![]() |
| fot. Andrzej Niedźwiecki |
Dom Edyty i Łukasza Golców z zespołu Golec uOrkiestra położony jest na skraju Łodygowic. Wciąż przewijają się przez niego goście: rodzice, rodzeństwo i przyjaciele. Szczególnym czasem na spotkania jest Boże Narodzenie, gdy domownicy przyjmują u siebie kilkadziesiąt, a czasem nawet sto osób. W tej rodzinnej, niezwykle gościnnej atmosferze wychowuje się troje dzieci: Bartek (4 lata), Antonina (2,5 roku) i Piotrek (pół roku).
◗ W Golec uOrkiestrze śpiewacie oboje. Często o tym, że zdobywanie sukcesu za wszelką cenę nie zapewni nikomu pełni szczęścia. Że ważniejsze od sukcesu są wiara, rodzina, przyjaciele, ojczyzna. Czy sami żyjecie w ten sposób?
Edyta Golec: Staramy się. Tak byliśmy wychowywani i te wartości są przekazywane w naszych rodzinach od wieków. To w nich uczyliśmy się prostej, pokornej wiary w Boga – tego, by powierzać Mu swoje życie i zdawać się na Jego wolę.
Łukasz Golec: Nieobce są nam też tradycje patriotyczne: mój chrzestny prowadził Oddział Strzelców w Milówce, w 1939 roku bronił ojczyzny. Tata po ucieczce z obozu walczył pod Berlinem, jego brata gestapowcy bez wyroku zamknęli w więzieniu przy ulicy Montelupich w Krakowie, najmłodsza siostra zaś została zamordowana przez NKWD zaraz po wojnie. W dzieciństwie to tata uczył nas piosenek partyzanckich, a podczas spotkań rodzinnych z otwartą buzią chłonęliśmy „opowieści wojenne” naszych wujków.
◗ A jakie znaczenie ma dla Was rodzina?
Ł.G.: „Rodzina to jest siła” – brzmią słowa jednej z naszych piosenek. W niej znajdujemy wsparcie, to ona otacza nas opieką i troską, mobilizuje do działania. Jeśli dzieje się coś złego, to wiem, że zawsze mogę liczyć na pomoc bliskich. U nas nie ma rozgraniczenia na rodzinę najbliższą i dalszą. Rodzice, dziadkowie i teściowie są dla nas osobami niezastąpionymi, także dzięki swojej mądrości i doświadczeniu. A największym szczęściem jest każde z naszych dzieci.
E.G.: W rodzinach znajdowaliśmy też przeciwwagę, kiedy nasza muzyka zyskała popularność. Gdy wracaliśmy z trasy, to najbliżsi, owszem, przez chwilę rozmawiali o naszym powodzeniu, ale szybko ściągali nas na ziemię, mówiąc o zwykłych, codziennych sprawach.
Ł.G.: Razem z bratem, Pawłem, tak samo pracowaliśmy przy wykopkach czy kosiliśmy trawę w czasach, gdy nikt nie przypuszczał, że założymy Golec uOrkiestrę, jak i wtedy, gdy zaczęliśmy osiągać sukcesy.
E.G.: Czy rzeczywiście udaje się nam nie zachłysnąć sławą, to musiałby ocenić ktoś z naszych przyjaciół. Często to oni są dla nas buforem między życiem zawodowym i rodzinnym. Powierzamy im swoje tajemnice, dzielimy się problemami.
◗ Czy udaje się Wam ochronić dzieci przed „syndromem sławy”?
E.G.: Piotruś i Tosia są za mali, by mieć świadomość, że ich rodzice są osobami publicznymi. Natomiast Bartusiowi zdarza się czasem powiedzieć coś w rodzaju: „Ja jestem od Golców, tych Golców” albo: „My jesteśmy bogaci, to możemy sobie kupić to i to”.
Ł.G.: Staramy się wtedy od razu zwracać mu uwagę. Nie chcemy, by myślał, że ma jakieś specjalne przywileje czy jest lepszy od innych.
◗ Czy macie jeszcze jakieś inne problemy wychowawcze?
