![]() |
| fot. Shutterstock/Spartak |
Tamtego jesiennego dnia Robertowi też nie udało się wcisnąć do przepełnionego autobusu. Na następny nie musiał jednak długo czekać. Przyjechał po dziesięciu minutach, i to prawie pusty. Robert wszedł do środka, ale nie usiadł. Na kolejnych dwóch przystankach zwykle wsiada sporo osób. Niech więc miejsca siedzące zajmą ci, którzy bardziej tego potrzebują.
Gdy autobus ruszył, Robert odruchowo przebiegł wzrokiem po pasażerach. Niemal natychmiast zwróciła jego uwagę kobieta siedząca do niego tyłem na pojedynczym miejscu. Była ubrana wyjątkowo: miała na sobie kremowy płaszcz, jej głowę przykrywała lśniąca chusta, spod której wystawał kosmyk jasnych włosów w kolorze dojrzałego zboża. Robert nie zawahał się ani chwili, przeszedł do przodu autobusu, żeby zobaczyć twarz tej intrygującej nieznajomej. Gdy na nią spojrzał, zamarł z wrażenia.
Kobieta była tak piękna, że Robertowi wydawała się niemal nierzeczywista. Wlepił w nią wzrok, a to ściągnęło jej spojrzenie, ale on nawet wtedy nie mógł przestać na nią patrzeć. Ocknął się dopiero, gdy mocno szarpnęło autobusem, który dość gwałtownie zahamował przed przejściem dla pieszych.
„Co ja wyprawiam?” – pomyślał Robert, zawstydzony swoim zachowaniem. – „Co ta kobieta sobie o mnie pomyśli? Wyjdę jeszcze w jej oczach na jakiegoś wariata albo zboczeńca”.
Na twarzy kobiety nie było jednak widać grymasu dezaprobaty. Wręcz przeciwnie, ten nieznajomy, wpatrujący się w nią, wydał się jej zabawny i trochę intrygujący.
Ale jak to mówią, piękne chwile trwają krótko. Autobus zajechał na przystanek, a kobieta wstała i wyszła. Robert wodził za nią wzrokiem, po czym w ostatniej chwili wybiegł z autobusu.
„Co ja robię?” – pytał sam siebie. – „Chyba zwariowałem”.
Na razie nie zwariował, lecz szedł za nieznajomą. Właściwie nie wiedział, po co to robi. Chciał ją znów zobaczyć. Było mu obojętne, że spóźni się na wykłady. Oby tylko mógł chociaż raz na nią spojrzeć.
W pewnym momencie kobieta zatrzymała się i szybko odwróciła. Robert był tuż za nią. Na ucieczkę nie miał szans.
– Pan czegoś ode mnie chce? – zapytała. – A może mnie pan śledzi? – dodała z uśmiechem.
– Nie skądże! Ja… właściwie… – dukał Robert, jakby zapomniał języka w gębie. Gdy już nieco ochłonął, powiedział, patrząc prosto w oczy nieznajomej, która czekała z uśmiechem na wyjaśnienia: – Pani jest tak piękna, że gdy panią zobaczyłem, zapomniałem o bożym świecie. Nie wiem, dlaczego wybiegłem z autobusu. Może przeraziła mnie myśl, że już nigdy pani nie zobaczę? Przepraszam najmocniej, nie chciałem pani urazić ani przestraszyć.
– To bardzo miłe, co pan mówi. Podziwiam pana odwagę. Nie spotkałam jeszcze mężczyzny, który by wybiegł za mną z autobusu.
– Tak? Hm… To ja już może pójdę. Cieszę się bardzo, że panią zobaczyłem.
W tym samym momencie Robert się odwrócił i energicznie poszedł w przeciwnym kierunku. Czuł, że cały jest zlany potem. Serce biło mu tak gwałtownie, że mało nie wyskoczyło z klatki piersiowej. Nie mógł uwierzyć w to, co się stało.
„A gdyby ta kobieta zrobiła mi awanturę?” – pomyślał i po plecach przeszły mu ciarki.
Na wykłady dotarł z godzinnym opóźnieniem, ale nie miało to dla niego żadnego znaczenia. Jedyne, co się liczyło, to obraz nieznajomej, który miał w pamięci. Tego dnia nie docierało do niego nic z treści przekazywanych na wykładach. Do domu wracał na piechotę, powoli. Cieszył się każdym oddechem. Uśmiechał się do napotkanych ludzi.
