Piątkowy wieczór. O godzinie 17:30 nabożeństwo różańcowe, później Msza Święta i spotkanie z kandydatami do bierzmowania. Ksiądz zaprosił nas, żebyśmy opowiedzieli młodym o naszej wakacyjnej przygodzie.
- Weźcie gadżety.
Wkładam więc do madryckiego plecaka nasze gadżety: kapelusz, modlitewnik, YOUCAT, plan Madrytu....
- A krzyż?
- Tyle teraz zamieszania z krzyżem...
Spojrzeliśmy na siebie i wiedzieliśmy, że krzyż pójdzie z nami do młodych.
Rozpoczęliśmy, jak należy
![]() |
| Zwiedziliśmy Lizbonę i ruszyliśmy w drogę. fot. arch. pryw. |
Pomysł przejścia drogi św. Jakuba zrodził się w nas już dawno i powoli dojrzewał do realizacji. W ubiegłe wakacje odbyliśmy pieszą pielgrzymkę z domu do Rzymu, do grobu naszego kochanego Jana Pawła II. W tym roku pomysł pielgrzymki podsunął nam sam Benedykt XVI, który zaprosił młodych do Madrytu. Chcieliśmy wziąć udział w ŚDM, ale wcześniej odbyć tak długo planowaną pielgrzymkę do Santiago de Compostela.
Tegoroczna droga rozpoczęła się od podróży autostopem. Kto myśli, że dziś nie da się tak podróżować – myli się bardzo. Potrzebowaliśmy czterech dni, by przebyć ok. 4 tys. km i znaleźć się w stolicy Portugalii – Lizbonie.
Niedzielne popołudnie. Nasz kierowca, nie wiedząc o tym, że bardzo pragniemy pójść na Eucharystię, wysadził nas prawie pod kościołem, gdzie za chwilę ksiądz miał odprawić Mszę Świętą. Portugalską przygodę rozpoczynamy więc jak należy.
Po Mszy Świętej bierzemy udział w parafialnej uroczystości – w urodzinach księdza. Częstujemy się tortem i dostajemy kubeczek wina. W tym czasie parafianie kontaktują się z naszą gospodynią i tłumaczą jej telefonicznie, skąd może nas odebrać. I już po chwili jedziemy do naszego nowego domu.
Czas w Lizbonie mija szybko na zwiedzaniu miasta i okolicy. A wieczory schodzą na rozmowach, często tłumaczonych przez internetowy translator, oraz delektowaniu się przysmakami kuchni portugalskiej i polskiej (przygotowaliśmy naszym gospodarzom iście polską ucztę – placki ziemniaczane z gulaszem).
Łączymy dwa bambusy
![]() |
| Z gościnnymi strażakami, u których spaliśmy. fot. arch. pryw. |
I wreszcie nadchodzi czas, by wyruszyć w drogę. Zaopatrzeni w paszporty pielgrzyma (credencial), bez muszli (w całej Lizbonie nie znaleźliśmy tego charakterystycznego znaku pielgrzyma) wyruszamy na camino – drogę do św. Jakuba.
Ludzie nas zaczepiają: pytają, dokąd idziemy, co to za spacer. Brakuje nam czegoś, co od razu by im pokazało, że jesteśmy pielgrzymami. Przy drodze leżą kije bambusowe. Nasz krzyż, z którym w ubiegłym roku szliśmy do Rzymu, został w Polsce. Nie zastanawiamy się długo – łączymy dwa bambusy. Teraz Portugalczycy wiedzą: to nie nordic walking – to camino...
Wielka radość, gdy dostrzegamy pierwsze żółte strzałki – znak prowadzący do Santiago de Compostela, i niebieskie – wiodące do Fatimy, bo po drodze chcemy się zatrzymać u Matki Bożej.
Droga prowadzi nas przez pola, lasy, miasta i miasteczka. Krajobraz kieruje nasze myśli ku Polsce, ale zachwycamy się również lasami eukaliptusowymi czy drzewami korkowymi, z których właśnie ściągają korek. I napatrzeć się nie możemy na te cytryny wiszące tuż nad naszymi głowami, pomarańcze, a nawet kiwi.
Słońce grzeje tu mocno – a w Polsce deszczowe lato.
