w telewizyjnym studiu nad tym, skąd się wzięło to błędne przekonanie, zapytał retorycznie, czy komuś przyszłoby do głowy nie iść do lekarza ze złamaną ręką? Na pewno nie! Dlaczego więc właśnie tak lekkomyślnie i nieodpowiedzialnie traktujemy depresję? A skutki mogą być tragiczne. Dojmujące poczucie bezsensu, niemożność odczuwania przyjemności, brak motywacji do jakichkolwiek działań i myśli samobójcze – a te ostatnie towarzyszą nawet 80% chorych – stanowią realne zagrożenie dla życia.
Choć depresję mogą wywołać trudne przeżycia (śmierć bliskiej osoby, rozwód, utrata pracy itd.), to okoliczności zewnętrzne nie są jedyną przyczyną choroby. Dochodzi również do zaburzeń działania układu neurohormonalnego (wydzielanie adrenaliny i dopaminy, a także kortyzolu – hormonu stresu, który – jeśli trwa długo – sprzyja depresji). Leczenie jest zwykle dwutorowe: zażywaniu leków towarzyszy psychoterapia.
Nie wiemy, że chorujemy
Większość z nas uważa, że na depresję cierpią osoby pesymistycznie nastawione do świata, niezbyt dobrze radzące sobie w życiu, często narzekające – takie, które są uważane za słabe psychicznie. Nic bardziej błędnego: chorować mogą także ci, których otoczenie nigdy by o to nie podejrzewało – ludzie o silnym charakterze, perfekcyjnie zorganizowani, zawsze uśmiechnięci, niepozwalający sobie na okazywanie słabości.
Podczas Dnia Otwartego Forum Przeciw Depresji w lutym tego roku zorganizowano happening teatru ulicznego: aktorzy wypuszczali w niebo balony, co miało symbolizować uwalnianie emocji.
Szacuje się, że w Polsce na depresję choruje 1,2 – 1,5 miliona osób, czyli co dziesiąty z nas cierpi na różnego rodzaju zaburzenia depresyjne, ale aż 50 – 60 % nie korzysta z pomocy lekarskiej (część nawet nie podejrzewa, że jest chora).
Światowa Organizacja Zdrowia uznała depresję za czwarty najpoważniejszy problem zdrowotny na świecie. A ma być jeszcze gorzej – w 2020 roku depresja może się stać drugą, po chorobach układu krążenia, przyczyną zachorowalności.
Kobiety zapadają na depresję 2 – 3 razy częściej niż mężczyźni (jest to spowodowane zmianami hormonalnymi). Niektórzy mówią o dwóch szczytach zachorowań na tę chorobę: koło 30., a następnie 60. roku życia. Inni za okres zwiększonego ryzyka uznają lata między 35. a 50. rokiem życia. Jedno nie ulega kwestii: odnotowuje się coraz więcej przypadków depresji wśród młodych ludzi, a nawet dzieci! Dlatego nie wolno lekceważyć najbłahszych objawów: tak u siebie, jak i u osób z naszego otoczenia. Warto wiedzieć, że do lekarza psychiatry można się zgłaszać bez skierowania od lekarza rodzinnego.
Podczas pisania artykułu korzystałam z materiałów zamieszczonych na stronie www.forumprzeciwdepresji.pl.