E.G.: Na szczęście nasze dzieci nie mają, jak dotąd, takich pomysłów jak kiedyś Łukasz z Pawłem – by schować się w lodówce albo skakać po dachu nowiutkiego samochodu kuzyna. Bartuś zaskakuje nas czasem odzywką w stylu „Jesteś głupi”, na co od razu staramy się reagować. Dzieciakom zdarza się nas szantażować, a mnie – dla świętego spokoju – ulec. Gdy na przykład trzeba kąpać Piotrusia, włączam Bartkowi i Tosi bajkę (choć nie jestem zwolenniczką przesiadywania dzieci przed telewizorem), bo wtedy jestem pewna, że nie będą rozrabiały.
Ł.G.: Generalnie jednak większość problemów dotyczy potrzeby stałej opieki nad malcami, dobrej organizacji czasu, tak by każdemu z trojga dzieci poświęcić dostateczną ilość uwagi i pogodzić to z pracą.
◗ Jak sobie z tym radzicie?
Ł.G.: Staramy się dostrzegać swoje potrzeby i dzielić się obowiązkami. Gdy Edytka jest zmęczona, to ja opiekuję się dziećmi. I na odwrót. Tak było choćby wczoraj: żona prowadziła samochód przez całą drogę z Włocławka i o godzinie 18 poszła z Piotrusiem spać. Nakarmiłem więc i wykąpałem Bartka i Tosię. Zresztą odkąd urodził się Piotrek, to ja w nocy wstaję do starszej dwójki. Często też biorę ich ze sobą, gdy jadę załatwiać jakieś sprawy. Staram się pomóc Edycie także w innych obowiązkach. Zdarza się, że nie mam ochoty na pracę, bo akurat jest fajny film albo koncert w telewizji. Ale gdy widzę, że Edyta jest bardzo zmęczona, wyłączam telewizor i biorę się np. do wieczornego sprzątania kuchni.
E.G.: Oczywiście, nie zawsze jest łatwo. Na przykład w zeszłym tygodniu miałam wyjątkowo ciężki dzień. Wróciłam do domu późno. Piotruś miał kolkę, a Tosia z Bartusiem szaleli, zupełnie mnie nie słuchając. „Gdzie ten tata?!? – ogarnął mnie gniew. – Znów go nie ma”. Wiedziałam, że nie mam prawa się na niego złościć: przecież razem ze mną opiekuje się dziećmi, przejmuje część domowych obowiązków, dba o nas, jak tylko może, i pracuje dla nas. Mimo to przez chwilę emocje zwyciężyły. Rozważałam nawet możliwość wejścia do naszego studia w piwnicy, by opowiedzieć Łukaszowi o swoich problemach. Wiedziałam jednak, że będę go tym rozpraszać. Zdusiłam więc w sobie tę chęć, mówiąc: „Boże, pomóż mi jakoś przetrwać do końca nagrań płyty”. Tak samo staram się postępować, gdy Łukasz przychodzi do domu bardzo zmęczony. Wiadomo, że się poświęcam – ale to nie jest takie poświęcanie typu „muszę”. Fakt, że to wynika trochę z obowiązku, ale przede wszystkim z miłości do niego, z pragnienia jego dobra.
◗ Mówiliście o wartościach, o problemach związanych z wychowaniem. A co najbardziej chcielibyście przekazać Bartkowi, Antoninie i Piotrkowi?
E.G.: Nauczyć ich miłości, bogobojności, bezinteresowności, pokory i szacunku dla drugiego człowieka. Pamiętasz, Łukaszu, jak Bartek nabroił przy mojej mamie, a później przyniósł skrzypce i powiedział, że przeprosi ją, grając?
