|
|
| Agnieszka Frąckowiak fot. archiwum prywatne |
Bytów, wrzesień 1995 rok
„Ja wam jeszcze pokażę! Ja wam jeszcze pokażę!” – powtarzała wzburzona Małgorzata Frąckowiak.
Wybiegła ze szkoły, do której we wrześniu zapisała swoją córkę Agnieszkę. Ledwo trzy tygodnie nauki, a dziewczynkę już spisano na straty. „Pani córka nie da rady, nie skończy nawet pierwszej klasy. Nigdy nie nauczy się pisać. Trzeba jej kupić maszynę do pisania, ale taką cichą, żeby innym dzieciom nie przeszkadzała, a najlepiej to ją umieścić w szkole specjalnej…”. Mama się zbuntowała: „Nigdy w życiu! Agnieszka będzie chodziła do normalnej szkoły. Skończy ją, a żadnej maszyny nie kupię!”.
13 lat później
Bytów, lipiec 2008
„Agnieszko! Przyszła jeszcze jedna odpowiedź z uczelni! Skąd tym razem? Z Bydgoszczy! I znów w pierwszej dwudziestce! Na 400 kandydatów! Kochana, zdolna córeczka! Teraz trzeba będzie zdecydować, gdzie zacząć studia…”.
Rok 1989
Nie dogoni
Agnieszka urodziła się z mózgowym porażeniem dziecięcym (MPD). Choroba została wykryta dopiero po roku. Diagnoza padła niczym wyrok. Mama Agnieszki, Małgorzata Frąckowiak, opowiada: „Zastanowiło mnie, że córeczka nie zaczyna pełzać. Roczna dziewczynka powinna próbować wstawać, a ona nic. Rączki były niezauważalnie mniej sprawne, bawiła się grzechotkami, wierzgała nóżkami – niby normalnie, tylko się nie przesuwała. Gdy zgłaszałam moje spostrzeżenia, zawsze mówiono, że to wcześniak i dogoni. Dopiero gdy córka skończyła rok, trafiliśmy do Słupska, do neurologa. Tam dowiedzieliśmy się, co jej jest. Na początku przeżyliśmy straszny szok, ale szybko oboje z mężem zaczęliśmy myśleć, co zrobić dalej, jak pomóc naszemu dziecku. Bardzo wspierała nas starsza córka, Paulina. Przytuliła mnie i powiedziała, «Nie martw się mamo, ja pomogę, damy radę, będzie dobrze… Pan Bóg nas przecież nie opuści»”.
Z rąk do rąk
„Trafiliśmy do Centrum Zdrowia Dziecka. Jeździliśmy tam raz na pół roku na dwa tygodnie. Do domu wracaliśmy z zestawem ćwiczeń. Oboje z mężem pracowaliśmy i tylko przekazywaliśmy sobie Agnieszkę z rąk do rąk. Jedno szło do pracy, a drugie – na rehabilitację. I tak dzień w dzień”.
Po pięciu latach rehabilitacji Agnieszka wciąż nie chodziła. W Centrum Zdrowia Dziecka stwierdzono, że teraz pomóc może jedynie operacja. Najlepiej za granicą, w USA. Niejednemu opadłyby ręce. Jak z nauczycielskich pensji zarobić na bilet do Ameryki, a co dopiero mówić o kosztownej operacji? Rodzice Agnieszki się nie poddali, a że ludziom pełnym wiary los sprzyja, zaczęła się seria cudów i „przypadków”, pomagających im osiągnąć ten cel, jakim było zdrowie córki.
Droga do Chicago
„Najpierw moja mama przypadkiem zobaczyła w telewizji program o amerykańskiej organizacji «Dar Serca», która pomaga niepełnosprawnym dzieciom z całego świata. Potem okazało się, że jej filia znajduje się na lotnisku w Warszawie. Zabrałam Agnieszkę pod pachę i na lotnisko! Tam dowiedziałam się, że z pomocy organizacji korzystać mogą wyłącznie dzieci pracowników LOT-u. Byłam gotowa zatrudnić się tam choćby jako sprzątaczka, ale jedna z pań dała mi do ręki wszystkie dokumenty. Zupełnie jakby anioł z nieba zstąpił. Wypełniałam je jednak bez większej wiary, gdy okazało się, że klinika w Chicago wybiera tylko dwoje dzieci z Polski na rok. Marne szanse. Ale żeby mieć czyste sumienie, papiery wysłałam.
