◗ Jakie jest Wasze pierwsze skojarzenie ze słowem „rodzina”?
Ewa Krawczyk: Słowo „rodzina” kojarzy mi się z domem, spokojem, wspólnym spędzaniem świąt, poszanowaniem siebie nawzajem i ogromem miłości. Rodzina to wszystko, co najważniejsze.
Krzysztof Krawczyk: Rodzina to podstawa każdej społeczności, a zarazem życia każdego pojedynczego człowieka. W przypadku jej rozpadu ludziom grozi zagłada. Kryzys rodziny na świecie wydaje mi się zjawiskiem bardzo niepokojącym. Widzę świat na równi pochyłej. Nadzieją są młodzi ludzie, którzy będą przekazywać swoim dzieciom właściwe zasady. Takie, jakie my sami otrzymaliśmy od naszych rodziców. Mój ojciec czytał nam na dobranoc, rozmawiał z nami i zawsze przypominał, że nie wolno kłamać ani uderzyć słabszego. To, czego mnie nauczył, powtarzali mi potem kolejni dobrzy ludzie, jakich spotkałem na mojej życiowej drodze. Ojciec Ewy niestety zmarł, gdy była mała, ale jej mama starała się wychować ją i jej siostrę najlepiej jak potrafiła – surowo i konsekwentnie. Była dzielną kobietą, radziła sobie w trudnej sytuacji.
◗ Jeśli rodzina oznacza zarazem dom, to jaki on, Waszym zdaniem, być powinien?
E.: Opowiem o naszym domu, który jest ciepły i rodzinny. Lubimy tu przebywać, być ze sobą. Dobrze się w nim czujemy i chętnie do niego wracamy. To tu odpoczywamy i nabieramy sił do pracy. Nasz dom jest miejscem, gdzie reszta rodziny zjeżdża na święta, jest przystanią dla bliskich. Taki powinien być dom.
K.: Całkowicie zgadzam się z Ewunią. Dodam, że czasem naszym tymczasowym domem staje się auto, którym jeździmy setki kilometrów na koncerty. Przez wiele lat naszym domem była Ameryka. Czasem tym domem może być hotel, w którym spędza się wiele dni. Trzeba umieć zbudować sobie dom wszędzie tam, gdzie są z nami bliscy. Dom tworzą przecież ludzie. U nas grono rodziny powiększają znajomi, którzy od lat lubią z nami przebywać, odwiedzać nas. Prowadzimy dom otwarty. Zapraszamy do niego dobrych ludzi, gdyż, jak śpiewam w piosence „Życie jak wino”, życie jest za krótkie, by pić marne wino, i za krótkie, by tracić czas na niewarte tego sprawy czy nieciekawych ludzi. A najważniejsze: za krótkie, by dać miłości zginąć.
◗ Mieszkacie w pięknym miejscu, nieco odcięci od reszty świata. Nie przeszkadzają Wam dojazdy do miasta?
E: Uwielbiamy tu mieszkać, to bardzo dobre miejsce, w samym sercu Polski. Nigdzie nie jest nam stąd daleko, a do Łodzi jedziemy dwadzieścia minut. Aczkolwiek znaleźliśmy się tu dość niespodziewanie. Ja chciałam mieszkać w starej kamienicy w Łodzi, być bliżej mamy Krzysia i jej męża. Jednak spotkaliśmy naszego dzisiejszego sąsiada, Tadeusza Przybysza, którego żona zajmuje się nieruchomościami i miała akurat w ofercie ciekawy domek w ładnym miejscu. Jego właścicielem był fan Krzysia. Pojechaliśmy zobaczyć ten dom i pokochaliśmy go od pierwszego wejrzenia. Był malutki, ale Krzysio poradził sobie i z tym – rozbudowaliśmy go.
K.: Dzisiejszym charakterem przypomina włoskie domy, na przykład z okolic Palermo, choć nie było to zamierzone. Wszelkich zmian dokonywaliśmy z Ewą wspólnie.
◗ Czy macie własną receptę na stworzenie szczęśliwego domu?
K.: Potrzebna jest duża dawka miłości…
E.: Tak, przede wszystkim w domu musi istnieć miłość. Szczęście tworzą ludzie, którzy są mieszkańcami domu. Szczęśliwy dom to nie muzeum, ale dom oswojony przez domowników, w którym tu i ówdzie panuje bałagan, wszyscy czują się swobodnie i razem spędzają przyjemne chwile. Potrzeba dużo uśmiechu i humoru. W czasie rodzinnych spotkań nie poruszamy przykrych tematów.
