Dramat niewiedzy
Matka zrzekła się dziecka z bólem. Gwarantowałam jej, że dziecko wezmą dobrzy ludzie – i tak się stało. Niemowlę przekazano bezdzietnej rodzinie, która, uszczęśliwiona, przyjęła maleństwo za własne. Jak zawsze śledziłam losy adoptowanego dziecka z daleka. Na szczęście nie było problemów. Dziecko ładnie się rozwijało i wyrosło na piękną dziewczynę. Właśnie zdała maturę i miała iść na psychologię – o czym dowiedziałam się od niej, gdyż przyszła do mnie i bez żadnych wstępów powiedziała: „Chcę wiedzieć, kim są moi rodzice”.
Cóż mogłam powiedzieć? Adopcja była przecież tajna. Milczałam chwilę, a potem powiedziałam: „Nie ma żadnych specjalnych tajemnic. Po prostu twoja matka, kochając cię i nie mogąc ci zapewnić dobrych warunków, powierzyła cię dobrym ludziom”. Dziewczyna z zaciętą twarzą powiedziała: „Pozbyła się mnie jak psa”. Zaprzeczyłam: „Nie, dziecko. Twoja matka płakała, oddając ciebie”. „No tak, ale mnie oddała!”. Pytam: „Źle ci było?”. „Nie, oni są bardzo dobrzy, ale to nie są moi rodzice. Oni mnie przez 18 lat okłamywali. Uciekłam od nich”.
Nie chciała mi zdradzić, kto jej o tym powiedział. Ja też nie powiedziałam dziewczynie, że znam jej matkę, że wiem, co się z nią dzieje, i wiem, że o niej pamięta. Powiedziałam: „Dziecko, uszanuj tę tajemnicę swojej matki. Ludziom, którzy cię przez 18 lat wychowywali, należy się wdzięczność, bo oni przyjęli na siebie rolę rodziców”. Jednak dziewczyna spojrzała na mnie wrogo: „Ale mnie okłamywali”. „To prawda – próbowałam łagodzić – lecz nie tyle cię okłamywali, ile mówili niecałą prawdę. Mówili ci prawdę, że jesteś ich córką. Może powinni dodać: z wyboru”.
Dziewczyna dwa lata była poza domem. Mieszkała w akademiku, ale potem wróciła do przybranych rodziców. Studia psychologiczne jej pomogły.
Mówić czy nie mówić
Nabrałam doświadczenia. Od tego czasu nie radzę nikomu tajnej adopcji. Kłamstwo, nawet tzw. niewinne, jest kłamstwem. Zresztą zdarzało się, że długo strzeżona tajemnica wychodziła na jaw. Człowiek z reguły szuka swojej tożsamości. Radzę więc teraz mamom, które adoptują dziecko, powiedzieć wtedy, kiedy dziecko już rozumie: „Jesteś naszym wybranym dzieckiem. Ja ciebie nie urodziłam, ale ze wszystkich dzieci właśnie ciebie wybraliśmy”.
Miałam taki wypadek. Dziewczynce w przedszkolu zdarzyło się usłyszeć, jak panie wychowawczynie mówiły o niej, że jest adoptowana. Mała z całą stanowczością powiedziała: „Wcale nie. Jestem córeczką ze wszystkich wybraną”.
Potem, kiedy dziecko jest już starsze, można powiedzieć: „To, że jesteś wybrana, jest naszą tajemnicą. Myśmy cierpieli, że nie możemy mieć dzieci i ty nam spadłaś jak z nieba!”. W tych słowach tkwi cała prawda o rodzicielstwie. Wszyscy rodzice dostają dzieci „z nieba” – jeżeli oczywiście przyjmują prawdę o Bożym pochodzeniu człowieka.
Dziecko, które od początku wie o tym, że zostało adoptowane, nie jest narażone na szok odkrycia prawdy o swoim pochodzeniu. Jeżeli w rodzinie zastępczej nie ma konfliktu, to nie zaobserwowałam chęci dowiedzenia się, kim są biologiczni rodzice. Natomiast gdy prawda nagle, a niekiedy brutalnie zostaje dziecku ujawniona, nieraz reakcje są bardzo silne (byłam wezwana na chirurgię urazową do 13-letniej dziewczynki, która wyskoczyła z okna trzeciego piętra na wiadomość, że nie jest rodzonym dzieckiem).
Bywają jednak rodzice, którzy biorą cudze dzieci, ale nie potrafią być rodzicami. Czasem sobie myślę, że Pan Bóg wiedział, dlaczego im nie dał dzieci… Kiedyś przyszła do poradni pani, która zażądała dziecka do adopcji i wysunęła warunki: dziewczynka ma być z loczkami i niebieskimi oczami. Poradziłam jej, żeby kupiła sobie papugę takiego koloru, jaki zechce.
Chętnie pośredniczę w adopcji, gdy dziecko idzie do rodziny wielodzietnej lub gdy rodzice przybrani od razu deklarują, że za trzy lata wezmą następne dziecko, żeby stworzyć dziecku lepsze warunki rozwojowe niż mają jedynaki. Jestem wtedy pewna, że dziecko znajdzie w takiej rodzinie pełną akceptację i miłość.
Autorka jest członkiem Papieskiej Rady do Spraw Rodziny oraz Papieskiej Akademii„Pro Vita”. Żona i matka czterech córek.