Ł.G.: Cieszyłem się, gdy mi to opowiedziała. I byłem z niego dumny. Przyznaję. Uważam, że naszym osiągnięciem wychowawczym jest też to, że chociaż Bartek z Tosią biją się między sobą o zabawki – bez problemu dzielą się nimi z biedniejszymi dziećmi, np. z domu dziecka. Teraz przyglądają się, jak Fundacja Braci Golec wspomaga w nauce gry na instrumentach najmłodszych z Milówki i okolic. Tak sobie myślę, że może kiedyś w przyszłości same będą organizować pomoc dla innych…
E.G.: Chcemy również, by poznały kulturę góralską – żeby miały poczucie korzeni, wiedziały, że są stąd, że tutaj mieszkają ich rodzice i dziadkowie, że są góralami. A górali cechuje „honorność”, wiara w Boga, pracowitość, wytrwałość. Taka świadomość daje poczucie bezpieczeństwa. Nie mamy oczywiście pewności, że nasze dzieci wyrosną na porządnych ludzi. Ale mamy nadzieję, że gdy przekażemy im solidny fundament – tak się stanie.
![]() |
| fot. Andrzej Niedźwiecki |
◗ Oboje macie jednakową wizję wychowania. Czy pojawiają się różnice zdań w jego realizacji?
E.G.: Ponieważ jestem z dziećmi w ciągu dnia dłużej niż Łukasz, do mnie należy przypominanie o drobiazgach: umyj się, przebierz się, posprzątaj, zjedz… Tato bardziej je rozpieszcza: cukierkami, zabawkami. Łatwiej daje się namówić na spełnienie zachcianek. Zdarza się, że gdy ja się na coś nie zgadzam, pojawia się pytanie: „Kiedy przyjdzie tatuś? Bo ja chcę porozmawiać z tatusiem”.
Ł.G.: Ale jak tata powie coś podniesionym głosem, wtedy dzieci wiedzą, że granica została naruszona i nie ma żartów.
E.G.: Czasem kłócimy się, gdy Bartuś nie ma ochoty iść do kościoła, a Łukasz chce go zabrać na siłę. Tłumaczę, że to bez sensu, bo dziecko się zrazi. Jednak mój mąż jest wtedy bardzo stanowczy. Może ma rację – uczy go w ten sposób systematyczności, ale…
Ł.G.: Niedziela jest po to, żeby chodzić do kościoła, czy mu się to podoba, czy nie. Pewne nawyki trzeba wyrabiać od dziecka.
◗ Religijność to jedna z cech górala…
Ł.G.: I potrzeba serca. Staramy się, by Bartuś czuł swoją przynależność do tego regionu także przez kultywowanie rodzimych tradycji, żywieckiej i polskiej. Jak na prawdziwego górala przystało, ma swój góralski strój i uczy się grać na skrzypcach. Uczymy go też np. tutejszych wierszowanych powinszowań świątecznych.
E.G.: W Wigilię Bartek z Tosią wypatrują pierwszej gwiazdki na niebie, po czym zasiadamy do kolacji. Dzieci wiedzą, że pod świąteczny obrus kładzie się sianko i pieniążki, a pod stołem stawia naczynie na jedzenie dla zwierząt. W ubiegłym roku Bartek już dzielił się ze wszystkimi opłatkiem, tradycyjnie tutaj maczanym w miodzie. A niedługo pewnie Łukasz wtajemniczy go w to, w jaki sposób pachołek, który w sylwestra i Nowy Rok wędruje z kolędnikami po domach, powinien strzelać z bata.
Ł.G.: Nauczę strzelać: najpierw jedną ręką, a później równocześnie dwiema. Na razie od dwóch lat przebieramy się razem z Bartkiem na sylwestra za postaci charakterystyczne dla tzw. dziadów żywieckich (czyli obrzędu kolędowania połączonego z życzeniami noworocznymi oraz płatania figli napotkanym przechodniom). Ja bywam Dziekciorzem (Smolarzem), Żydem lub Kominiarzem, a Bartek zakłada maskę tzw. Macinduli, czyli niewielkiej postaci ubranej w postrzępione szaty.
◗ To w Nowy Rok. A jak wyglądają u Was przygotowania do świąt?
E.G.: Przed Bożym Narodzeniem, do 20 grudnia, przeważnie jesteśmy w trasie. Gdy wracamy do domu, zaczyna się szaleństwo: zakupy, gotowanie, sprzątanie. W tym okresie jesteśmy bardzo zmęczeni, ale w taki przyjemny sposób. Bo te przygotowania mają w sobie coś bardzo radosnego i ciepłego.