Śpimy przeważnie u Bombeiros Voluntários – ochotniczej straży pożarnej. Zawsze możemy wziąć prysznic – to miła odmiana po ubiegłorocznej wędrówce do Rzymu (tam na taki luksus nie mogliśmy liczyć). Bardzo często na miejscu są też materace, więc nie musimy co wieczór dmuchać naszych własnych. I nie brakuje spokoju. Na razie nie ma natłoku pielgrzymów na camino português. Sytuacja zmieni się dopiero od Porto.
W siedmiu językach
![]() |
| Klasztor Matki Bożej Zwycięskiej w Batalha. fot. arch. pryw. |
Na razie spotykamy się co parę dni z Alessandro – zaprzyjaźniliśmy się z tym sympatycznym Włochem, który wyruszył z Lizbony dzień przed nami. W miejscach noclegów prowadzimy poważne rozmowy o życiu i wierze w siedmiu językach – gdyż tyloma się w trójkę posługujemy – i nie przeszkadza nam wcale to, że nie ma wśród nich żadnego, który znalibyśmy wszyscy.
Droga prowadzi do domu Matki. Co z tego, że sanktuarium na ziemi portugalskiej? Łzy w oczach na widok majaczącej w oddali świątyni w Fatimie pojawiają się tak samo jak wtedy, gdy na pielgrzymim szlaku widać jasnogórskie wieże.
Maryi oddajemy nasze trudy, obolałe nogi, chwilowe zwątpienia i z różańcem w dłoni błagamy, by z Jezusem błogosławiła na dalszą drogę. I ta cicha modlitwa, by Ona, Matka, i nam ubłagała upragniony dar rodzicielstwa...
Okolice Fatimy obfitują w ciekawe miejsca, więc odwiedzamy miejscowości Leira oraz Alcobaça i Batalha, gdzie znajdują się najpiękniejsze gotyckie klasztory w Portugalii.
Dalej nasz szlak zbacza troszkę z obieranego tradycyjnie, gdyż chcemy iść przez Bragę – duchową stolicę Portugalii. Tam napawamy się pięknem kościołów, wdrapujemy się po wielu schodach do sanktuarium Bom Jesus i spod stóp krzyża spoglądamy na piękne okolice....
Odwiedzamy też Guimarães – dziś małe miasteczko, z historycznym centrum wpisanym na listę światowego dziedzictwa UNESCO, kiedyś pierwsza stolica Portugalii – bardzo nam się podoba.
Wreszcie rzecz najważniejsza – wszędzie spotykamy ludzi. Życzliwych, otwartych, dających nam siebie.
Im bliżej, tym tłoczniej
![]() |
| Gdzieś na szlaku… fot. arch. pryw. |
Wracamy na szlak camino. Zamykamy rozdział Bombeiros Voluntários – teraz czas na alberghi (schroniska dla pątników). Miejsca czekające na strudzonych pielgrzymów. Przed naszą wyprawą wiele się naczytaliśmy – że brudno, że tłoczno, że robaki... Nic z tych rzeczy – alberghi są na najwyższym poziomie, jest czysto, schludnie, wygodnie, a hospitalerzy gotowi nieba przychylić pielgrzymom.
A tych już coraz więcej. Za nami zostało Porto – skąd tradycyjnie większość pielgrzymów rozpoczyna swe camino. Nawiązują się przyjaźnie. Odtąd, przez te kilka dni drogi, które zostały do Santiago, będziemy się spotykać, często razem nocować, jeść i dużo rozmawiać. Dzielić się doświadczeniem życia i doświadczeniem drogi.
Inaczej wygląda życie w Niemczech, o czym opowiada nam Petra, inaczej na Słowacji, o czym świadczą Jozef i Magdalenka – młode słowackie małżeństwo, które jak my z Santiago ruszy do Madrytu. Inne doświadczenia ma Francesco z Portugalii, a jeszcze inne – rodzinka wędrująca do św. Jakuba z Italii. Wreszcie spotkanie z młodymi Amerykanami z Teksasu, z którymi dane jest nam przeżyć Eucharystię i wspólnie adorować Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie. Bogactwo Kościoła, bogactwo świata, którego skarbem są ludzie.
„Dobrze nam tu być” – powiedział kiedyś Piotr do Jezusa. Nam też dobrze być z tymi ludźmi na camino.