– I kto by pomyślał, że coś takiego mnie spotka? – mówił sam do siebie – Mnie, który zawsze śmiałem się z miłości od pierwszego wejrzenia!
Nazajutrz Robert znów stał na przystanku. Czekał na autobus, w którym poprzedniego dnia spotkał nieznajomą piękność. Nawet nie wiedział, jak ona ma na imię, gdzie mieszka, czym się zajmuje. Wszedł do autobusu, ale nieznajomej nie było. W czasie jazdy nerwowo spoglądał przez okno, ale nigdzie nie dostrzegł jej śladu.
Tak mijały kolejne dni, a on czekał na tę tajemniczą kobietę, cały czas marzył o spotkaniu. Zaczynał już tracić nadzieję… Któregoś dnia, gdy stał smutny na przystanku, zobaczył nagle w nadjeżdżającym autobusie tę, na którą z takim utęsknieniem czekał. Powróciła mu radość życia, choć z drugiej strony czuł straszną tremę, bo nie wiedział, jak ma się teraz zachować. Najchętniej podszedłby natychmiast do tej zjawiskowej kobiety i zaczął rozmowę, ale przecież w ogóle jej nie znał.
W takich sytuacjach życie niekiedy samo przynosi rozwiązanie. Właśnie zwolniło się miejsce obok niej. Robert bez namysłu podszedł i usiadł przy zachwycającej nieznajomej.
– Długo pani nie było – zaczął rozmowę.
– Mam na imię Weronika.
– Robert.
– Zaimponowałeś mi ostatnio.
– Sam nie wiem, jak się to stało. To, co zrobiłem, było zwariowane, a ja raczej jestem racjonalny. Tamtego dnia czułem jednak, że teraz albo nigdy.
– Za chwilę wysiadam. Jeśli chcesz pogadać, to spotkajmy się dziś o dziewiętnastej na tym przystanku, na którym wsiadasz.
– Będę na pewno.
– Część!
– Do zobaczenia!
Ludzie tłoczyli się dokoła, a Robert siedział nieruchomo i zdawał się patrzeć w najdalszą przyszłość. Wiedział, że to, co się stało, jest realne, czuł się jednak tak, jakby śnił najpiękniejszy sen.
Wieczorem spotkali się na przystanku. Spacerowali. Okazało się, że Weronika jest o rok starsza od Roberta. Przerwała studia dzienne i obecnie pracuje w urzędzie miasta, bo zmusiła ją do tego sytuacja finansowa jej rodziny. Od przyszłego roku zamierza wrócić na studia, ale prawdopodobnie już zaoczne.
Ustalili, że w sobotę pojadą razem na wycieczkę. Wybrali Góry Świętokrzyskie. Mieli wrócić tego samego dnia wieczorem, ale pobłądzili na szlaku i ostatecznie zatrzymali się w jednym z pensjonatów, żeby nie jeździć po nocy. Gdy znaleźli się w pokoju, przez chwilę czuli się trochę niezręcznie, bo nie byli przygotowani na nocleg. Zdrzemnęli się więc w ubraniach i skoro świt wyjechali. W drodze powrotnej dopisywały im humory, bo jak ludziom jest ze sobą dobrze i mają wspólny cel, to żadna trudność czy niedogodność nie jest przeszkodą.
Niedługo potem Robert miał w rodzinie wesele. Zapytał Weronikę, czy nie chciałaby mu towarzyszyć. Bawili się do samego rana. Gdy już ucichła orkiestra, mama pana młodego proponowała gościom weselnym, aby choć trochę się przespali.
Robert i Weronika nie pili alkoholu, więc mogli wracać do domu swoim samochodem, ale po południu miały być jeszcze poprawiny, dlatego zostali. W panującym rozgardiaszu nikt nie zwracał uwagi na to, gdzie kto śpi, więc Weronikę i Roberta zaprowadzono do wspólnego pokoju. Mimo przetańczonej nocy żadne z nich nie myślało o spaniu. Padli sobie w objęcia, zaczęli się całować i…
A potem było już zwyczajnie. Spotkanie, noc… Jakiś wyjazd, noc… Drobna sprzeczka, noc…
Weronika coraz bardziej się angażowała, ale Robert zaczął się dziwnie zachowywać. Coraz częściej marudził, robił jakieś uniki. W końcu okazało się, że role się odwróciły: teraz Weronika szukała Roberta i za nim chodziła. Nie było już tak uroczo i tajemniczo.