Ł.G.: U nas już Święty Mikołaj robi furorę. Na spotkanie ze znajomymi i ich dziećmi nasz serdeczny przyjaciel Piotr przebiera się w biskupi strój. Towarzyszą mu ministranci, anioł i diabeł – świta jest więc dość poważna. Święty Mikołaj nie daje prezentów bezinteresownie – trzeba się przeżegnać, zmówić paciorek…
E.G.: To wzruszające patrzeć, jak malcy przeżywają swój występ i starają się wypaść jak najlepiej…
Ł.G.: W Wigilię natomiast nie włączamy telewizora. Chcemy w ten sposób wyciszyć się i pokazać dzieciom, że to szczególny czas wspólnego oczekiwania na Pana Jezusa.
E.G.: W tym dniu ubieramy choinkę, Łukasz z tatą „walczą” z karpiami (przygotowujemy 10 sztuk), wspólnier obimy kolację wigilijną. Tosia z Bartkiem także chcą pomagać – dlatego musimy patrzeć na nich z podwójną uwagą, by nie nasypały np. maku do zupy czy nie zrobiły sobie krzywdy.
◗ Jak spędzacie wigilijny wieczór?
Ł.G.: Spotykamy się albo u nas, albo u Pawła, albo u mamy w Milówce w kilkanaście osób. Kolację zaczynamy modlitwą i włożeniem opłatka w bochenek chleba, przeznaczonego dla zwierząt. Później sami dzielimy się opłatkiem i zaczynamy wieczerzę.
E.G.: Podstawowe dania to zupa grzybowa na głowach z karpia, kasza z fasolą, kapusta z grochem, barszcz z jaśkiem, śledzie, sałatka jarzynowa, łazanki, orzechy i ryby. Obowiązkowo musi być też kompot z piecorek, czyli z suszonych śliwek, gruszek i jabłek. Kiedyś – gdy żyło się bardziej ubogo – tych potraw było mniej, teraz ich przybywa i są coraz bardziej wymyślne. Ale dwunastu jeszcze nie udało nam się przyrządzić…
Ł.G.: Po naszej wieczerzy kolędowaniu nie ma końca. Śpiewamy w domu – do Pasterki. Z miejscową orkiestrą dętą lub z Golec uOrkiestrą – podczas pasterki, a z rodziną i przyjaciółmi – po pasterce, z reguły do godzin porannych. Boże Narodzenie i święto Świętego Szczepana obchodzimy tradycyjnie, uczestnicząc we Mszy Świętej i odwiedzając się wzajemnie. W okresie świątecznym łącznie z kolędnikami odwiedza nas nawet sto osób!
E.G.: Najważniejsza podczas świąt jest atmosfera pełna rodzinnego ciepła. Dzieci też ją odczuwają, uczestnicząc w przygotowaniach, śpiewając kolędy, słuchając naszych rozmów… Bo przecież gdy spotykamy się w rodzinnym gronie, wspominamy, opowiadamy różne historie z przeszłości, żartujemy.
◗ Tak budujecie rodzinne więzi. A co pomaga w codziennej gonitwie budować Waszą więź małżeńską?
E.G.: Życzliwość, czułe gesty. Zdarza się, że nie widzimy się cały dzień, a wieczorem jesteśmy tak zmęczeni, że najchętniej poszlibyśmy spać. Mimo to staram się do Łukasza uśmiechnąć, przytulić go, powiedzieć miłe słowo, zażartować. To drobiazgi, ale one budują poczucie, że jest się kochanym.
Ł.G.: Trzeba się wzajemnie szanować. A czasem pozwolić sobie na spontaniczność. Ja na przykład bez okazji przynoszę żonie kwiaty, pamiętam o miłym prezencie.
E.G.: Uwielbiam niespodzianki. Ale przyznaję, że jeszcze bardziej niż bukiet róż uszczęśliwia mnie Łukaszowa modlitwa w mojej intencji (a czuję tę modlitwę cały czas) czy wyręczenie mnie w domowych obowiązkach.
