![]() |
| Zdjęcie licencjonowane przez Ingram Image |
Z Izą znam się od lat. Razem studiowaliśmy i z kilkorgiem przyjaciół stworzyliśmy na roku coś w rodzaju paczki. Przemek, obecnie mąż Izy, dołączył do nas na drugim roku studiów. Polubiliśmy go od razu ze względu na prostolinijny sposób bycia i nieprzeciętną inteligencję, dzięki której zasypywał nas taką ilością wiedzy, że zyskał wśród nas ksywę „Mędrzec”.
Specyfiką naszej paczki było to, że mógł do niej należeć każdy, bez względu na zainteresowania i poglądy. Nie baliśmy się zadawać pytań i próbować udzielać na nie odpowiedzi. Niekiedy wiedliśmy nawet zażarte spory i nie obeszło się bez przykrych rozstań. Przemek wyróżniał się wśród nas nie tylko nieprzeciętną wiedzą religijną, ale przede wszystkim autentycznością swojej wiary. Nie przeszkadzało mu to być powściągliwym i pełnym szacunku wobec tych, którzy myśleli inaczej. Tak naprawdę od niego uczyliśmy się tolerancji, bo wiele razy studził nasze zapędy do przedwczesnych ocen czy nawet potępień jakichś osób lub zachowań.
Po latach nasza studencka paczka naturalnie się wykruszyła i zostały tylko trzy rodziny utrzymujące stały kontakt. Nie udaje się nam spotykać tak często, jak byśmy chcieli, ale gdy już się razem schodzimy, to wykorzystujemy czas do ostatniej sekundy. Nawet naszym dzieciom się to bardzo podoba i same się dopytują, kiedy następny zjazd, który – jak słusznie się spodziewają – dostarczy im wielu kolejnych atrakcji.
Pewnego razu szedłem do pracy i zadzwoniła do mnie Iza. Sądziłem, że w sprawie naszego wspólnego wyjazdu, którego data została już wyznaczona, jednak nie. Od razu wyczułem w jej głosie, że jest jakaś inna. Nie chciała mówić o szczegółach, tylko prosiła o spotkanie.
– Przepraszam, Jurek, że tak nagle chciałam się z tobą spotkać, ale szczerze mówiąc, nie mam z kim o tym porozmawiać.
– Iza, daj spokój, przecież znamy się od lat i pomagamy sobie na różne sposoby.
– Chodzi mi o Przemka. Nie ogarniam już sytuacji, która ciągle się nasila.
Zrobiłem zdziwioną minę, bo w ostatnim czasie nie zauważyłem żadnych zewnętrznych oznak, które wskazywałyby na jakikolwiek kryzys między Izą a Przemkiem. Powiedziałem więc z zakłopotaniem, nie mając pojęcia, do czego Iza może nawiązywać:
– Ale o co właściwie chodzi?
– Wydaje mi się, że Przemek stracił wiarę.
– Zaraz, zaraz, ale co to znaczy, „stracił wiarę”? Przecież podczas naszego ostatniego wyjazdu, miesiąc temu, byliśmy wspólnie na niedzielnej Mszy św. Nie przyglądałem się wam specjalnie, ale chyba byliście razem z dziećmi u Komunii św., więc nie bardzo rozumiem, na czym polega to, co mówisz.
– To już trwa dosyć długo. Miałam nadzieję, że to tylko jakiś chwilowy kryzys, ale, niestety, sprawa się nasila. Owszem, ze względu na dzieci i na mnie Przemek nie zrezygnował z praktyk religijnych, ale w głębi duszy prawdopodobnie już nie wierzy, albo ma z wiarą poważne kłopoty.
– Hm… A przecież to od niego tyle razy uczyliśmy się autentyzmu w wyznawaniu wiary w Boga. Zawsze znajdował takie argumenty, wobec których nawet najwięksi oponenci musieli rezygnować lub przynajmniej ukrócać swoją krytykę. Przemek nigdy nie miał problemów z przyznaniem się do swojej wiary, choć klimaty studenckiego życia nie zawsze były ku temu sprzyjające. W pracy zresztą jest podobnie.
Coś więc musiało się stać, skoro tak się radykalnie zmienił.
