![]() |
| Anna Czerwińska Fot. arch. pryw. |
![]() |
| Anna Czerwińska Fot. arch. pryw. |
◗ Czym są dla Pani góry?
Wspaniałą areną sprawdzania się ludzkich postaw, czasem też udowadniania sobie różnych rzeczy. W górach pojawiają się skrajnie silne emocje, głęboka przyjaźń, a kiedy indziej niechęć, wrogość. Wszystko tam wydaje się jakoś wyolbrzymione, być może przez brak tlenu, pogodę, mało miejsca w obozach, ciężkie torowanie… Ludzie albo na siebie warczą, albo się przyjaźnią ponad wszystko, do tego stopnia, że jeden za drugiego gotów jest oddać życie. I to jest piękne.
◗ Niejednokrotnie przeżyła Pani dramatyczne chwile w górach. Gdzie leży granica ludzkiej wytrzymałości?
Nieraz się zastanawiałam nad tym, ile jeszcze jestem w stanie znieść. Myślę, że granica ludzkiej wytrzymałości może być wyznaczana tym, w jakim stopniu jesteśmy w stanie wytrzymać psychicznie to, co nasze ciało odbiera jako zimno, ból… Gdybym przeciętnemu człowiekowi powiedziała, że na przykład przeszła przeze mnie lawina, a ja wstałam, otrzepałam się i dalej schodziłam, to niejeden uciekłby z tych gór i więcej nie wrócił. A ja za dwa dni podchodziłam tym samym szlakiem. W 1986 roku na K2 był tragiczny sezon. Niemal na moich oczach zginęło 13 osób, z tego 12 alpinistów i 1 tragarz wysokościowy, zresztą był to jedyny człowiek, którego z tej grupy nie znałam. Wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że robimy jakieś głupoty, że te góry nie są warte życia, które tam tracimy. Były to dla mnie wypadki niezrozumiałe, bo jeśli idzie doświadczony alpinista i wpada do szczeliny, to staramy się pojąć, dlaczego… Albo wychodzi do ataku szczytowego siedem osób i ginie pięć… Coś irracjonalnego. Wtedy zaczęłam zastanawiać się nad sensem dalszego uprawiania alpinizmu. Trochę odechciało mi się gór. Ale to szybko przeszło. Przetłumaczyłam sobie, że tak musi być, że to całe ryzyko jest wkalkulowane, że to był wyjątkowo feralny sezon.
◗ Czy czuje się Pani odpowiedzialna za ludzi, z którymi jeździ na wyprawy?
Często to ja zapraszam innych na wyprawę. Zostaję kierownikiem, bo najwięcej wokół tego chodzę. W zeszłym roku, podczas wyprawy na Broad Peak, byłam wyłączona z akcji z powodu wypadku. Wtedy poczułam, jak to jest, kiedy odbywa się atak szczytowy, w którym biorą udział wszyscy oprócz mnie. Siedziałam w bazie z telefonem i czułam się strasznie odpowiedzialna, aczkolwiek nie byli to nowicjusze i szli tam na własne ryzyko. Oficer łącznikowy powiedział mi wtedy coś takiego: „Anna, przedtem byłaś żołnierzem, a teraz stałaś się generałem”. Ale ja wolałam być żołnierzem.
![]() |
| Wyprawa na Makalu w Himalajach (8463 m) Fot. arch. pryw. |
◗ Co nadal jeszcze pozostaje dla Pani wyzwaniem w górach?
Cały czas kręci mnie K2, ale nie wiem, czy będę miała jeszcze kiedyś zaszczyt zmierzyć się z tą górą. Już trzykrotnie się z nią zmagałam. K2 jest górą mojego życia, co nie znaczy, że chciałabym za nią oddać życie. Tyle czasu tam strawiłam i uważam, że ta góra mi się należy. Ważna jest dla mnie także Kanczendzonga, pośrednio także dlatego, że to góra, na której zginęła Wanda Rutkiewicz. Chociaż różniłyśmy się z Wandą w podejściu do gór, to jednak łączyła nas wspólna pasja. Dlatego też kontynuuję jej dzieło.
