
![]() |
| Ewa Błaszczyk fot. AGENCJA GAZETA |
◗ Czy w monodramie Rok magicznego myślenia gra Pani siebie?
Nie gram siebie, ale niewątpliwie korzystam ze swoich przemyśleń i obserwacji. We współczesnym teatrze aktor przepuszcza emocje postaci, którą gra, przez filtr własnej osobowości. I wyłącznie to mnie interesuje. Mogę dokleić sobie brodę, garbić się i podpierać laską tylko wtedy, jeśli wynika to z sensu sztuki. Dzisiaj, nawet realizując wielki temat historyczny, nie można ograniczać się tylko do założenia kostiumu i odtwarzania kwestii. Trzeba mówić do ludzi, którzy żyją obok. Nigdy dotąd nie grałam w filmie kostiumowym. Mnie ciekawi relacja tu i teraz, spotkanie oko w oko z tym, co się właśnie rozgrywa.
◗ W swoim aktorstwie zawsze stara się Pani uciec przed rutyną. Czy Rok magicznego myślenia jest spektaklem, który każdego wieczoru gra Pani inaczej?
To jest taki monodram, mimo że tekst, światło i osoba pozostają te same. Przedstawienie powstaje dopiero razem z widzami. Odbijam się od każdej ich emocji, drgnienia, szelestu. Gram bardzo blisko ludzi. Karmię się tym, że publiczność słucha. Wtedy się otwieram. To bardzo intymne. W gruncie rzeczy jestem osobą nieśmiałą i jeśli choć na milimetr czuję, że ktoś nie chce mnie słuchać, jest mi strasznie trudno. Albo czuję się związana, albo zaczynam oddychać swobodnie. Za każdym razem nie wiem, czy te więzi z widzami zaistnieją. To żywa relacja. Nie wyobrażam sobie, żeby podczas tej sztuki zadzwonił telefon komórkowy. To by zburzyło moją grę i zerwało więź nawiązaną między mną a publicznością.
◗ Skąd minimalizm scenografii w tej sztuce? Na scenie jest tylko krzesło.
Inaczej sobie tego nie wyobrażam. W tym nie ma pomysłu. Bardzo chciałam, żeby to było nagie. Gdy wcześniej czytałam książkę Joan Didion, już wtedy myślałam, że musi być jak najprościej. W pewnym momencie zastanawialiśmy się z reżyserem, czy dodać muzykę – ale jaką? Mogłaby to być tylko muzyka przypadkowo wydobywająca się ze mnie. Zdarzenia przychodzą z zewnątrz, ale rozgrywają się wewnątrz, w opowiadaniu kobiety. To szczególny stan, kiedy budzi się świadomość po stracie. Człowiek jest zatrzymany w czasie jak w stop-klatce. W tym spektaklu ważną rolę odgrywa światło. Dzięki niemu mogę być widoczna lub chować się w cień albo oscylować między światłem a ciemnością, gdy siedząc, przenoszę ciężar ciała z jednej nogi na drugą.
◗ Czy ten monodram był dla Pani swoistym katharsis?
Ciągle pewnie jest… Myślę, że ktoś, kto ogląda go wnikliwie, też w jakimś stopniu podobnie przeżywa jego treść. To było dla mnie bardzo duże wyzwanie, nie tylko warsztatowe. Nie przepadam za monodramem. Wolę spotkać się na scenie z innym aktorem. Wtedy powstają między nami emocje, a tu trzeba to zrobić z widzem. Z partnerem się na coś umawiam i gramy najlepiej, jak potrafimy, a na taki spektakl może przyjechać np. węgierska wycieczka. Muszę to założyć, bilety są dostępne dla wszystkich. W takiej sytuacji relacji się nie nawiąże. To niemożliwe.
◗ I co wtedy?
Nie wiem, trzeba robić swoje. Oglądałam ostatnio dokument z Klausem Kinskim, który odważył się zagrać sztukę Jezus Chrystus Zbawiciel w hali wypełnionej pięcioma tysiącami ludzi. Mówił trudny tekst, stał sam z mikrofonem. Gdy ludzie mu przerywali, rzucali w niego pomidorami, wrzeszczał i zrywał przedstawienie, potem wracał. W pewnym sensie pokazywał spotkanie zbuntowanego Jezusa z tłumem. Podziwiałam jego odwagę. Skończył o drugiej w nocy z garstką widzów.
◗ Jerzy Satanowski powiedział, że specyfika wykonywania przez Panią piosenek polega na tym, że Pani naprawdę wie, o czym śpiewa. Jeśli chodzi o teatr, jest podobnie. Jak Pani się przygotowywała do tej roli?
Pomogły mi recitale, w których muszę być sam na sam z publiką przez półtorej godziny, budować dramaturgię, zmieniać nastroje. W tej sztuce nie ma chronologii zdarzeń, zdarzają się dygresje. Trzeba po nich wrócić do poprzedniej myśli. Musiałam nad tym zapanować. Tekstu jest bardzo dużo. Podczas pierwszych spektakli trzymałam publiczność w takim napięciu, że nikt nie śmiał się ruszyć. Zrozumiałam, że muszę znaleźć momenty, w których widz się rozluźni, zaśmieje i będzie mógł zmienić pozycję. Wciąż nad tym pracuję. Tak powstaje ten monodram.
◗ Dla jakich widzów jest ta sztuka?
Dla każdego, kto czuje, kto myśli, jest ciekawy życia.
◗ Czym po wypadku Oli [córki] stała się dla Pani praca w teatrze?
Zawsze szukałam ról ważnych i ciekawych, a od tamtej pory jeszcze bardziej. Szukam tematów, które więcej ważą. Interesują mnie spostrzeżenia dotyczące całego życia albo wycinkowe i precyzyjne. Kiedyś mogłam zagrać w czymś lekkim, teraz musiałaby to być komedia na bardzo wysokim poziomie z inteligentnym dialogiem. Zmieniły się proporcje tego, w czym chcę brać udział. Muszę się emocjonalnie, duchowo, intelektualnie tak obciążyć, żeby zrównoważyć to, co przeżywam w domu. Wtedy odpoczywam i zachowuję równowagę. Ten monodram był dla mnie wyzwaniem. Jedno zdanie musiałam w nim skreślić, gdyż nie byłam w stanie wypowiedzieć go głośno. Znalazło się za blisko mojego życia i bałam się, że może mieć na nie wpływ. W samym graniu zmieniła mi się odwaga. Mogę zrobić bardzo długą pauzę lub stanąć na jednej nodze, stroić brzydkie miny albo zacząć śpiewać, gdy nikt się tego nie spodziewa. Czuję się wolna. Jak zaczynałam, nawet gdy miałam wątpliwości, słuchałam reżysera. Dziś wiem, że są obszary, które nie podlegają wkraczaniu kogoś lub czegoś z zewnątrz.
◗ Bardzo dziękuję za rozmowę.
Monodram Rok magicznego myślenia na podstawie pamiętnika nowojorskiej pisarki Joan Didion, Teatr Studio w Warszawie.