– Znasz go, on bardzo dużo czyta, wszystkim się interesuje. Nie przechodzi obojętnie obok ważnych spraw, ale stara się je zrozumieć i odkryć ich podłoże. Zresztą, właśnie takiego go kocham. Odkąd się poznaliśmy, większość naszego czasu spędzamy na rozmowach o sensie życia. Dzięki tym rozmowom i wnioskom, które się z nich zrodziły, ominęliśmy wiele problemów, o które inne małżeństwa się rozbiły. Nigdy nie zajmowały nas bzdurne problemiki i banalne przeszkody, bo wiedzieliśmy, że trzeba walczyć o coś więcej, o coś naprawdę wartościowego. Od jakiegoś czasu Przemek jednak prezentuje w naszych rozmowach taki tok rozumowania, który w efekcie stawia pod murem podstawowe prawdy chrześcijańskiej wiary. Przedstawia mi takie argumenty, że nie wiem zupełnie co odpowiedzieć. W tym wszystkim jednak nie przyjął on jakieś prostackiej postawy wojującego ateisty. Sądzę, że jego własne myśli i wnioski przerażają go tak samo jak mnie. Boję się o niego, bo często mówi, że to wszystko, w czym żyjemy, nie ma sensu.
– Przepraszam, że zapytam, ale nie zamierza chyba zrobić sobie czegoś głupiego? Bo wiesz, jak takie ekstremy potrafią się skończyć?
– Daj spokój. Chociaż ty mnie nie przerażaj. Wystarczająco już się boję.
– A oprócz tego co mówi, czy coś jeszcze się dzieje? Zmieniło się coś drastycznie?
– Nie rozumiem.
– Na przykład zamyka się w sobie, nie interesuje się otoczeniem, nie dba o siebie, nie je, znika gdzieś…
– Nie, nic z tych rzeczy! Nasze życie wydaje się funkcjonować bez zmian. Dba o wszystko, choć często w obliczu różnych problemów powtarza z jakąś dozą cynizmu, albo apatii, że nie powinnam się przejmować, bo to tylko zatruwa nasze marne i nic niewarte życie. Po co więc dodatkowo się obciążać. Lepiej machnąć ręką na te wszystkie problemy i skupić się tylko na tym, co piękne i dobre, bo za chwilę i tego już nie będzie – bo nas nie będzie.
– Myślę, Iza, że coś się musiało stać, tylko ty o tym nie wiesz. Przemek to zbyt poważny facet, żeby tak bez powodu przewrócił swój świat do góry nogami.
– Rozmawiałam z nim o tym. Powiedział mi: „Iza, ja nie zwariowałem. Nie wymyśliłem sobie z nudów tych wszystkich wątpliwości. One przychodziły z czasem. Narastały coraz bardziej, aż uderzyły we mnie jak fala tsunami. Nie szukałem problemów, to one mnie znalazły”.
Szliśmy jakiś czas w milczeniu. Byłem zaskoczony tym wszystkim, co mówiła Iza. Myśli mi bezładnie biegały po głowie. Czułem, że nic na poczekaniu nie wymyślę. W końcu powiedziałem:
– Mogę zagadnąć Przemka przy jakieś okazji, czy u niego wszystko w porządku. Zawsze rozmawiamy szczerze. Być może będzie chciał mi coś powiedzieć, ale wiesz, póki co, nic więcej nie mogę zrobić.
– Może warto, żebyś nas odwiedził. Trzeba próbować.
– Myślę, że spróbuję się spotkać z Przemkiem na jakimś neutralnym gruncie.