Im bliżej do Santiago, tym na szlaku robi się tłoczniej. Ogromna rzesza pielgrzymów dołącza do nas na granicy portugalsko-hiszpańskiej – w Walencji i Tui. Pozostali wkroczą na szlak na ostatnich stu kilometrach (tyle trzeba przejść, by otrzymać compostele – pamiątkowe zaświadczenie o przebyciu drogi św. Jakuba).
Więcej nas, to i w albergach zaczyna brakować wolnych miejsc, gdy dojdzie się później. Na szczęście nocleg na sali gimnastycznej też jest w porządku – tylko zanim poszliśmy spać, trzeba było obejrzeć trening miejscowej drużyny szczypiornistów.
To nauczyło nas wstawać wcześnie rano, by na czas dojść do końca etapu. Plusem takiej postawy było i to, że słońce nie zdążyło jeszcze solidnie przygrzać, a my już byliśmy na miejscu i mieliśmy w perspektywie błogi odpoczynek, który upływał nam na wspólnym poznawaniu najbliższych okolic i wspólnym kucharzeniu.
Zapach świętości Boga
![]() |
| U celu – w Santiago de Compostela. fot. arch. pryw. |
Wreszcie ostatni dzień. Przed nami miasto św. Jakuba. Docieramy do Santiago de Compostela. Katedra robi na nas ogromne wrażenie. Powiedzieć, że jest piękna, to za mało. Jest taka dostojna, olbrzymia i urokliwa. Każdego dnia zmierzają do niej tłumy pielgrzymów, by w jej murach oddać cześć Jezusowi i pokłonić się u grobu Apostoła.
Mamy niesamowite szczęście uczestniczyć w wieczornym nabożeństwie, podczas którego kilku mężczyzn wprawia w ruch olbrzymie kadzidło, które unosi się pod dach świątyni, napełniając wszystkich obecnych zapachem świętości Boga.
Później bierzemy udział w specjalnym nabożeństwie dla pielgrzymów. Z pątnikami z różnych zakątków świata spalamy symboliczną czarną kartkę na znak, że droga, którą odbyliśmy, ma nas odmienić, obudzić nowego człowieka. Możemy na głos, każdy w swoim języku, wypowiedzieć prośby u grobu Apostoła Jakuba. Kapłan, który przewodniczy nabożeństwu, oprowadza nas też po całej katedrze, więc jednocześnie możemy spokojnie ją zwiedzić.
Tak jak wszyscy pielgrzymi, musimy ustawić się w długiej kolejce, aby otrzymać pamiątkową compostelę. Tam rozstajemy się z naszymi towarzyszami drogi – doszliśmy do miejsca, które przed każdym z nas otwiera nową drogę i wskazuje nowy cel...
Udaje się nam jeszcze pochodzić wąskimi uliczkami miasteczka, by poczuć klimat tego pielgrzymiego zakątka świata. Czas mija jednak nieubłaganie. Opuszczamy Santiago z niezachwianym przekonaniem, że jeszcze tu przyjdziemy....
Przed nami kolejne niezapomniane dni – Madryt i spotkanie z następcą św. Piotra, Benedyktem XVI i z milionami młodych.
Gdy kończymy opowiadać, ksiądz zadaje nam pytania: „Po co Wam to było?”, „Nie lepiej było pojechać na wczasy?”, „To normalne, żeby tak spędzać wakacje?”.
Patrzymy na siebie – i zgodnie odpowiadamy:
– To normalne, tak trzeba, tego nam trzeba…
Na zakończenie spotkania ksiądz podchodzi i bierze krzyż.
– Słyszeliście? – mówi do młodzieży. – Gdy szli bez krzyża, ludzie pytali: „Co to za jedni, dokąd idą”? Z bambusa zrobili krzyż i już nikt nie pytał, każdy wiedział... Przed Wami, młodzi, droga. Bierzmowanie – i co dalej? Przychodzi ten czas, kiedy będziecie musieli jasno wyrazić, po której stronie staniecie: czy pójdziecie za krzyżem, czy będziecie przeciw?
Ksiądz podnosi nasz portugalski krzyż i udziela nim błogosławieństwa. Ten krzyż przeszedł z nami 700 km, na nim są nasze łzy, nasz pot, nasz ból i nasze spieczone ramiona i twarze. Na nim są wspomnienia tych wszystkich, którzy z nami wędrowali.
Bo to nasz krzyż, nasza droga, nasze życie...
Autorzy zapraszają do czytania ich pielgrzymkowego bloga http://www.naszewedrowanie.blogspot.com/