Pewnego razu Robert celowo pojechał wcześniejszym autobusem, żeby nie spotkać się z Weroniką, której wyraźnie unikał. Wysiadł na swoim przystanku i powoli szedł w stronę uczelni, bo miał jeszcze dużo czasu. Nagle usłyszał za sobą kroki, które przyspieszały, jakby ktoś próbował kogoś dogonić. Robert się nie oglądał, choć przemknęła mu myśl, że to może być Weronika. Przyspieszył kroku, ale nagle ktoś złapał go za rękę. Obejrzał się, to rzeczywiście była ona. Stała zapłakana i mówiła:
– Robert, co ty mi robisz? Chcesz mnie teraz tak po prostu zostawić?
– Weronika, proszę. Nie pasujemy do siebie. Tak będzie lepiej.
– Robert, tak nie można. Wiesz, że jesteś moim pierwszym mężczyzną. Zaufałam ci.
– Weronika, błagam cię, musimy to przerwać. To nie ma sensu.
Robert chciał się wyrwać, ale Weronika mocno trzymała go za rękaw. Zaczęła się szarpanina, Robert krzyczał: Zostaw mnie! Błagam, daj mi spokój!
– Kochanie, co ci się stało? Prosiłeś mnie, żebym cię obudziła. Śniło ci się coś złego?
Robert rozejrzał się wokoło. Jego żona Dominika stała przy nim i patrzyła zdziwiona.
– Nie, nic. Rzeczywiście miałem zły sen. Zaraz wstaję. Dziękuję ci.
Dominika wyszła do kuchni, a Robert opadł na łóżko i ciężko oddychał. To, co mu się przyśniło, to nie był zły sen. To jest, niestety, rzeczywistość. Od momentu popełnienia przez Weronikę samobójstwa raz po raz śni mu się ten sen. Nocami wracają te same szczegóły z jakąś przerażającą dokładnością. „To jest koszmar, ale sam go sobie zafundowałem” – myśli i powoli podnosi się z łóżka.
Jest jeszcze coś. Pożegnalny list, który zostawiła mu Weronika, a właściwie zdanie: „Czy miłość od pierwszego wejrzenia jest tylko na chwilę?”.
Po pracy Robert jedzie na cmentarz i wchodzi w alejkę, w której jest grób Weroniki. Nikt nie wie, dlaczego tu przychodzi. Wszyscy myślą, że podcięła sobie żyły, ponieważ przerosła ją sytuacja w rodzinnym domu: chora matka, ojciec alkoholik i brak pieniędzy.
Robert zna prawdziwy powód. Weronika była bardzo delikatna, ufna i niewinna. Uwierzyła, że skoro Robert tak desperacko jej szukał, oznaczało to tylko jedno: wielką miłość. Ale życie okazało się mniej barwne. Robert zakochał się w jej pięknie zewnętrznym.
Zakochanie to coś innego niż miłość. Szybko przychodzi i równie szybko mija. Dla Weroniki zachowania Roberta były jak najgorętsze wyznania dozgonnej miłości. Robert w tym, co czynił, czuł się jak odkrywca nowych lądów. Imponowało mu zdobywanie Weroniki. Gdy już osiągnął swój cel, emocje opadły. Życie jednak dalej snuło swoją opowieść, tyle tylko że Robert nie miał już chęci, a może nawet sił, by ją kontynuować. Chciał dalej zdobywać…
On z czasem ułożył sobie życie. Weronika nic już sobie nie układa. Leży w grobie jak ścięty przedwcześnie kwiat, którego zapachem nikt tak naprawdę nie zdążył się nacieszyć.
Takie kwiaty jak Weronika przeżyją tylko wtedy, gdy zajmie się nimi prawdziwy ogrodnik, a nie roznamiętniony poszukiwacz przygód, zdobywca kolejnych atrakcyjnych trofeów.