![]() |
| Zdjęcie licencjonowane przez Ingram Image |
Wiele jest motywów, które sprawiają, że ludzie decydują się na radykalną zmianę swojego życia i rozpoczęcie go niejako na nowo, w innym miejscu i okolicznościach. Część z tych powodów nie podlega dyskusji ze względu na ich oczywistość. Wymienić tu można np.: wojnę, głód, klęskę żywiołową, bezrobocie, wrogość otoczenia, chorobę itd. Ale istnieje też wiele innych motywów, które nie wynikają z zagrożenia życia, lecz, ogólnie rzecz ujmując, mają na celu podniesienie jego standardu. Zaliczyć tu można np.: szukanie lepszej pracy, chęć zamieszkania w bardziej atrakcyjnym miejscu, szerszy dostęp do kultury itd. Artur ma dwadzieścia siedem lat. Jest jeszcze kawalerem, chociaż planuje ślub z Eweliną, z którą zna się od pięciu lat. Od dwóch lat pomieszkują razem w wynajmowanych mieszkaniach i pracują dorywczo w różnych miejscach. Na ślub chwilowo się nie zanosi. Dlaczego? „Bo brak środków i perspektyw – tłumaczą oboje. – Nie sztuka powiedzieć sobie «jutro się pobieramy», ale po pierwsze za co, skoro nie mamy pieniędzy, a po drugie, jak potem żyć bez stałej pracy, bez własnego mieszkania?”.
Ojciec Artura, słuchając syna, tylko kiwa znacząco głową. Nie wie, co mu doradzić. Nie chce brutalnie ingerować w jego życie. Mówi często: „Każde czasy są na swój sposób inne. Niby wiele problemów się powtarza, ale każde pokolenie próbuje rozwiązać je inaczej”. Chciałby, żeby jego syn był szczęśliwy, ale obawia się, że w jego rozumowaniu tkwi jakiś ukryty błąd. Schowany tak dobrze, że gdy ujawnią się jego skutki, może być już za późno. Mówi do syna: „Kiedyś życie było trudniejsze, ale wydaje mi się, że przynajmniej w niektórych sprawach ludzie kierowali się bardziej przejrzystymi zasadami. O sprawach oczywistych, jak np. zawarcie małżeństwa, nikt nie dyskutował. To się działo niejako automatycznie. Rozmawiało się natomiast o tym, jak dalej ułożyć życie, skoro pewne oczywiste kroki zostały już podjęte. Ja właśnie tak starałem się żyć”.
– Wiesz, tato, zdecydowaliśmy się z Eweliną wyjechać za granicę – oznajmia pewnego dnia Artur.
– Dokąd?
– Myślimy o Stanach. Może udałoby się na początek zahaczyć u jakichś naszych krewnych. Poza tym dość dobrze mówimy po angielsku, więc nie powinno być problemu z pracą. Co ty na to? Pomógłbyś nam nawiązać kontakt z rodziną?
– Siadaj, Arturze. Nie będziemy rozmawiać o tak poważnej sprawie na stojąco.
Zapadła na chwilę cisza. Ojciec przebiegł w myślach skomplikowaną historię rodziny i choć znał ją doskonale, to jakby na nowo uświadomił sobie, że on i jego przodkowie byli rzucani przez los w różne miejsca świata. Niekiedy był to ich wybór, a nieraz działo się to wbrew ich woli. Wyniknęło z tego jakieś dobro, ale i zło. A co by było, gdyby te rodzinne losy potoczyły się według innego scenariusza? Gdzie byłby teraz on i jego syn? Czy rozmawialiby tu o jego wyjeździe?
– Tato, czemu tak milczysz?
– A nic. Zastanawiam się, czy kiedyś skończy się ta nasza rodzinna tułaczka, czy niestety ty też będziesz musiał kontynuować tę rodzinną tradycję albo raczej przekleństwo.
– Nie rozumiem. Co masz na myśli?
– Twój pradziadek wyjechał z Polski za chlebem w 1920 roku. Tutaj była taka nędza, że ludzie puchli z głodu. Pradziadek był wielkim patriotą, ale też człowiekiem ciekawym świata. Nie bał się nieznanego. Był silny, pełen werwy. Prababcia opowiadała, że gdy go odprowadzała na statek do Ameryki, zapewniał ją, że wszystko będzie dobrze. Bardzo ją kochał.
– A ja nawet nie wiem, jak oni wyglądali.
– Niestety ich zdjęcia przepadły, oprócz tego jednego, na którym niewiele widać. To nie to co dzisiaj, że na cyfrówce trzaskasz tysiąc zdjęć i potem ich nawet nie oglądasz. Wtedy robiło się kilka zdjęć na całe życie.
