![]() |
| FOT. THETAXSTOCK |
Tego dnia nigdy nie zapomnę: 13 lutego, piątek. Nie byłam przesądna, dlatego nie obawiałam się iść do lekarza. No, może trochę się bałam, bo przecież niedawno byłam chora. Ale wszelkie leki konsultowałam z lekarzem…
Oczekiwanie na cud
Nasza dzidzia miała wtedy 11 tygodni. Kiedy zobaczyłam na ekranie małe rączki, a potem nóżki, chciałam krzyczeć ze szczęścia. Długo czekaliśmy z mężem na ten moment! Byłam wniebowzięta… Do momentu, kiedy pani doktor powiedziała z troską w głosie, że nie widzi bicia serca. W jednej chwili świat stanął na głowie, ale pragnęłam, aby to nie była prawda. TO MUSIAŁA BYĆ POMYŁKA! Mieliśmy już jedno dziecko. Urodziło się zdrowe i… często śmiejemy się z mężem, że wręcz wzorcowo zdrowe…
Pani ginekolog z troską w oczach na wszelkie możliwe sposoby szukała serduszka dzidzi. Po 15 minutach poszłyśmy poszukać lepszego aparatu usg. Był zajęty. Pani doktor powiedziała, że musi mi dać skierowanie do szpitala. Dostrzegłam smutek w jej oczach, choć wcześniej nigdy jej nie widziałam. Później też…
Kiedy wyszłam na dwór, nie byłam w stanie zadzwonić do męża. Stałam oparta o kolumnę i niemal histerycznie płakałam, nie mogąc uwierzyć w to, co się działo. Mąż przyjechał tak szybko, jak tylko mógł. Przez długi czas nie potrafił niczego dowiedzieć się ode mnie. Siedziałam w samochodzie, trzymałam się za brzuch i płakałam. Tak bardzo czekaliśmy, tak mocno pokochaliśmy, tyle planów już zdążyliśmy ułożyć…
W szpitalu zbadał mnie drugi lekarz. Przy okazji instruował młodą lekarkę, jak się robi usg. Nie miałam siły protestować. Czekałam z nikłą nadzieją, że może jednak poprzednia maszyna nie była dokładna. Była. Lekarz powiedział, że powinnam zostać w szpitalu, bo to, co się dzieje, zagraża mojemu zdrowiu. Trzeba zrobić „zabieg”. Dwa dni i będzie po wszystkim. Miałam wrażenie, jakbym umawiała się na wycięcie wyrostka. Niepotrzebnego i zepsutego. Powiedziałam, że nie chcę zostać. Lekarz chyba zrozumiał, że powiedział coś niewłaściwego. Dał mi czas. Wyszłam z gabinetu. Wtuliłam się w ramiona męża. On też miał nadzieję. Nie wiedzieliśmy, co robić.
Gdzieś w środku czułam, że to nie może się tak skończyć. Nie tak!
Wyszliśmy ze szpitala. Zadzwoniłam do cioci, która była lekarzem, ale mieszkała daleko. Powiedziałam jej, co się stało. Zapytałam, co mogę zrobić. Usłyszałam, że bardzo jej przykro. Na koniec zadała mi ważne pytania: CZY CHCĘ POŻEGNAĆ SIĘ Z DZIECKIEM? Czy potrzebuję jeszcze czasu? Czy chcę je jeszcze ponosić w sobie? Ciocia powiedziała mi, że mogę kilka dni poczekać z zabiegiem. Mogę ten czas przemodlić, przemyśleć wszystko, a przede wszystkim przepłakać, wyżalić się – także Panu Bogu.
Przygotowanie
Gdyby nie te kilka dni, teraz byłoby inaczej. To były dla nas obojga prawdziwe rekolekcje. Najpierw było milczenie i po prostu bycie. Nie mogliśmy rozmawiać. Ja płakałam – praktycznie przez cały czas. Mąż starał się mnie wspierać, ale on też nie potrafił się odnaleźć. Widziałam w jego oczach strach i bezsilność, bo nic nie mógł zrobić… Bał się o mnie.
Niewiele pamiętam z tych pierwszych dni. Tylko łzy i ramiona męża.
Później powoli zaczęliśmy planować, co i jak zrobić. Znaleźliśmy stronę internetową o poronieniach. Dowiedzieliśmy się, że możemy zarejestrować dzidzię, pochować ją. Przeczytałam też mnóstwo historii kobiet, które mroziły mi krew w żyłach i wzmagały strach. Swoje świadectwo piszę właśnie na prośbę męża, aby dodać odwagi innym małżeństwom i by pokazać ludzkie i Boże oblicze poronienia.
