|
|
| Gloria Maria fot. Zbigniew Gawron SSP |
Na pierwszy rzut oka to zwyczajna rodzina. Serdeczni i kochający rodzice, radosna czwórka rozbieganych dzieci. A jednak najmłodsza z córek od kilku już lat wzbudza ogromne zainteresowanie w Polsce i za granicą. Historia jej życia, a zwłaszcza niezwykle dramatyczne okoliczności przyjścia na świat, nierozerwalnie związane są z postacią Jana Pawła II.
Początki
Joanna i Jacek poznali się w Częstochowie na początku lat 90. Ona była 18-letnią licealistką, a on 26-letnim policjantem. Rok później wzięli ślub cywilny, a po kilku miesiącach ślub kościelny. Joanna rozpoczęła studia romanistyczne na Uniwersytecie Jagiellońskim, ale gdy w 1996 roku przyszła na świat Dominika, a w 1998 Wiktoria, przerwała studia i poświęciła się wychowaniu dzieci. Do decyzji o urodzeniu kolejnego dziecka dojrzewali kilka lat. Nie było to łatwe: Jacek pracował z dala od domu, przyjeżdżał tylko na weekendy. Do tego jeszcze 34-metrowe mieszkanie, które ledwo mieściło czworo domowników. Finansowo też było ciężko, bo rodzinę utrzymywał tylko mąż.
Wtedy właśnie na horyzoncie po raz pierwszy pojawiła się osoba Jana Pawła II. „W czasie jednego ze spotkań w naszym kościele parafialnym – wspomina Joanna – usłyszałam wezwanie Ojca Świętego o konieczności otwierania się na życie, zakładania rodzin wielodzietnych nawet kosztem pewnego zubożenia materialnego. Ta myśl utkwiła we mnie głęboko”. Po dwóch latach zapadła decyzja o kolejnym dziecku.
Pierwsze niepokoje
Dokładnie 1 stycznia 2005 roku, w święto Bożej Rodzicielki Maryi, poczęło się ich trzecie dziecko. „Czułam, że to było «dziecko Ojca Świętego» – mówi Joanna. – Będąc w ciąży, marzyłam, że gdy się urodzi, to pojadę do Rzymu i na Placu św. Piotra uniosę je do góry i pokażę mu: «Zobacz, to ‘twoje’ dziecko». I kiedy w kwietniu umarł Ojciec Święty, to przeżyłam dramat, że już nie zobaczy dziecka, poczętego z inspiracji jego słów”.
Przez pierwsze pięć miesięcy nic nie wskazywało na nieprawidłowości w przebiegu ciąży. Joanna wprawdzie nie czuła się najlepiej, jednak wizyty u lekarzy, a nawet krótki pobyt w częstochowskim szpitalu nie ujawniały niczego złego. „Przed każdą wizytą w szpitalu robiłam dokładne porządki w domu – opowiada Joanna. – Gdy układałam dokumenty Jacka, spośród nich wysunął się obrazek z Janem Pawłem II, który mąż otrzymał jeszcze w czasach kawalerskich. Na odwrocie był odręczny opis: «Ojciec Święty wziął do rąk i pobłogosławił z myślą o chorych w Krakowie na Wawelu 22 czerwca 1983». Mąż nieustannie nosił go wśród swoich dokumentów. Odłożyłam ten obrazek na bok”.
Gdy brak wyczuwalnych ruchów dziecka budził coraz większy niepokój, Joanna zdecydowała się na badania w klinice w Katowicach. Czas na opuszczenie domu i udanie się do szpitala był bardzo trudny: mąż z dala od domu, dziewczynki przeżywały koniec nauki w szkole przed wakacjami. Joanna wyjechała do Katowic pod koniec czerwca. „Tam odkryto, że całkowicie zanikły wody płodowe – opowiada. – Lekarz stwierdził, że prawdopodobnie nie da się dziecka uratować, bo od kilku tygodni nie rosło i nie rozwijało się. Po powrocie do domu pod wpływem jakiegoś natchnienia wzięłam obrazek z Ojcem Świętym. W nowennie prosiłam go o pomoc dla «jego» dziecka, kładąc obrazek na swoim brzuchu, w którym cierpiało maleństwo”.