– Tato, czasy są inne.
– Tak inne… Ale wracając do naszej historii… Po dziesięciu latach od wyjazdu pradziadka dołączyła do niego prababcia z córką. W Ameryce urodziły się im jeszcze dwie kolejne córki. Wszyscy wrócili do Polski w roku 1938. Przywieźli spory majątek, który niestety niemal w całości pochłonęła wojna. Najsmutniejsze jest to, że mimo wielkiej pracowitości i przedsiębiorczości twoi pradziadkowie głodowali przed wojną i głodowali po wojnie, wyłączając pobyt w Ameryce. Nikogo tak naprawdę nie obchodzi los pojedynczego człowieka. Nikt nie zważa na to, że człowiek ma tylko jedno życie.
Potem, w czasie wojny, twój dziadek ożenił się z najmłodszą córką twoich pradziadków. Obok miejscowości, w której mieszkali, partyzanci zabili jakiegoś niemieckiego oficera. W odwecie oddziały SS spacyfikowały okoliczną ludność. Twoja babcia przeżyła, ale dziadek musiał ukrywać się w lasach. Niestety Niemcy go w końcu dopadli i został wywieziony na roboty. Do końca wojny nikt nie wiedział, co się z nim stało. Babcia oczywiście wierzyła, że wróci. Nie chciała nawet słyszeć o ponownym zamążpójściu, choć kręcili się koło niej adoratorzy i proponowali małżeństwo. Dziadek wrócił z tej przymusowej emigracji. Wycieńczony, schorowany i psychicznie okaleczony. Nie chciał za wiele opowiadać. Gdy po latach otrzymał pismo, w którym informowano go, że przysługuje mu jakieś odszkodowanie za przymusową pracę dla Rzeszy, podarł je w milczeniu. Jak zapewne wiesz, po wojnie przez kilka lat nękali go także komuniści, ciągając po tych swoich mrocznych urzędach, w których te bestie w ubeckich mundurach z uporem maniaka dopytywały się o jakieś jego kontakty z Zachodem. Twój dziadek stracił więc zdrowie, pracując dla niemieckiego okupanta, a potem, gdy jeszcze mógł coś osiągnąć, przyszło mu żyć w absurdzie komunizmu, który wychwalał pracę pod niebiosa, tylko że pracownik z tej pracy miał tyle, co nic.
Co do mnie, to wiesz, że gdybym nie uciekł za granicę w ’79., to by mnie pewnie esbecy zakatowali w jakimś lesie, a potem upozorowali napad lub wypadek i sprawa byłaby zamknięta. Nikt tak naprawdę nie wie, co przeszedłem, zanim dotarłem do Kanady. Gdyby nie pomoc obcych ludzi i jakaś znajomość angielskiego, pewnie nie dałbym rady. Po dwóch latach tułaczki wreszcie jakoś zaczęło się układać i mogłem wam przysłać do Polski pierwsze pieniądze.
Gdy opuszczałem kraj, byłeś niemowlęciem. Po moim powrocie zastałem prawie mężczyznę. Nawet nie wiesz, jak trudno mi było oswoić się z nową sytuacją. Po tak długim rozstaniu nie da się z marszu wejść w życie rodzinne. Wiedziałem, że jako ojciec jestem dla ciebie obcym człowiekiem. Do dziś czuję, że tych straconych lat nie można nadrobić.
Jedyną moją pociechą była myśl, że te wszystkie ofiary, które poniosła nasza rodzina, sprawią, że ty i twoje rodzeństwo nie będziecie już musieli się tułać tak jak ja. A tu, proszę, mówisz mi, że wyjeżdżasz za chlebem.
– Tato, ale okoliczności są inne.
– No pewnie! Tobie nikt nie usiłuje odebrać życia.
– Przestań, tato! To już historia.
– Historia?
– Ja chcę wyjechać, bo nie zamierzam klepać tu biedy za 1500 zł miesięcznie. Nie będę robił za darmo dla jakiegoś dorobkiewicza, który tylko patrzy, jak mnie okraść z tego, co mi się należy. Gdy ostatnio zapytałem o podwyżkę, to facet mi od razu wypalił, że na moje miejsce ma pięciu chętnych. Jak mi się nie podoba, to wypad!
– Gdybyś miał studia, to nie musiałbyś pracować u dorobkiewiczów.