W ciągu tych kilku dni we łzach rozmawiałam z dzidzią. Wyobrażałam sobie, że trzymam ją na rękach. Pewnego dnia zatańczyłam do mojej ulubionej melodii. Nie rozumiałam tego, co się stało. Nie chciałam tego zaakceptować. To wszystko przyszło powoli. Było nam łatwiej, bo mieliśmy już jedno dziecko, które uśmiechając się – nas zmuszało do uśmiechu.
Pojechaliśmy do księdza. Nie moralizował. Powiedział tylko, że mu przykro. Z delikatnością i wyczuciem odpowiadał na nasze pytania. Początkowo chcieliśmy, aby wszystko odbyło się w tajemnicy. Ja jednak czułam, że to nie będzie w porządku. Dzidzia przecież zasługiwała na coś innego. Była maleńkim człowieczkiem, bardzo przez nas kochanym. Kimś ważnym, a kogoś tak ważnego nie grzebie się chyłkiem w ziemi. Z drugiej jednak strony zastanawialiśmy się, czy wystarczy nam sił, aby załatwić wszystkie formalności (dziś rozumiem rodziców, którzy z różnych powodów zdecydowali się zostawić dzidzię w szpitalu albo pochowali ją potajemnie – to nie oznacza wcale, że są gorszymi rodzicami). Czas nam pomagał. Poprosiliśmy znajomych o modlitwę. Nikt nie odmówił. Nikt nie umniejszał tragedii. Wszyscy po prostu współczuli i byli z nami – zwłaszcza duchowo. Czekali, aż będziemy gotowi rozmawiać i prosić o pomoc.
|
|
| fot. ANNA OLEJ, KRZYSZTOF KOBUS - TRAVELPHOTO |
Bolesne powitanie
Do szpitala przyjechałam 18 lutego. Przyjął mnie ten sam lekarz, co przy pierwszym badaniu. Dowiedzieliśmy się, że w poniedziałek wziął nawet dodatkowy dyżur, bo czekał na nas. Widział, że niechętnie z nim rozmawiam. Poprosił o pomoc innego lekarza, który zrobił kolejne usg. I on powiedział ze smutkiem, że jest pewien, że serce dzidzi nie bije. Przyjęto mnie do szpitala. Wszystkie pielęgniarki były bardzo delikatne – począwszy od izby przyjęć. Położono mnie na ginekologii, nie na położnictwie. Kiedy dostałam leki, pielęgniarki przychodziły i pytały o moje samopoczucie.
Nie chciałam, aby mnie ktokolwiek odwiedzał. Trzymałam się tego, nawet kiedy czułam się strasznie samotna. Jednak pewna osoba postanowiła się nie podporządkować. Był to ksiądz, który przyszedł z Komunią Świętą – i to w zwykły dzień tygodnia. Nikt go wcześniej nie widział. Był króciutko, ale to wystarczyło. To była chwila, której nie zapomnę. Zwłaszcza że wcześniej rozmawiałam z Panem Bogiem. Po wielu żalach przyszło ukojenie. Powiedziałam Mu, że chcę, aby działa się Jego wola, ale teraz musiał mi dodać sił. Nie mógł mnie tak zostawić. I NIE ZOSTAWIŁ! PRZYSZEDŁ. A potem przyszły łzy, ale pełne pokory i spokoju.
Jechałam do szpitala ze łzami w oczach. Wszyscy byli delikatni i bardzo taktowni. Lekarz przywitał się ze mną. Zapytano także, czy chcę zabrać dziecko i pochować. Kiedy się obudziłam, poprosiłam, aby pokazano mi dzidzię. Nie wiem, dlaczego. Nie planowałam tego. Teraz wierzę, że to było działanie Ducha Świętego. Widziałam swoje maleństwo. Tylko chwilkę, ale to wystarczyło, aby nagle zapłonął tak wielki ogień miłości macierzyńskiej, że pali się on we mnie do dziś i do dziś czuję ogromne ciepło w sercu. Po raz kolejny poczułam się mamą. Nie mogłam jedynie przytulić dzidzi. Ale widziałam ją i WIEM, ŻE BYŁA. Pokochałam ją jeszcze mocniej i to dodało mi sił, dodało skrzydeł. Usnęłam spokojna. Co jakiś czas przychodziły pielęgniarki, aby sprawdzić, jak się czuję.
