Nick urodził się w 1961 roku, jest wielokrotnie nagradzanym autorem projektów i opracowań graficznych licznych książek. Spotkałam się z nim w jego domu, gdzie mieszka z żoną Andreą i dwojgiem dzieci – Conradem i Niną.
|
|
| Rodzina Turzynskich w swoim ogrodzie: Nina, Andrea, Nick i Conrad. fot. Karen McMillan |
Losy ojca
Ojciec Nicka, Leon Turzyński, urodził się w Polsce, ale jego życie dramatycznie zmieniła druga wojna światowa.
„Gdy w 1939 roku Niemcy napadli na Polskę – opowiada Nick – tato oraz jego brat Stefan mieli zaledwie 15 i 16 lat. Próbowali uciec do Rumunii, ale na ich drodze stanęli żołnierze rosyjscy, uderzający od wschodu. Mój ojciec i jego brat wrócili zatem do Torunia. Po czterech latach życia pod okupacją zostali wcieleni do armii niemieckiej. Znaleźli się we Włoszech. Tam przyłączyli się do włoskiej partyzantki, aby walczyć przeciwko Niemcom. Po wojnie tato i jego brat wrócili do Polski. Ojciec wkrótce zdecydował, że podejmie dalszą edukację w Anglii. Wyjechał tam zupełnie sam, nie znając języka. Skończył studia inżynierskie. Poznał wtedy moją mamę i zaczęli razem nowe życie”.
W poszukiwaniu domu
Wkrótce na świat przyszedł Nick. Dorastał w Anglii i tam ukończył studia z literatury angielskiej. Pracował w agencjach reklamowych, pisał artykuły do czasopism, w końcu zajął się graficznym projektowaniem książek. Jak znalazł się w Nowej Zelandii?
„Moją przyszłą żonę poznałem podczas swojej podróży po Nowej Zelandii, w parku geotermalnym w Rotoura – opowiada Nick. – Zamieniliśmy kilka słów i wymieniliśmy się numerami telefonów. Powiedziałem jej, żeby odezwała się do mnie, jeżeli będzie kiedyś w Londynie”. Pół roku później Andrea zadzwoniła do Nicka. Znajomość rozwinęła się, aż w końcu zostali małżeństwem. „Na początku planowaliśmy życie między Wielką Brytanią a Nową Zelandią – mówi Andrea. – Potem jednak doszliśmy do wniosku, że jeśli chcemy mieć normalną rodzinę, to musimy się na coś zdecydować. Dlatego w 1995 roku przenieśliśmy się na stałe do Nowej Zelandii”.
Sielskie życie
Rodzina Turzynskich wiedzie teraz spokojne, wiejskie życie.
Nick prowadzi własną firmę graficzną, pracuje w domu. Niedawno wraz z synem wydali książkę o typowo nowozelandzkim tytule How to Eat a Huhu Grub (‘Jak zjeść Huhu Grub’ – to nazwa nowozelandzkiego owada). Jak mówi Nick, „w tej książce jest wiele odniesień do przeżyć i doświadczeń moich rodziców. Jej tematem przewodnim jest cierpliwość rodziców i zaangażowanie w wychowanie dziecka”.
|
|
| Wokół ogniska w domu rodzinnym Leona i Stefana w Polsce. fot. Nick Turzynski |
Żona Andrea pracuje jako agent nieruchomości. Zarówno dla niej, jak i dla Nicka rodzina jest najważniejsza i z nią spędzają dużo czasu. „Mieszkamy na wsi, ale do dużego miasta, Auckland, mamy tylko 20 minut – mówi Nick. – Z naszego ogrodu widać pasące się owce. Mamy dwa psy, kota oraz papugę. Kilka tygodni temu przyjaciel pożyczył nam małego kucyka. Córka Nina wstawała codziennie rano, żeby nakarmić go sianem”.
Kiwi przy ognisku
Nicka intrygowało jego polskie pochodzenie. Trzy lata temu wraz z całą rodziną i ojcem odwiedził Polskę. Ojciec Nicka, Leon, mógł spotkać się ze swoim bratem Stefanem – po 59 latach rozłąki!
„To była niesamowita wizyta – mówi Nick. – Stefan i tato nie mogli przestać rozmawiać. Pierwszy raz w życiu siedzieliśmy wokół wielkiego ogniska z kiełbaskami na kijkach. Nigdy nie zapomnę widoku ogrodu warzywnego, z przepiękną kolorystycznie kombinacją kapusty, ogórków, fasoli i kukurydzy. W takiej scenerii i w takim rodzinnym klimacie zjedliśmy najsmaczniejsze jak dotąd kiełbaski!”.
Rodzina Nicka była zaskoczona prostym sposobem życia swoich polskich krewnych. „Przekonałem się osobiście, że to ich jedzenie jest najwyższej jakości, a przy tym zdrowe – mówi Nick. – Zauważyłem także, że Polacy bardzo lubią sport, zwłaszcza siatkówkę i piłkę nożną. Dla nas to trochę egzotyczne dziedziny, bo pasją Nowozelandczyków jest gra w krykieta i rugby. Kiwi [Nowozelandczycy] słyną także ze swoich umiejętności żeglarskich, ale to chyba nikogo nie dziwi, gdy wokoło nas tyle wody”.
Do dziś z ogromnym wzruszeniem Nick i Andrea wspominają swoją podróż do Polski: „Wielkim przeżyciem dla nas było to pierwsze w życiu spotkanie się z polską rodziną, a zwłaszcza towarzyszenie ojcu i jego bratu. Nigdy nie zapomnimy przepięknych krajobrazów i życzliwości ludzi, z którymi się tam zetknęliśmy. I, oczywiście, mamy nadzieję, że jeszcze kiedyś zawitamy do Polski”.
Tłumaczenie: Martyna Przybysz