Była sobota i zapowiedzieli ładną pogodę. Wyjechałem z Przemkiem o czwartej nad ranem, żeby przed południem dojechać nad nasze, polskie morze. Od dawna planowaliśmy taki męski wyjazd na świeżą, smażoną rybkę. Tuż za miastem delektowaliśmy się widokiem wschodzącego słońca i żeby się całkiem dobudzić popijaliśmy herbatę z termosu. Jezdnia była prawie pusta, więc samochód mknął jak strzała. Przemek zagadnął:
– Podczas ostatnich wakacji dotarło do mnie, że często przyjmujemy bezwiednie fakty, uznając je za oczywistość. Nie pytamy o ich szeroki kontekst, istotne znaczenie, źródło z którego biorą początek i wreszcie skutki, które powodują. Uświadomił mi to nasz syn Stasiu. Podczas pobytu w górach mieliśmy zaplanowaną trasę na szczyt, ale się rozpadało. Żeby więc wypełnić czas, zaproponowałem wyjazd do jakieś dziewiętnastowiecznej twierdzy, która była w pobliżu. Gdy o tym powiedziałem, Stasiek się oburzył i powiedział, że on nie jedzie, bo jego nie interesuje historia zabijania. Mimo sprzeciwu Stasia, który rzeczywiście został na kwaterze, ja, Iza i nasze dwie dziewczyny wybraliśmy się na wycieczkę. Całą drogę do twierdzy myślałem o tym, co powiedział mój syn. A potem, gdy słuchałem opowieści przewodnika, nie mogłem się w myślach uwolnić od stwierdzeń typu: „Co za absurd!”, „Jak to możliwe?”, „Jaki to ma sens?”. Przewodnik tymczasem z zapałem wyliczał stoczone batalie, demonstrował rodzaje broni, podawał liczby zabitych, kary za uchybienia w regulaminie. Opisywał codzienne życie żołnierzy, którzy przeciętnie służyli w armii dwadzieścia lat. Jeśli było prawdą to, co mówił, to dla mnie było jasne, że ci ludzie po dwudziestu latach służby, jeśli w ogóle przeżyli, byli kompletnymi wrakami. Niestety, przyszło im żyć w taki sposób tylko dlatego, że jakiś władca miał akurat ambicję pokonać innego panującego lub chciał zagarnąć kolejne ziemie. Pytałem sam siebie: „A kim w ogóle są ci wszyscy władcy?”, „Skąd wzięła się ta zaraza panowania jednego człowieka nad drugim, która przynosi tylko nieszczęście?”, Dlaczego zgadzamy się na to, żeby jakiś zwykły śmiertelnik rozporządzał losami tysięcy czy milionów ludzi, traktując ich jak nic niewarte rzeczy?”, „Jaką wartość ma cywilizacja ludzka, skoro wyłania się głównie z kłębowiska pożogi, okrucieństw, mordów, intryg, niewolnictwa, grabieży i wielorakiej wrogości?”.
Chociaż nikomu nic nie mówiłem, z wycieczki wróciłem zdruzgotany, bo nagle, z zupełnie innej perspektywy spojrzałem na to, o czym wiedziałem od lat. Byłem bowiem świadomy, że ludziom zawsze towarzyszyły wojny, które zresztą toczą się także w tej chwili wśród niewyobrażalnego okrucieństwa, nigdy jednak tak strasznie nie przytłoczył mnie absurd tego faktu.
Włączyłem komputer i zacząłem szukać jakichś danych. Wyglądało to tak, jakbym chciał się jeszcze bardziej pogrążyć, bo dane o ludobójstwach obejmujących jedynie wiek XX były tak przerażające, że straciłem ochotę sięgać do czasów bardziej odległych. Całą noc nie zmrużyłem oka. Zastanawiałem się nad tym, kim my, ludzie, w ogóle jesteśmy. Pytałem sam siebie. „Czy gdyby ktoś mi kazał, albo zmusił mnie w obliczu powszechnej mobilizacji, to byłbym gotów mordować ludzi, do których nic nie mam, a jedyne co nas różni, to narodowość, rasa, kultura, religia?”.
Kilometr mijał za kilometrem, ja prowadziłem, a Przemek mówił ze spokojem, wyliczając mi absurd za absurdem, który przeszywa ludzkie życie pod każdą szerokością geograficzną. Nie było chyba dziedziny życia, której by nie wymienił i nie postawił mnie wobec pytania: Jaki to wszystko ma sens?
Mogłem od czasu do czasu oponować, że może patrzy zbyt jednostronnie, ale nie zmieniłoby to i tak faktu, że to, co mówił, było prawdą. Gdy zamilkł, powiedziałem:
– Ale kiedyś umiałeś sobie poradzić z tymi absurdami, które rzeczywiście są na ziemi. Nie chciałbym być niedelikatny, ale zawsze wydawało mi się, że tym, co przynosi ci jakieś wyjaśnienie, jest twoja wiara w Boga.