Rano lekarz ani słowem nie wspomniał na obchodzie o „zabiegu”. Zapytał tylko o samopoczucie, nie komentował, nie wnikał w szczegóły. Zapytał, czy chcę wyjść do domu. Powiedziałam, że tak. Chciałam do domu, do męża. Bałam się samotności i pustki, którą zaczynałam czuć niemal namacalnie.
Ale i tu pojawił się Anioł Stróż. Znalazłam artykuł o ludziach, którzy modlili się za wstawiennictwem swojego dziecka. I działy się w ich życiu cuda. Zaczynało docierać do mnie, że i ja mam święte dziecko. Że Bóg obdarzył mnie wielką łaską. Przekazałam nowe życie, święte życie, a moja dzidzia jest teraz bardzo szczęśliwa. Przecież właśnie tego pragnie każda matka dla swojego dziecka! Może tuli ją w ramionach Boża Mama, może bawi się i śmieje z innymi dziećmi? Jeszcze kiedy byłam w szpitalu, po przyjęciu Komunii Świętej zdarzył się mały cud. Usłyszałam słowa: NIE PŁACZ MAMO. JESTEM TERAZ BARDZO SZCZĘŚLIWA. BARDZO DZIĘKUJĘ, ŻE DZIĘKI TOBIE MOGĘ CIESZYĆ SIĘ TYM SZCZĘŚCIEM. BĘDĘ ZAWSZE PRZY TOBIE… Potem zrozumiałam, że chyba nie powinnam się smucić, ale cieszyć, bo mam „swojego człowieka” w niebie.
Pogrzeb
Dzidzię odebraliśmy dopiero po ponad tygodniu, ponieważ zgodziliśmy się na zrobienie sekcji. Okazało się ponadto, że zgodnie z obecnymi przepisami ciało może odebrać tylko firma pogrzebowa. Bardzo się tego bałam. Widok karawanu, a w nim maleńkiego pudełeczka z naszym dzieckiem był dla mnie nie do wyobrażenia. Na szczęście firma przysłała samochód, który karawanu nie przypominał. Oddano nam też ciało dzidzi wcześniej, abyśmy mogli się pożegnać.
Okazało się jednak, że czeka nas jeszcze jedna próba. Szpital wydał ciało w pojemniku z formaliną. Moje serce mówiło jasno: TAK NIE POCHOWAM DZIECKA. Trzęsły mi się ręce. Płakałam. Mąż poszedł do apteki po bandaże. Potem został w samochodzie, a ja powolutku wylewałam formalinę. Przez cały czas prosiłam o pomoc Zuzię (tak nazwaliśmy naszą dzidzię). Mąż też się modlił. Nie wiem dlaczego, ale czułam się silna. Z matczyną czułością otuliłam bandażami ciało dziecka. Potem przyszedł mąż. Powiedział, że poczuł taki przymus. Dałam mu na chwilę zawiniątko. To było nasze pożegnanie. W milczeniu i z miłością.
Po tym wszystkim pojechaliśmy na cmentarz. Wcześniej umówiliśmy się z księdzem. Planując pogrzeb, spotkaliśmy się z różnymi duchownymi. Od tych, co mówili tylko o „pokropku” i nie dopuszczali „żadnych tam wymysłów”, typu odprowadzenie ciała na cmentarz; poprzez takich, którzy pocieszali, że przecież już jedno dziecko mamy; wreszcie takiego, który w milczeniu i pokorze stanął nad grobem naszego dziecka, odmówił modlitwy, pobłogosławił. Potem zaprosił nas do kościoła, gdzie przyjęliśmy Komunię Świętą, mogliśmy jeszcze chwilę pozostać i porozmawiać z Panem Bogiem.
Poprosiliśmy grabarzy o obmurowanie grobu na wypadek, gdyby kiedyś jeszcze był potrzebny – niekoniecznie nam. Może ktoś inny nie będzie miał tyle siły i odwagi, ile my mieliśmy…
Piszę to wszystko, aby dodać innym otuchy. Wierzę, że jeśli ktoś wie, co go czeka, może się na to przygotować i wtedy jest mu łatwiej wszystko znieść. Chciałabym, aby te moje słowa były światełkiem nadziei i powiewem optymizmu dla tych, którzy stoją na początku tej drogi, którą my kroczymy… MAMA (dane do wiadomości redakcji)









