|
|
| Urszula i Witold Rzepczak z synami Piotrem i Pawłem fot. G. GAŁĄZKA |
Urszulę pasjonują nauki orientalne, studiowała iranistykę. Witold
z wykształcenia jest historykiem. Mają dwóch synów: 22-letniego Piotra
i 14-letniego Pawła. Nieprzypadkowo chłopcy noszą imiona patronów
Rzymu. Ich rodzice na podróż poślubną wybrali właśnie Wieczne Miasto.
Dziś pracują tu jako korespondenci Telewizji Polskiej. W lipcu państwo
Rzepczakowie będą obchodzili dwudziestopięciolecie pożycia
małżeńskiego. Uroczystość ta zbiegnie się ze ślubem ich starszego syna.
◗ Czy dobrze jest, gdy małżonkowie pracują razem?
Urszula Rzepczak: Na początku pracowałam z różnymi kamerzystami, którzy włączali kamerę
tylko w określonych godzinach. Jednak nie ma to jak gra do jednej
bramki. My z Witkiem tak właśnie gramy.
Oddajemy się pracy. Nie
lubimy leniuchować. Pracujemy razem i to jest cudowne. Nie chciałabym
pracować z kimś obcym! Muszę jednak przyznać, że wadą jest to, że
o pracy rozmawiamy nawet po powrocie do domu. Ale na nasz warkocz życia
składa się pasja przeplatana z pracą i codziennością. Bycie
dziennikarzem to nie jest zawód, ale styl życia.
◗ Sądzicie, że Wasza rodzina ucierpiała z tego powodu, że jesteście dziennikarzami?
Urszula: Czasami widziałam, że dzieci chciały mieć tylko rodziców, a nie
rodziców – dziennikarzy. Tego dowiódł nam Paweł, gdy wybraliśmy się do
Wenecji. Zmuszeni byliśmy wykupić dwa kursy gondolą. W czasie
pierwszego filmowaliśmy, a drugi zażyczył sobie syn, by przeżyć go
tylko ze swoimi rodzicami.
Jako matka do tej pory – i chyba
teraz bardziej niż kiedyś – przeżywam fakt, że zostawiłam jednego syna
w Polsce. Wyjazd do Rzymu był dla nas typową emigracją. Kiedy
pracowaliśmy dla Polsatu, przygotowywaliśmy cotygodniowe programy
podróżnicze. To oznaczało kilka dni poza domem. Mieliśmy wyrzuty
sumienia i pragnęliśmy wrócić w te same miejsca razem z dziećmi.
Dlatego nasze wyjazdy rodzinne są efektem poczucia, że coś dzieciom
zabraliśmy.