K.: Kiedy wracam z koncertu, wychodzę z samochodu i patrzę na rozgwieżdżone niebo, drzewa, dom i ogród, wtedy myślę, że to nie będzie trwało wiecznie – dostaliśmy dom jakby w ajencję od Pana Boga. To wszystko nie jest do końca nasze i nie powstało samo wyłącznie z naszych działań i marzeń, lecz z pomocą Pana Boga. Zawsze powinniśmy o tym pamiętać. W domu muszą być przestrzegane zasady i wyznawane wartości, w naszym przypadku chrześcijańskie, dobro zawsze powinno się znajdować na pierwszym miejscu. Staramy się przekazywać te wartości w rodzinie, przede wszystkim przykładem własnym, gdyż nic nie działa lepiej.
![]() |
|
Biesiada wielkanocna w domu Ewy i Krzysztofa |
◗ Jak spędzacie zwykły dzień?
K.: Praca niewątpliwie wypełnia nam życie. Ewa przez większą część dnia zajmuje się sprawami organizacyjnymi mojej działalności artystycznej. Jest kierownikiem zespołu, tzw. road managerem. Prowadzi kalendarz grupy. Odbiera telefony dotyczące koncertów, wysyła informacje, organizuje imprezy. Wtedy ja pracuję na piętrze, skazany na samotność. Jako gospodyni domu, Ewa ma więcej zajęć ode mnie. Potem jesteśmy razem, wypoczywamy.
◗ Czyli umiecie oderwać się od pracy w czasach, kiedy w pogoni za pieniędzmi i karierą wielu ludzi utraciło umiejętność odpoczywania. Co zatem robicie w wolnych chwilach?
K.: Przeglądamy tony gazet, których wciąż przybywa. Ewa uwielbia czytać książki, połyka je w zastraszającym tempie.
E.: To prawda, w zeszłym roku przeczytałam ogromną liczbę książek. To mój sposób na relaks. Innym jest poranne maszerowanie. Codziennie rano pokonuję 7 kilometrów. Zajmuje mi to około półtorej godziny. Z Krzysiem także często chodzimy razem na popołudniowe spacery, oglądamy dobre filmy. Właściwie spędzamy ze sobą cały czas: razem pracujemy i razem odpoczywamy. Nigdy nie jesteśmy oddzielnie. Zawsze znajdujemy wolny czas. Kiedy dzień jest wypełniony po brzegi, umiem po prostu wyłączyć telefon komórkowy i skończyć pracę.
◗ Czy macie ustalony rytm dnia, w którym jest miejsce na domowe rytuały?
K.: Jednym z ważnych elementów naszego bycia razem jest wspólna modlitwa moja i Ewy, ludzi nam towarzyszących, zespołu przed wyjazdem w trasę czy przed wyjściem na scenę. Przeżywamy wiarę myślą i sercem. Zdarza nam się przed wydaniem płyty siedzieć w studiu, trzymać się za ręce i modlić, by „piosenki szły pod strzechy”. Czasem po koncercie, przyznam, zapominamy: opadają emocje, przechodzi trema, pojawia się zmęczenie, w końcu jesteśmy tylko ludźmi. Do naszych codziennych bardziej przyziemnych, choć miłych rytuałów należy jedzenie razem posiłków, tzw. wspólny stół. Towarzyszy nam wtedy pani Halinka, która pomaga w domu i zajmuje się nim, gdy jesteśmy w trasie. Ponadto pan Mirek, nasz majordomus, zaopatrzeniowiec, i Basia, która robi zakupy w mieście i nam je przywozi.
E.: Innym naszym rytuałem jest „dzień szlafrokowy”, czyli po prostu poniedziałek. Wtedy najczęściej wracamy z trasy, wyłączam telefony i mamy czas wyłącznie dla siebie. Cała branża wie, że w poniedziałek bardzo rzadko można się do mnie dodzwonić, ponieważ to jest nasza „niedziela”, dzień święty.
◗ Czy w Waszym domu jest stały podział obowiązków?
E.: Tak, choć niekiedy wykraczamy poza swoje obowiązki. Na przykład Krzysztof czasami gotuje. Zwykle, gdy są goście, proszę, aby doprawił potrawy. Chociaż ja też, muszę się pochwalić, nieźle gotuję. Gotowanie w ogóle nas relaksuje. Kiedy chcemy miło spędzić czas, przygotowujemy potrawy wspólnie. Spędzamy wtedy w kuchni kilka godzin. Celebrujemy jedzenie. Krzysztof też włącza się do spraw gospodarczych domu…
K: …jeśli uda mi się pokonać ogarniające mnie czasem lenistwo, wyłączyć Discovery Civilization, Animal Planet lub inny podobny program, które w doskonały sposób uzupełniają moją wiedzę o świecie.
◗ Co jest najtrudniejsze do osiągnięcia w Waszym życiu rodzinnym?
E.: Największym trudem jest pogodzenie poglądów, potrzeb i oczekiwań różnych od siebie ludzi. Czasem, żeby się nie pokłócić, trzeba przełknąć ślinę i nic nie powiedzieć. Mamy różne poglądy…
K.: Raczej podobne!