– No właśnie… Dopóki rozpatrujesz zło w sposób teoretyczny, łatwiej szuka się argumentów, aby je jakoś wyjaśnić, lecz gdy zaczyna cię ono dotyczyć bezpośrednio, to nie wiesz, czy w newralgicznym momencie nie zabraknie ci tego istotnego argumentu.
Ja wiem, że setki ludzi przede mną mierzyło się z tym problemem. Część z nich poradziła sobie, część przegrała. To, że również mnie dopadły wątpliwości, nie jest dla mnie żadnym zaskoczeniem. Martwi mnie natomiast, że dziś te wątpliwości totalnie mnie przerastają. Jestem wobec nich jak ziarnko piasku naprzeciwko oceanu.
– Przecież nie musisz wszystkiego rozumieć. Czy nie możesz się zgodzić z tym, że sens, ten najgłębszy sens, pozostanie przed tobą zakryty i wystarczy, że wierzysz w jego istnienie? Co osiągniesz, biorąc na siebie ciężar świata z tym całym złem, które ten świat wytwarza?
– Rzecz w tym, że ja niczego na siebie nie biorę i nie chcę brać. Dla mnie problemem jest to, że w tym świecie, który mi się teraz jawi, nie widzę miejsca dla Boga. Nie potrafię sobie wyjaśnić tego, jak miłosierny, wszechwiedzący Bóg mógł stworzyć świat, którego motorem istnienia jest mordercza i bezwzględna walka o przetrwanie, toczona przez wszystkie istoty mające w sobie pierwiastek życia. My, chrześcijanie, podkreślamy tak bardzo prawdę o odkupieniu dokonanym przez Chrystusa, ale mnie prześladuje myśl: Gdyby Bóg nie stworzył tego okropnego świata, który tak bardzo męczy się w swoim istnieniu, to nie musiałby też dokonywać jego odkupienia.
Po tych słowach zapadła głęboka cisza i długo jechaliśmy w milczeniu. Nie wiedziałem, co powiedzieć, a nie chciałem powiedzieć czegoś, co w tym momencie zabrzmiałoby jak banał. Ciszę przerwał Przemek.
– Dziś bardziej przekonuje mnie pogląd, że jesteśmy tylko i wyłącznie jednymi ze zwierząt, które dzięki swojej inteligencji świetnie się na ziemi zorganizowały. Pierwotnie należeliśmy do tych gatunków, które się zjada i na które się poluje, z czasem jednak to my staliśmy się tymi, którzy niszczą na swojej drodze wszystko. Gdy spojrzy się dokładnie, w całej rozciągłości, na nasze dzieła, to można zauważyć, że ich powstaniu niemal zawsze towarzyszył wyzysk i wiązały się z wielkim cierpieniem jakiejś części rodzaju ludzkiego. Świadectwa zawarte w historii potwierdzają, że od zarania ludźmi rządzi przede wszystkim krwiożercza chęć zysku. Człowiek nie cofnie się przed niczym, żeby sobie zagwarantować zasoby i dobra tej ziemi. Jeśli w tej walce o przetrwanie staje mu na drodze drugi człowiek, który ośmiela się stawiać opór, to zabicie go jest bezdyskusyjne. W ciągu wieków zmieniają się tylko metody, natomiast powód walki, którą toczymy, i jej cel są niezmienne od wieków.
– Może przejmujesz się, Przemku, zbytnio tym, co czytasz. Nie chcę powiedzieć, że te prace są nierzetelne, ale mimo wszystko życie jest o wiele bogatsze. Fakt, stać nas na spore okrucieństwo, ono gdzieś w nas tkwi i nieraz daje o sobie znać z ogromną siłą, ale też jesteśmy zdolni do wielkich rzeczy i charakteryzuje nas ogrom pozytywnych cech. Prawda więc wydaje się być gdzieś pośrodku, albo w jakimś jeszcze innym miejscu.