– Przestań! Moi kumple po studiach już dawno myją talerze w angielskich restauracjach. Myślisz, że dziś na kimś robi wrażenie, gdy mu zamachasz przed nosem swoim dyplomem? Trzeba mieć wejścia, kontakty i oczywiście farta, inaczej jesteś wiecznym kredytobiorcą. Żyjesz na pożyczonym i pochowają cię też za pożyczone. Owszem, na kredyt da się żyć, ale ja tak nie chcę. Nie będę egzystować z perspektywą, że może po sześćdziesiątce uda mi się wreszcie spłacić pięćdziesięciometrowe mieszkanko w bloku, a jak mi się poszczęści, to kupię sobie mały samochód z drugiej albo trzeciej ręki.
– Ale życie to coś więcej niż pieniądze. Ja oddałbym wszystkie pieniądze, byle tylko ktoś mi zwrócił te lata, w których nie mogłem być z twoją mamą, z wami! Cóż z tego, że miałem pieniądze, skoro brakowało mi tego najważniejszego.
– Dlatego wjeżdżam razem z Eweliną.
– Aha… No cóż, może kiedyś wrócimy jeszcze do tej rozmowy…
I wrócili. Szybciej, niżby się ktoś spodziewał. Ale zanim do tego doszło, Artur i Ewelina wyjechali do Stanów. Nawet zaczęło się im układać. Pewnego dnia Ewelina nie wróciła jednak do mieszkania. Bez zapowiedzi zabrała wszystkie swoje rzeczy, zostawiając tylko kartkę:
„Arturze, wybacz. Mam niepowtarzalną okazję odbić się naprawdę od dna. George proponuje mi pracę i wspólne życie. Wierzę, że nam się uda. Kochałam Cię, ale wiesz, jak jest. Myślę, że mnie zrozumiesz.
Ewelina
PS Nie szukaj mnie. To ostateczna decyzja. Wszystkie nasze oszczędności są Twoje. Karta leży w szufladzie”.
Minęło pół roku, zanim Artur pozbierał się po tym wydarzeniu. Z rozpaczy pił, porzucił pracę, przepuścił większość oszczędności, szlajając się po nocnych klubach… Pewnego dnia, ku zaskoczeniu wszystkich, stanął na progu rodzinnego domu z jedną walizką w ręce.
– Co teraz zamierzasz – zagadnął ojciec, gdy już do wszystkich dotarło, co się stało, i Artur też miał czas oswoić się z nowymi okolicznościami.
– Przeszedłem kawał drogi i wstyd się przyznać, ale jestem znów w punkcie wyjścia.
– Masz dziś pewnie trochę więcej doświadczenia.
– Wiesz, tato, gdy Ewelina odeszła, piłem na umór. Jednego dnia szedłem już dobrze podpity po obskurnych ulicach przedmieścia. W ręku trzymałem butelkę z wódką. Nagle potknąłem się i walnąłem jak długi na ziemię. Butelka nie zbiła się, lecz potoczyła w bok. Gdy się do niej doczołgałem, leżała tuż przy czyichś nogach. Mimo bólu w klatce piersiowej uniosłem głowę i zobaczyłem twarz starca. Jego rysy wyraźnie zdradzały, że był potomkiem rdzennych mieszkańców Ameryki. Popatrzył mi prosto w oczy i spokojnie powiedział: „Ta ziemia jest przeklęta przez ludzką chciwość. Uciekaj stąd”. Zanim zdołałem cokolwiek odpowiedzieć, starzec zniknął mi z oczu. Mimo że nogi mi się chwiały i rzucało mną w różne strony, czułem, że mój umysł doznał jakiegoś dziwnego otrzeźwienia. Czym prędzej wróciłem do mieszkania i chciałem coś ze sobą zrobić, ale nie byłem w stanie. Opadłem bezwiednie na łóżko i zasnąłem.
Do dziś pamiętam twarz tego starego człowieka i jego słowa, które nie dają mi spokoju. Ciągle myślę o ludziach podobnych do mnie, którym być może nikt nie pomógł się w porę obudzić ze snu o Eldorado. Ten sen wydaje się na początku fantastycznym marzeniem, które na pewno się spełni, ale z biegiem czasu okazuje się, że pożera swoje głupie i nieświadome ofiary. Chciałem być bogaty i na tym bogactwie miałem budować moje szczęście. Dziś mam w ręku plik dolarów i pustkę, przed sobą i za sobą.
– Przykro mi, że tak się czujesz, ale nie martw się, twoje najlepsze lata dopiero nadchodzą.
– To może powiedz mi zawczasu, jakie jeszcze pułapki na mnie czekają, zanim znów narobię sobie problemów.
– Jesteś dobrym chłopakiem! Głowa do góry!