![]() |
| fot. East News |
» Bohaterowie filmu Trzy minuty. 21.37, w którym Pani zagrała, muszą dokonać trudnych życiowych wyborów, i dzieje się to w chwili dla nas wszystkich wyjątkowej: kiedy umiera papież. Ten film porównuje się do kina moralnego niepokoju. A jak Pani go odebrała?
Trudno mi mówić obiektywnie o filmie, w którego powstawanie byłam zaangażowana, ale jedno jest bezdyskusyjne: mocno dotyka on polskiej rzeczywistości. Niczego nie udaje, a problemy, które porusza, są bardzo ważne. Film pokazuje prawdę o nas, ale zagraniczny widz też go zrozumie. Czytelny jest wątek chłopaka, który mści się za różne rzeczy, bo ludzie w determinacji bywają nieobliczalni, i platoniczny związek nauczycielki z reżyserem (gram w tym wątku z Krzysztofem Stroińskim). Losy wszystkich bohaterów splatają się w ciągu trzech minut, a każda z historii niesie ze sobą moc i dotyka widza.
» Gra Pani różne postacie. W Pręgach, ważnym filmie w Pani dorobku – Tanię, dziewczynę, która nie boi się tworzyć związku z bohaterem obciążonym traumą z dzieciństwa. Postać z filmu Trzy minuty. 21.37 inaczej buduje relacje z otoczeniem.
Magda Piekorz była pierwszą kobietą reżyserem, z którą pracowałam. Miałam wtedy 24 lata. To chyba nie przypadek, że właśnie Magda po rolach licealistek zobaczyła mnie w roli Tani – osoby silnej, zdecydowanie silniejszej niż Wojtek, którego grał Michał Żebrowski. Przekonałam się, że jestem w stanie wcielić się w różne postacie. Tania nie szła na łatwe kompromisy, była bardzo otwarta i wierzyła, że jej i Wojtkowi się uda, mimo jego obciążeń z przeszłości, i dzięki temu zmieniła chłopaka. Natomiast w Trzech minutach. 21.37 gram kobietę, która już coś przeżyła, ale nie jest szczęśliwa w związku. Przechodzi kryzys i wtedy zjawia się reżyser, któremu daje lekcje angielskiego. Zawiązuje się między nimi nić sympatii. Wspierają się wzajemnie, istota ich związku nie polega na relacji stricte romansowej. Uważam, że w idealnym świecie – przynajmniej takim, który ja sobie wyobrażam – więź między kobietą a mężczyzną nie powinna krzywdzić innych. Choć to idealistyczne – jednak możliwe. Tyle że często się nie udaje.
» Z Krzysztofem Stroińskim stworzyliście na ekranie piękny duet. Jakim partnerem filmowym był dla Pani?
Genialnym! Najlepszym, jakiego można sobie wymarzyć. Na początku jest scena, gdy uczę go angielskiego. Tego nie było w scenariuszu, improwizowaliśmy. Zagadnęłam po angielsku, dlaczego jest taki smutny, a on zaskoczył mnie pytaniem: „Czy jesteś szczęśliwa?”. Nie spodziewałam się tego, więc zdziwiona odparłam: „Tak, jestem szczęśliwa”. Na ekranie wypadło to bardzo wiarygodnie.
» Gra Pani w filmach zagranicznych, które zbierają świetne recenzje, a Pani dostaje nagrody. Jednym z nich są Stepy – film o losach Polki zesłanej na Syberię.
Wyreżyserowała go Belgijka Vanja d’Alcantara, która opowiada historię swojej babci. Gdy się ogląda ten film, odnosi się wrażenie, że wszystko – przez sposób, w jaki zostało opowiedziane – mogłoby się wydarzyć i dziś. Stepy Kazachstanu i sowchozy są takie same. Moja bohaterka zostaje tam zesłana z dzieckiem, które zaczyna chorować. Nie potrzeba II wojny światowej, aby te przeżycia: ciężka praca, rozłąka z rodziną i choroba dziecka, były mocnym ciosem. W tym filmie po raz pierwszy zagrałam stany emocjonalne, których dotąd nie grałam. Przekonałam się, że gdy człowiek zostanie wyrwany na półtora miesiąca z Warszawy, mieszka w jurcie i chodzi po stepie, to zmienia się fizycznie, inaczej się porusza. Nie musiałam doklejać sobie garba ani myśleć, co zrobić, żeby być inną – zmieniłam się dzięki temu, że tam byłam.
» Często bywa Pani na planach filmowych poza Polską. Ostatnio zagrała Pani w norweskim filmie Upperdog. Jak się pracuje w odmiennej kulturowo części Europy?