– Jurek, ja nie rozmawiam z tobą jak zadowolony ze swoich odkryć ateista. To, że wśród tych wszystkich absurdów zniknął mi z oczu Bóg, jest moim wielkim dramatem, którego absolutnie w świadomy sposób nie powiększam. Nie sądzisz chyba, że znajduję radość w podcinaniu gałęzi, na której siedzę. Z drugiej strony jednak wiem, że nie będę mógł tak po prostu zapomnieć o tym, do czego doszedłem, i wrócić jak gdyby nigdy nic do zwykłego życia. Sam wiesz, że jeśli raz pojawi się jakieś pytanie, to będziesz musiał się z nim w końcu uporać. Nie możesz powiedzieć: Pytania nie było.
– Gdybym cię nie znał, to próbowałbym cię wysłać do jakiegoś księdza lub teologa, ale w twoim przypadku to na nic. Rozwiązanie musi przyjść od wewnątrz, z głębi ciebie. Gorzej, jeśli nie przyjdzie…
– Odwiedziłem ostatnio moją ciotkę. Mogę z całą pewnością powiedzieć, że trudno znaleźć osobę bardziej uczciwą i dobrą niż ona. Zrobiła mi kawę i trochę rozmawialiśmy. Zastanowiło mnie, ale i przeraziło to, co mówiła. Każde nieszczęście i niepowodzenie swoje czy swoich najbliższych kwitowała stwierdzeniem, że to kara za grzechy, że tak musi być. Gdy starałem się jej przypomnieć, że przecież całe życie była dobra, ona zaprzeczyła i powiedziała mi, że nie wie, czy nawet zasłużyła na czyściec. Mówiła, że jest wielką grzesznicą, dlatego Bóg nie wysłuchuje jej próśb. Oczywiście, w jej słowach nie było nawet cienia pretensji ani żalu. Dla niej jej sytuacja była jak najbardziej sprawiedliwa. Zdałem sobie sprawę z tego, że nie ma co z ciocią dyskutować, ale z drugiej strony pojawiło się pytanie: Jaka jest nasza wiara, skoro tak wielu ludzi żyje w jakimś niewytłumaczalnym poczuciu winy? I nie rozmawiamy o osobach z problemami psychicznymi. To dotyczy zwykłych ludzi. Im bliżej śmierci, tym wielu ludzi wierzących przenika coraz większy lęk, niepewność i obawa potępienia. Czy w taki sposób ma wyglądać spotkanie dziecka z miłującym je Ojcem – jak określa się śmierć w książkach religijnych?
– A ty, co byś czuł, gdybyś dziś umierał.
– Wolałbym nie mieć czasu na myślenie. Ale gdyby było inaczej, to pewnie czułbym strach pomieszany z ciekawością.
Dziś, w obliczu tych wszystkich przygniatających mnie absurdów ziemskiej egzystencji, mam wrażenie, że są dwa wyjścia. Albo jest tak, jak głosi wielu filozofów i naukowców, czyli po śmierci nie ma nic, albo istnieje sens tego świata, tyle że jest absolutnie inny od tego wszystkiego, co określamy tym słowem. Ta myśl jest jedyną moją nadzieją na obecną chwilę. Nie mam wątpliwości, że spośród elementów tworzących ten świat nie da się wyprowadzić żadnego sensu. Świat, który znamy i który tworzymy, to teatr rządzony bezwzględnymi prawami natury. Odgrywamy role, sądząc, że panujemy nad tym, co robimy, ale w rzeczywistości to role rządzą nami. Potwierdzeniem jest to, że bardzo często sami siebie nie rozumiemy ani nie potrafimy wytłumaczyć własnego postępowania. Trudno jest się nam do tego przyznać, ale gdy wychylimy głowę poza zestaw codziennych spraw i tej bezsensownej gonitwy za wszystkim i niczym, i spojrzymy na siebie krytycznie, to zobaczymy wyraźnie, jak bardzo jesteśmy zagubieni. Kroczymy drogą, ale nie umiemy tak do końca odpowiedzieć, dlaczego wybraliśmy właśnie tę. Poświęcamy się jakiemuś obowiązkowi pewni, że to nasze największe powołanie, a potem większość życia narzekamy na swój wybór. Mówimy o swoich upodobaniach i pasjach, ale w gruncie rzeczy wiemy, że możemy się bez nich obejść. Aspirujemy do wzniosłych idei, a w istocie nasze życie sprowadza się do zaspokojenia kilku prymitywnych potrzeb, takich jak najedzenie się, ugaszenie pragnienia, wyspanie się czy nasycenie różnego rodzaju żądz…
– Co w takim razie z wiarą w takiej formie, jaką ją znamy. Co z obrazem człowieka, który z tej wiary wynika?