Chwała Maryi
Po dokładniejszych badaniach w Katowicach okazało się, że dziecko nie ma nerek, pęcherza, że są problemy z sercem i z jelitami. W opinii lekarza prowadzącego nie było możliwości kontynuowania tej ciąży i należało ją przerwać. Joanna wyznaje: „Nie godziłam się na cesarskie cięcie, aby skrócić dziecku życie, lecz pragnęłam donosić je do naturalnego rozwiązania. Chciałam zdać się na Opatrzność, która mogła granicę jego śmierci przesunąć dopiero po urodzeniu. Jednak był to tak bardzo skomplikowany medycznie przypadek, że przy porodzie naturalnym zagrożone było też moje życie”.
Joannie trudno było podjąć decyzję, lekarz zadzwonił więc do męża, aby przekonał żonę do ratowania i jej, i dziecka. Jacek ostateczną decyzję zostawił żonie. Na prośbę Joanny dotarło do niej dwóch zakonników, którzy wprost powiedzieli, że zgoda na taki zabieg będzie równoznaczna z dokonaniem aborcji. Zaproponowali jednak, aby zadzwoniła do ich współbrata, ojca Mieczysława Wnękowicza, etyka, i skonsultowała się z nim. „Dosłownie po dwóch zdaniach wyjaśnienia ojciec Mieczysław odpowiedział, że ma na sobie stułę św. Ojca Pio i ma przeczucie, że trzeba to cesarskie cięcie natychmiast przeprowadzić – mówi Joanna. – Obiecał modlitwę. Później sam wyznał, że nie wiedział, dlaczego tak poradził i że sam był zaskoczony swoją reakcją”.
Operacja wypadła w pierwszy piątek lipca. „Gdy leżałam już na sali operacyjnej, usłyszałam trzykrotnie wewnętrzny głos: «Po bólu rodzenia przychodzi radość macierzyństwa». To mnie jeszcze bardziej zasmuciło, bo wiedziałam, że tym razem nie przeżyję radości macierzyństwa. A jednak to były Boże znaki, podobnie jak pomyłka w zapisaniu zgody na przeprowadzenie cesarskiego cięcia. Lekarz stał nade mną i dyktował: «Wyrażam zgodę na przeprowadzenie cesarskiego cięcia w związku z wadami uniemożliwiającymi mu życie poza organizmem matki». Ja napisałam: «…umożliwiającymi mu życie poza organizmem matki». Wierzyłam mocno, ale nie znam człowieka, który by w takiej sytuacji zdał się tylko i wyłącznie na swoją wiarę, że stanie się cud naturalnego urodzenia dziecka. W każdym razie poprosiłam wtedy o chrzest dziecka i podałam imiona, które już wcześniej wybrałam, modląc się wiele razy w jego intencji na Jasnej Górze: Gloria Maria. Wtedy jednak zawahałam się: jakaż to chwała Maryi (z łac. gloria – ‘chwała’), skoro córeczka nie będzie żyła?”.
Jakby tego było mało, Joanna musiała podpisać dyspozycje, co dalej szpital ma zrobić z ciałem dziecka. To wszystko było bardzo trudne dla niej jako dla matki. Ponadto, mimo że bardzo chciała przyjąć Komunię św., kapelan jej odmówił, bo sumienie mu na to nie pozwalało. „To była moja Golgota, w łączności z cierpiącym Jezusem” – wyznaje Joanna.
![]() |
| Rodzina Wronów: (od lewej) Wiktoria, Gloria Maria, Joanna, Jacek, Maksymilian, Dominika. fot. Zbigniew Gawron SSP |
Cud życia
Gdy po operacji obudziła się, nasłuchiwała dźwięku przejeżdżających korytarzem wózków, którymi pielęgniarki rozwoziły dzieci do karmienia: czy aby wśród nich nie będzie tego, które jej dziecko zawiezie do prosektorium. Udręczona bólem i wyrzutami sumienia, zasnęła.
Po przebudzeniu się w sobotę, Joanna zobaczyła na ścianie kalendarz z Janem Pawłem II, a w nim dokładnie takie samo zdjęcie, jak na obrazku męża. Gdy dowiedziała się od pielęgniarki, że córeczka żyje, zapisała w swoim pamiętniku: „Ojcze Święty, to nie jest przypadek, że Ty tu jesteś – myślę, patrząc na zdjęcie na ścianie. Wierzę, że to za Twoją przyczyną moje dziecko żyje”.
