|
|
| fot. Shutterstock |
Pewnego razu przyszła do mnie do poradni młoda osoba. Na głowie miała wysoką, sterczącą czapkę, zgniłozieloną, z długim włosiem – spadającą głęboko na uszy, tak że zupełnie ukrywała kolor włosów. Właściwie to wcale nie miała włosów…
Miała za to rzęsy – ogromne, długie z natury i jeszcze przedłużone tuszem. Oczy też miała przedłużone w kącikach czarną kredką, owalne jak migdałki. Może byłyby ładne, gdyby nie nadmiar rozsmarowanej czerni. Czarne rzęsy, czarne – naturalnie także umalowane – brwi, ciemne, pomalowane koła pod oczami. Na szyi miała kosmaty szalik, zgniłozielony, o ton jaśniejszy od czapki, i nylonowe lila futerko.
„Pani chyba przez pomyłkę tutaj?” – spytałam, patrząc na młodą osobę, którą w myśli oceniłam na dwadzieścia lub nawet więcej lat. Dziewczyna zawahała się, a potem powiedziała niepewnie: „Ja mam dwadzieścia lat”.
„No, właśnie – stwierdziłam – a my tutaj przyjmujemy dzieci do lat osiemnastu”.
Stała dosyć bezradnie, a potem, podnosząc głowę do góry, powiedziała już pewniejszym tonem: „Pani doktor z kliniki zapewniła mnie, że tu będę przyjęta, gdyż tu się leczy młodzież szkolną”. „To prawda” – odparłam.
„Jestem w trzeciej klasie liceum”. „To zmienia postać rzeczy – wyciągnęłam czysty blankiet i postawiłam datę. – Proszę, niech pani siada”.
Usiadła.
Zwykle rubryki dotyczące dzieci wypełniałam, wypytując matkę. Młoda kobieta była sama, miała karteczkę ze szpitala, z interny, z której dzień wcześniej została wypisana z notatką, że badania dodatkowe nie wykazały odchyleń od normy.
Dziewczyna usiadła, zsunęła z ramion płaszczyk i położyła go na poręczy krzesła. Miała na sobie obcisły ciemnolila sweter. Szyja schowana była w kosmatym szaliku, sweter miał cały rządek błyszczących guziczków. Spódnica była zielona, ciemniejsza niż czapka, także kosmata, bardzo obcisła i króciutka. Fiołkowe pończochy, zgniłozielone buty na wysokich, cieniutkich obcasach.
Ręce? Spodziewałam się, że będą białe, z pomalowanymi paznokciami, ale mimo że się tego spodziewałam, uderzyła mnie niesłychana długość paznokci i ich krwisty kolor. Na palcach obu rąk miała pierścionki, do tego złotą bransoletkę z łańcuszka od zegarka.
Mój przegląd trwał ułamek sekundy, nie powodując przerwy w pisaniu. Dziewczyna wcale nie wiedziała, że na nią patrzyłam i że widziałam także to, jak podciągała do góry spódniczkę, odsłaniając nogi do samej pupy.
Wypełniłam dane personalne i zapytałam: „Cóż panią tu sprowadza?”.
Podniosła na mnie ciemne oczy i powiedziała wysokim, nieco teatralnym głosem: „Różnica poglądów”.
Uśmiechnęłam się i spytałam: „Gdzież ta różnica poglądów?”. „W moim domu – usłyszałam w odpowiedzi. – Ja i matka zapatrujemy się na pewne rzeczy inaczej, ojciec inaczej. Stąd ciągłe scysje”.
Pokiwałam głową ze zrozumieniem, bo miewałam takich wywiadów kilka dziennie. Zapytałam jednak szczegółowo: „Na jakie sprawy macie państwo odmienne poglądy?”. „Och – dziewczyna lekko się skrzywiła – na wszelkie sprawy życiowe”. „Proszę o przykład”.
„Na przykład wczoraj była dzika awantura na temat futerka. Widzi pani – pokazała mi czerwono zakończonym paluszkiem – to płaszcz mamy, ponieważ i ja, i mama jesteśmy zdania, że mnie się w tym roku należy futerko, a ojciec nie chce tego uznać i każe mi nosić starą kurtkę, w której marznę…”.
„A inne scysje?” – dopytywałam. Ona na to: „Zawsze to samo! Trzy miesiące awantur, zanim tata kupi głupią bluzeczkę”. „Jak się to stało, że pani jest tak opóźniona w nauce?” – pytałam dalej. „Jestem w trzeciej klasie liceum”. „No właśnie – odparłam. – To już pani mówiła, a powinna pani być na drugim roku uniwersytetu”.
Dziewczyna wahała się przez chwilę. Patrzyła na swoje paznokcie i powiedziała przesadnie modulowanym głosem: „Och, to wina mojej babki, która miała do mnie złe podejście i rozpuszczała mnie. Jestem jedynaczką”.
„Powtarzała pani którąś klasę?” – zapytałam. „Właściwie to nie – odpowiedziała. – Przerwałam pierwszą liceum”. „Dlaczego?”.
Moment wahania, nieco dłuższy niż poprzednio. Potem wzruszenie ramionami: „Miałam pewne komplikacje ginekologiczne”. „Była pani chora?”. „Właściwie… – chwila zawahania w głosie dziewczyny – właściwie byłam także chora. Właściwie to wina mojego ojca, bo nie nauczył mnie odpowiedniej postawy wobec mężczyzn”.
Dziewczyna wysunęła do przodu smukłe, fioletowe nogi. Nie patrzyła na mnie, lecz w dół. „Tak, to wina ojca” – powtórzyła. „Co się stało? – dociekałam. „No… no… – chwilę jakby się jąkała – zaszłam w ciążę”. „I co się stało?” – pytałam.
Dziewczyna podniosła na mnie oczy i bez wahania odpowiedziała: „O, to wina wyłącznie mojej matki, że przerwałam tę ciążę. Bo matka histeryzowała, że sobie życie odbierze”.
Powtórzyłam za nią trochę niedowierzająco: „To wyłącznie wina pani matki?”. „A tak – odparła szybko – wyłącznie matki, bo ojciec o tym nie wiedział”.
Pokiwałam głową i powiedziałam: „No tak. Zebrawszy to wszystko: dwójki miała pani z winy babki, w ciążę zaszła pani z winy ojca, potem tę ciążę przerwała wyłącznie z winy matki. No i… co dalej?”.
„O, jak zdam maturę – odpowiedziała spokojnie dziewczyna – zapiszę się na psychologię”.
Autorka jest członkiem Papieskiej Rady do Spraw Rodziny oraz Papieskiej Akademii „Pro Vita”. Żona, matka czterech córek.