– To jest problem, z którym się ciągle mierzę i na razie nie jestem w stanie podjąć żadnych ruchów w tej materii. Jeśli Bogu naprawdę zależy na mnie, to znajdzie sposób, aby mnie przekonać, oświecić, uspokoić. Jeśli uzna inaczej, to będę żyć w ciemności i umrę w ciemności. Być może jedyną moją obroną będzie to, że zawsze staram się stawać po stronie dobra. Tak mi się przynajmniej wydaje…
Nie zamierzam się zabijać ani popadać w depresję. Robię też wszystko, aby nie stać się cynikiem. Obecnie jestem rzeczywiście przesycony wewnętrznym buntem, ale nic nie mogę na to poradzić. Poniekąd odzyskuję spokój, gdy robię to, co do mnie należy, choć moje myśli są jak rwący potok, który żyje pod pokrywą lodu. Nikt na zewnątrz nie wie, co mnie trapi i niepokoi. Zresztą, kto czegoś podobnego nie przeżył, nie jest w stanie zrozumieć mąk takiego gościa jak ja.
Nawet nie wiem, kiedy nasza podróż dobiegła końca i znaleźliśmy się w okolicy plaży, od której dzielił nas tylko pas sosnowego lasu. Gdy wyszliśmy z samochodu, morze było jeszcze niewidoczne, ale już słyszeliśmy, jak szumi. Poszliśmy w jego kierunku. Miałem nadzieję, że będziemy sami na plaży, ale, niestety, w oddali była jakaś postać, która zmierzała w naszym kierunku. No cóż – pomyślałem – zawsze to lepiej, niż mielibyśmy się przeciskać wśród parasolek i rozłożonych koców. Zdjęliśmy buty i w milczeniu szliśmy brzegiem morza, które delikatnie obmywało nam stopy. Po dłuższej chwili minęła nas młoda kobieta, która uważnie się nam przyglądnęła. Nim uszliśmy kilka kroków, dobiegł nas głos:
– Przepraszam, czy to nie pan miał kiedyś spotkanie ze studentami na temat podstaw chrześcijańskiej nadziei?
Spojrzałem na Przemka i na tę kobietę i już miałem jej odpowiedzieć, że chyba nas z kimś myli, ale wtedy on się odezwał:
– Rzeczywiście, miałem kiedyś takie spotkanie, ale to było lata temu.
– Nic się pan nie zmienił, dlatego pana poznałam, choć rzeczywiście to było dawno. Ja wtedy byłam na skraju przepaści, bo życie mi się jakoś strasznie skomplikowało. Mało do mnie docierało z tego, co pan mówił, ale zapamiętałam ten zapał w pana głosie, tę autentyczność, którą była przesycona pana wypowiedź. Nigdy nie sądziłam, że kiedykolwiek pana spotkam, choć zawsze chciałam panu podziękować, bo od tamtego momentu coś zaczęło się we mnie zmieniać. Może to zabrzmi niewiarygodnie, ale uratował mi pan wtedy życie. Ja przynajmniej tak to interpretuję.
– Nie wiem zupełnie co powiedzieć.
– Nie trzeba nic mówić. Ja żyję, pan żyje. To wystarczy.
– Pani zostaje tu na dłużej?
– Jeszcze kilka dni. Mieszkam z mężem w „Neptunie”.
– Może się jeszcze spotkamy.
– Kto wie…
Nieznajoma odeszła, a ja stałem tak, jakby mi nogi przywarły do podłoża. Spojrzałem na Przemka i powiedziałem:
– Prawdopodobnie Bóg się nam tu nie objawi w widzialnej postaci, ale trudno ci będzie przejść obojętnie obok tego, co się przed chwilą stało.
Przemek stał nieruchomo i patrzył na morze. Po chwili odwrócił się do mnie, uśmiechnął i powiedział:
– Ja dziś stawiam rybę. A potem zobaczymy, co dalej…