Jacek i ich rodzice mogli obejrzeć maleństwo w inkubatorze. „To, co zobaczyłem, zostanie we mnie do końca życia – wyznaje Jacek. – Wewnątrz leżało «coś», co było moim dzieckiem. Małe, czerwone, pokryte włosiem, podłączone do kilkunastu kabelków. Oprócz patrzenia nie mogłem nic zrobić. Pierwszy raz jako dorosły mężczyzna płakałem!”.
Tydzień po urodzeniu córeczki Joanna opuściła szpital i odtąd codziennie, pomimo osłabienia, sama musiała jeździć prawie 200 km do Katowic i z powrotem, aby oddawać pokarm dziecku, wcześniej jeszcze zawożąc starsze córki do teściów. W 11 dniu życia Gloria przeszła sepsę. „To było kolejne śmiertelne zagrożenie, ale już się go nie obawialiśmy po tym, co dotąd przeżyła – mówi Joanna. – Mała zwalczyła gronkowca po dwóch tygodniach. 38. dnia po urodzeniu mogłam dotknąć Glorię w inkubatorze. Wtedy przemyciłam obrazek z Ojcem Świętym i położyłam go na główce, bo wiedziałam, że ma jeszcze dodatkowo krwawienie śródczaszkowe. Gdy w 71. dniu życia, w święto Narodzenia Najświętszej Maryi Panny 8 września, Gloria wróciła do domu, podtrzymałam zwyczaj wspólnej modlitwy «Anioł Pański» w łączności z Ojcem Świętym, kładąc codziennie obrazek papieski na główce Glorii”.
Kiedy Gloria skończyła roczek, w niczym nie ustępowała swoim rówieśnikom. Lekarze, patrząc na kartę zdrowia Glorii i na nią samą stwierdzali, że to cud. „Tak naprawdę od tego czasu nie musieliśmy z nią chodzić do żadnego lekarza – mówi Joanna – a teraz, w okresie przedszkolnym, wydaje się bardziej odporna i silniejsza od swoich rówieśników”. „Nasz przypadek jest mocno udokumentowany medycznie – kontynuuje Jacek. – Nikt nie ma żadnej wątpliwości, że uzdrowienie Glorii nastąpiło w sposób medycznie niewytłumaczalny. Wypis ze szpitala ma 8 stron! Liczba schorzeń była wprost niewyobrażalna”.
Promienie łaski
Pod koniec 2006 roku postanowili wysłać do Watykanu pamiętnik, który Joanna pisała w szpitalu. Przypadek Glorii był rozpatrywany w czasie procesu beatyfikacyjnego Jana Pawła II. Czy to był cud? „Cud jest telegramem od Boga do ludzi – mówi Jacek. – Jest próbą wiary w sytuacji, gdy najtęższe umysły nie potrafią niczego wytłumaczyć. Dla nas cudem było nie tylko wyzdrowienie i życie Glorii, ale wraz z jej pojawieniem się w domu uzdrowienie całej naszej rodziny: zmiana mojej pracy, więcej czasu dla domu i dla bliskich. A potem świadectwo jej życia promieniowało niemal na cały kraj i świat. Pojawiło się wiele materiałów na jej temat w prasie, telewizji i radio w Polsce i za granicą. Od kiedy 2 lata temu uruchomiliśmy strony internetowe poświęcone Glorii, otrzymaliśmy wiele e-maili i telefonów od rodziców z ich świadectwami, jak jej historia odmieniła ich życie. Ludzie proszą nas także o porady, co robić w trudnych sytuacjach: choroby dziecka, niepewności w oczekiwaniu na narodziny. Jesteśmy zapraszani na pielgrzymki i spotkania, aby dawać świadectwo. Uznaliśmy, że trzeba się tym naszym doświadczeniem dzielić. Trzeba ludziom dawać nadzieję”.
Na zakończenie Jacek mówi: „Owocem tego cudu jest i najmłodszy syn Maksymilian, a być może i kolejne dziecko. Chcieliśmy także otworzyć rodzinny dom dziecka. Przeszliśmy wszelkie szkolenia, mamy odpowiednie certyfikaty, ale wszystko rozbiło się o urzędniczą opieszałość. Dopiero pod koniec zeszłego roku kupiliśmy większe mieszkanie, bo już z czwartym dzieckiem było za ciasno na tych 34 metrach. To są w naszym życiu prawdziwe cuda”.
Więcej o historii Glorii Marii można przeczytać w książce Joanny i Jacka Wronów Świadectwo Glorii Marii. Rzecz o nadziei albo na stronie internetowej www.gloriamaria.pl