Ł.G.: W małżeństwie potrzebne jest też uczucie, więź, przyjaźń.
E.G.: To właśnie sprawia, że nawet jeśli jestem zła na męża, staram się nie okazywać tego od razu. Dlaczego? Bo, jak się to godo po góralsku, miłuje go. Zwykle w trudnych sytuacjach Łukasz w pierwszej chwili ostro broni swego zdania. Czekam więc, aż mu to minie i zacznie się zastanawiać. Dopiero wtedy zaczynamy spokojnie rozmawiać, analizować. Nie zawsze dochodzimy do jednogłośnych ustaleń, ale w końcu każde idzie na kompromis – podejmujemy wspólną decyzję.
![]() |
| fot. Andrzej Niedźwiecki |
◗ Kompromis jest dla Was ważny?
Ł.G.: Oczywiście. Tak samo jak ważne jest niemyślenie tylko o sobie. Gdy tego zabraknie, małżeństwa się rozpadają. Nie może być tak, że jedno drugiemu nie popuści, że musi być tak, jak chce jedno – albo wcale.
E.G.: Ale nie w ten sposób, że zawsze tylko jedna strona ustępuje.
Ł.G.: Zdecydowanie nie. Życie jest zbyt krótkie, żeby się tak spinać.
◗ A w czym, Łukaszu, ustępujesz żonie?
Ł.G.: Często bywa tak, że przed wyjazdem w trasę chłopcy imprezują do późna, a Edyta dzwoni, żebym przyszedł już położyć się spać. I trzeba zrezygnować z przyjemności.
E.G.: To nie jest kompromis, to dla twojego dobra. Zresztą na drugi dzień zawsze mi dziękujesz, bo jesteś wypoczęty i dobrze się czujesz.
Ł.G.: No tak, ale co w takim razie, Twoim zdaniem, jest kompromisem?
E.G.: Rezygnacja z wyjazdu na wczasy z koleżanką.
Ł.G.: Chciałabyś?
E.G: Może na kilka dni, ale pewnie nie wytrzymałabym długo. Tęskniłabym za Tobą i dziećmi.
◗ Jak jednym słowem określilibyście Wasze małżeństwo?
E.G.: Bezburzowe. Znamy się od 15 lat, od 8 jesteśmy małżeństwem, a w naszej relacji nie ma wybuchów, awantur, niepohamowanych emocji.
Ł.G.: Jest spokój.
E.G.: Oczywiście, są sprzeczki, to normalne. Na szczęście nie dotyczą one naprawdę istotnych spraw. Gdy obserwuję znajomych, którzy właśnie się rozchodzą, zaczynam się bać, że może kiedyś na nas przyjdzie taki kryzys. „Jak my sobie damy radę?” – pytam. Wtedy przypominają mi się słowa babci Łukasza, Helenki, bym moje problemy powierzała Matce Bożej i Janowi Pawłowi II. „Zobaczysz, one się wtedy same rozwiążą” – mówiła.
◗ I modlisz się?
E.G.: Tak. Przede wszystkim dziękuję za to, co mam: za łaski i doświadczenia. Ale też proszę: o zdrowie, rozum, szczęśliwą podróż (jak dotąd udało się nam pokonać tak wiele kilometrów na koncerty bez wypadku – to dla nas znak Opatrzności Bożej), o dobre wybory, o to, by mój mąż zawsze mnie kochał i żebyśmy się nigdy sobą nie znudzili.
Ł.G.: Modlimy się też, byśmy byli dobrymi rodzicami, aby nasze dzieci były mądre. Często polecam Bogu moich wrogów – a później zdarza się, że moja relacja z nimi zmienia się diametralnie.
E. i Ł.: Prosimy też, żebyśmy muzyką dawali radość inny ludziom. To jest strasznie ważne!
◗ Czy jesteście szczęśliwi?
E.G: Tak. Czujemy się spełnieni.
Ł.G.: Zdecydowanie tak. A do pełni szczęścia brakuje nam jeszcze tylko… bliźniaków...