W Oslo żyje wielu Polaków. Nasz język słychać tam nieustannie. Sara Johnsen, norweska reżyserka i scenarzystka, uczyniła Polkę jedną z głównych bohaterek filmu. Zagrałam dziewczynę, która w kraju zostawiła małe dziecko, a tam ima się różnych zajęć, sprząta, gotuje… Gdy przyjechałam do Norwegii, okazało się, że jestem najbarwniejszą osobą na planie. Byłam bardziej zabawna, niż jestem w Polsce, a to dlatego, że Norwegowie są dużo bardziej wycofani. Co prawda mam poczucie humoru, ale nie należę do osób, które sypią żartami na przyjęciach. Mimo to w zderzeniu z „zimną” Norwegią byłam kimś, w kim tętniło życie. Postać, którą grałam, też powiedziała Norwegom jakąś prawdę o nich. I oni to docenili – dostałam Nagrodę Armanda za pierwszoplanową rolę żeńską na największym festiwalu. Skandynawowie są przyzwyczajeni do grania bardziej oszczędnymi środkami. Byłam dla nich jak nieznany egzotyczny ptak.
» To paradoksalne, że o Pani rolach pisze się za granicą, ale te filmy nie trafiają do polskich kin.
Niestety. Na festiwalu w Marrakeszu za Upperdog dostaliśmy nagrodę specjalną jury, w którym zasiadali John Malkovich, Irene Jacob, Garcia Bernal… Chciałabym skonfrontować się z polskimi widzami, interesuje mnie, co oni by o tym filmie powiedzieli. Tyle że u nas nie można było go obejrzeć w kinach. W takich sytuacjach mam poczucie, że funkcjonuję w podwójnej rzeczywistości.
» Ale filmów z Pani udziałem, które czekają na premierę, jest więcej.
Tak, przede wszystkim film Agnieszki Holland W ciemności – mocna historia Polaka i grupy Żydów, których ukrywa (ze wspaniałą rolą Roberta Więckiewicza i niezwykłymi zdjęciami Jolanty Dylewskiej). Jesienią odbędzie się premiera filmu Filipa Marczewskiego Kamfora. Zagrałam jeszcze w produkcji Waldemara Krzystka 80 milionów.
» Po intensywnym okresie pracy w filmie wraca Pani na deski teatru. Jakie to uczucie?
Wielka radość. Byłam tego spragniona, teatr to zupełnie inny rodzaj działania artystycznego niż film. Gra się przed żywą publicznością, która reaguje na to, co się dzieje na scenie, i co dzień trzeba się ze sobą zmagać.
» Udaje się Pani unikać zaszufladkowania. Jest film, teatr, okazjonalnie – seriale…
Szukam ról ciekawych i takich, w których mogę odkryć coś nowego. Lubię ryzyko. Nie wszystko musi się udać, ale warto próbować.
» Jak Pani radzi sobie z popularnością?
Nie gram za dużo w telewizji, więc nie mam z tym problemu. Moja twarz nie towarzyszy nikomu siedem dni w tygodniu. Często jestem rozpoznawana po głosie, co jest miłe i zabawne.
» Co jest dla Pani odskocznią od intensywnej pracy?
Na pewno podróże, chociaż teraz mniej jeżdżę. Mam chatkę na Podlasiu, gdzie często bywam, a tam jest co robić. Ostatnio rąbałam drzewo, kopałam w ziemi, malowałam ściany… Ciężka praca fizyczna pozwala oczyścić umysł. Mam też psa, a on – swoje wymagania: muszę z nim chodzić na spacery i uczę się od niego jak być tu i teraz. To bardzo dobry nauczyciel.
» Dziękuję za rozmowę.
Agnieszka Grochowska urodzona w 1979 roku Warszawie, polska aktorka teatralna i filmowa, uważana za jedną z najzdolniejszych ze swojego pokolenia. W 2002 roku ukończyła studia na Wydziale Aktorskim Akademii Teatralnej w Warszawie i zadebiutowała w filmie AlaRm. Zagrała wiele ról filmowych, m.in. w Warszawie, Pręgach, Wenecji, Tylko mnie kochaj, S@motności w sieci, Magicznym drzewie, i teatralnych, np. w Amadeuszu, Mewie, Więzi, Królu Learze. W 2007 roku na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Berlinie otrzymała nagrodę dla gwiazdy jutra – Shooting Stars. Wciąż odkrywa nowe pasje: do jednej z ról musiała się nauczyć grać dwa utwory Chopina – dzięki temu połknęła bakcyla i kupiła sobie pianino.