◗ Jaki jest obecnie największy problem podczas przygotowywania wypraw w wysokie góry?
Organizacja wypraw polega głównie na staraniach o zdobycie środków. Finansowych. Gdybym na przykład miała pulę 150 tysięcy złotych, wystarczającą do zorganizowania sześcioosobowej wyprawy, to chętnych na wyprawę znajdę dwudziestu. Ale kiedy tych pieniędzy nie ma i każdy z uczestników musi zapłacić 10 tysięcy dolarów, wtedy odbywa się już inna selekcja. Chłopcy, bo z reguły są to faceci, zaczynają wówczas liczyć. A że on musi jeszcze zostawić żonie, a że dzieci, a że nie będzie w tym czasie pracował…
◗ Czy po tych wielu wyprawach do każdej następnej trzeba się jeszcze przygotowywać i psychicznie nastawić?
Zawsze trzeba mieć przekonanie, że góra, na którą jedziemy, warta jest naszego wysiłku. Chciałam pojechać na Kanczendzongę, ale dowiedziałam się, że nie będzie tam w tym roku wyprawy. Musiałam wyznaczyć sobie inny cel i znaleźć do jego realizacji motywację. Nie należy jeździć w góry, do których ma się uraz psychiczny, gdzie na przykład zginął nasz przyjaciel, cudem uszliśmy spod lawiny… Nie należy przełamywać się na siłę.
◗ Człowiek uprawiający tę dyscyplinę skazany jest na samotność…
W pokoleniu wcześniejszym, jak na przykład wybitnego polskiego taternika Wawrzyńca Żuławskiego, zawiązywały się trwałe przyjaźnie. Była więź na śmierć i życie, czego symbolem było związanie się liną z partnerem wspinaczkowym. Nasze pokolenie krytykowane było za to, że chodząc po skałkach, choć trzymamy linę, to nie wiążemy się nią z partnerem. W spadku po swoich poprzednikach dziedziczyliśmy patetyczne stwierdzenie, że nie opuszcza się przyjaciela, nawet jeśli jest zmarzniętą bryłą. Coś się jednak zmieniło, podchodzimy do tego bardziej racjonalnie. Bo czy powinniśmy siedzieć przy zamarzniętym człowieku i też zamarznąć? Kiedyś były wielkie przyjaźnie, potem partnerstwo, a teraz zaczyna dominować wspólny interes.
![]() |
| Uczestnicy wyprawy na Makalu: Anna Czerwińska, Szerpa Tsiring i Jerzy Natkański Fot. arch. pryw. |
◗ Co radzi Pani młodym, którzy pytają, co robić, by osiągać sukcesy i cieszyć się z chodzenia po górach?
Mówię, aby nie stawiać sobie zbyt ambitnych celów, by cierpliwie pokonywać poszczególne szczeble. Ważne, żeby się nie sparzyć. Ja co prawda sparzyłam się pewnie ze sto razy, ale byłam wyjątkowo zdeterminowana. Mam wrażenie, że teraz takich ludzi jest mniej. Muszą dbać o pracę, o rodzinę, o kredyty… My potrafiliśmy pół roku siedzieć w górach, a jak brakowało kasy, malowaliśmy kominy. Teraz jest mniej czasu, bo życie codzienne bardzo nas absorbuje. W Tatry jeździ się na tydzień albo tylko na weekend. Wszystko ma nowe tempo.
◗ Za czym Pani tęskni, gdy wraca do kraju po kilkumiesięcznej wyprawie?
Czasem za czymś zupełnie prozaicznym, co w warunkach wyprawy jest niedostępne. Za wanną ciepłej wody, do której można wejść i nic się nie wyleje, i można sobie poleżeć.
◗ Bardzo dziękuję za rozmowę.