E.: My tak, ale mówię tu szerzej, o dzieciach, dalszej rodzinie. Trud naszego codziennego życia stanowią problemy, jakie zdarzają się w każdej rodzinie.
K: Nie zapomnij, że dochodzą jeszcze te wynikające z bycia osobami publicznymi. Mogę tu o tym szczerze powiedzieć. Mam na myśli moment, kiedy z mojego syna publicznie zrobiono przestępcę. Dla bulwarówek był to temat na kolejne okładki. Ostatecznie syn wygrał wszystkie sprawy w sądzie. W związku z zaistniałą sytuacją wiele z Ewą przeszliśmy, ale wybaczyliśmy wszystkie inwektywy i krzywdzące artykuły. Bycie znaną osobą, nawet jeśli bardzo lubi się to, co się robi, tak jak w moim przypadku, przysparza kłopotów na co dzień. Wśród ludzi czuję się dobrze, wszędzie witają mnie sympatycznie. Czasami jednak popularność potrafi człowieka zamęczyć. Od dłuższego czasu nie chodzę na plażę, bo nie udawało mi się tam odpocząć. Ostatnim razem dopadła mnie grupa dzieci z kolonii. Udawałem swojego sobowtóra, więc odeszli, ale jeden chłopczyk stanął z boku i się rozpłakał. Nie uwierzył mi. Wtedy się przyznałem, że jestem autentycznym Krzysztofem Krawczykiem, tylko poprosiłem, aby nie mówił kolegom. Oczywiście, nie wytrzymał, rozpowiedział i koloniści znowu mnie dopadli, obsiedli na godzinę. Nie było szans na plażowanie. Podobnie jest po koncertach.
|
|
| Koncert "Jesteśmy z Wami", upamiętniający ofiary katastrofy budowlanej w Chorzowie Fot. REPORTER |
◗ Skoro dotykamy tu tematu dzieci, co one powinny, według Was, wynieść z rodzinnego domu?
K.: Przede wszystkim tolerancję wobec innych ludzi. Umiejętność zaakceptowania czyjejś inności. Trzeba, by wyniosły miłość, ale i wierność, która jest podstawą miłości.
E: Uważam, że również zdolność do wybaczania.
◗ Czy jesteście zgodnym małżeństwem?
K.: Tak, na szczęście nie potrafimy się długo ze sobą kłócić.
E.: Ja jednak pierwsza dążę do załagodzenia konfliktu, mnie gniew trzyma się krócej.
◗ Krzysztofie, od 2004 roku nieustannie prowadzisz w sondażach na najpopularniejszego polskiego piosenkarza. Czy wywołuje to w Tobie poczucie zobowiązania wobec Twoich fanów? Chodzi mi tu o życie prywatne – ludzie biorą z Ciebie przykład… To także obciążenie dla Ewy.
K.: Tak, czuję się zobowiązany i wtedy martwią mnie sytuacje, kiedy mój wizerunek przedstawia się nieprawdziwie. Na Ewie spoczywa odpowiedzialność, której jednak potrafi znakomicie podołać.
E: Zawsze mówię, że żoną artysty trzeba się urodzić. Kocham mojego męża jako mężczyznę, ale także jako artystę. Jestem jego wielką fanką. Byłam nim zafascynowana od początku naszej znajomości i pozostaję do tej pory. Moja miłość jest od 25 lat taka sama. To pomaga w życiu zawodowym i prywatnym. Wszędzie zmierzamy razem wzmocnieni uczuciem, jakie nas łączy.
K: Miłość do Ewuni to podstawa mojego życia i twórczości. Z niej wypływa wzajemny szacunek. Z drugiej strony, odbieram miłość jako zjawisko tajemnicze – jak się zrodziło to niezwykłe uczucie i jego trwała moc?
E: Tak chciał Pan Bóg, Krzysiu.
K: To prawda. Dlatego że spotkałem Ewę, jestem dziś człowiekiem wierzącym, choć ciągle upadającym. Inaczej, jak bym wytrzymał w wierności z jedną kobietą 25 lat!
◗ Jaką myślą chcielibyście zakończyć rozmowę o rodzinie?
K.: Mówiliśmy o tym, że miłość jest najważniejsza, dlatego chciałbym polecić wszystkim „Hymn o miłości” świętego Pawła Apostoła (z Pierwszego Listu do Koryntian, rozdział 13, wersety 1-13), także tym, którzy nie interesują się wiarą, są agnostykami lub wyznają inną religię. Zachęcam do czytania go razem w rodzinie chociaż raz w roku, aby uprzytomnić sobie, czym jest miłość, a pierwsze cztery linijki warto wypisać i powiesić oprawione na ścianie. „Hymn” jest trudny do realizacji, ale ważna jest choć refleksja nad nim, by przemyśleć sobie codzienne nasze postępowanie.
◗ Bardzo dziękuję za rozmowę