Korespondencja trwała ponad rok. I stał się cud! Agnieszkę zakwalifikowano do operacji. Otrzymałam zawiadomienie, że za dwa miesiące mam się stawić w klinice. A my ani paszportu, ani wizy, ani pieniędzy! Urwanie głowy! Dodatkowo klinika jako warunek przyjęcia postawiła, że musimy mieć własne zakwaterowanie i podać adres osoby, która nas przyjmie. A my nikogo tam nie znamy! Co robić? Pan Bóg czuwał. Przypadkiem odwiedził mnie mój dawny uczeń i gdy usłyszał o problemie, natychmiast załatwił nam pokój u swojej rodziny w Chicago! Nie dość tego. LOT ufundował Agnieszce bilety na wszystkie przeloty związane z leczeniem. Wszystko działo się jak we śnie”.
Amerykański sen
Operacja odbyła się w sierpniu, ale zapowiedziano, że potrzebna będzie jeszcze co najmniej jedna. Ale skąd wziąć na nią pieniądze? I stał się kolejny cud! Znalazł się anonimowy sponsor, który zapłacił za dwie operacje, pięć pobytów Agnieszki w szpitalu i za wszystkie pobyty Małgorzaty, która nie odstępowała córki na krok.
Pierwszy raz były w Chicago klika miesięcy. Dojazdy do kliniki autobusami były uciążliwe. I znów cud! Jedno ogłoszenie w polskim radiu wystarczyło, by przed domem znalazły się dwa samochody. Jednym z nich jeździła mama Agnieszki przez pięć lat, bo tyle, z przerwami, trwało leczenie dziecka w Ameryce.
Pierwsze kroki
Już na drugi dzień po pierwszej operacji zachęcono Agnieszkę do wstania z łóżka i chodzenia. Niepewnie stanęła i przy poręczach zrobiła parę chwiejnych kroków… pierwszych kroków w życiu! Dotąd poruszała się wyłącznie na kolanach! Wszystko było na dobrej drodze do chwili zdjęcia opatrunków.
„Gdy Agnieszka zobaczyła swoje nogi całe w bliznach, powiedziała: «Ja już nigdy nie będę chodziła, bo mam pocięte nogi». I tak sobie to wbiła do głowy, że przestała próbować. Dopiero gdy pojechałyśmy na Boże Narodzenie do Polski, w domu nagle wstała... i poszła! Widocznie potrzebne jej było poczucie bezpieczeństwa, jakie daje tylko dom rodzinny”.
Matka natura
Natura lubi równowagę. Gdy pojawia się niedobór, to uzupełnia go w innym miejscu. Tak jest też z niepełnosprawnymi dziećmi. U Agnieszki brak sprawności fizycznej rekompensuje talent muzyczny – śpiewała w chórze Collegium Musicum, zdobyła I nagrodę na festiwalu piosenki dziecięcej w Jarocinie, jest uzdolniona plastycznie i lingwistycznie. Wyzwoliła też w swoich rodzicach potencjał, o który sami siebie nie podejrzewali. Wiele ważnych rzeczy powstało dla Agnieszki, z powodu Agnieszki i przez Agnieszkę.
PON i „Tęcza”
PON – Prywatna Szkoła Języka Angielskiego, w której od lat bytowiacy uczą się języka angielskiego – powstała dlatego, że Agnieszka była chora.
„Przed naszym pierwszym wyjazdem do Chicago pracowaliśmy w liceum. Wiedzieliśmy, że z naszych nauczycielskich pensji nie damy rady nic opłacić. Postanowiliśmy założyć własną szkołę. Gdyby nie choroba Agnieszki, pewnie do dziś uczylibyśmy w państwowej szkole”.
„Tęcza” – Bytowskie Stowarzyszenie Przyjaciół Osób Niepełnosprawnych – swoje istnienie również zawdzięcza Agnieszce.
„Zaczęło się od jej rączek, które trzeba było usprawnić. Trafiliśmy do rehabilitantki, Uli Szycy, dzięki której Agnieszka pisze. Dzieci z podobnymi problemami było więcej, dlatego wpadliśmy na pomysł stworzenia dla nich grupy wsparcia. Tak powstała „Tęcza”. Ula, początkowo raz w tygodniu, prowadziła ćwiczenia w formie zabawy. Z czasem pojawiły się wspólne wyjazdy w plener, na basen, wycieczki, obozy, imprezy, takie jak np. wielkanocne szukanie jajka na koniach czy zawody. Uwieńczeniem działalności „Tęczy” było utworzenie sali z hydromasażem i sali do ćwiczeń. A zaczęło się od starego mostku w Chicago”.
Z Chicago do Bytowa
„Amerykanie przed Bożym Narodzeniem organizują bale charytatywne. Jeden z nich odbywał się pod hasłem «Wigilia po polsku», dlatego zaproszono z «Daru Serca» dwie polskie rodziny, m.in. mnie i Agnieszkę. Córka podczas balu uśmiechnęła się do jednego Amerykanina, co spowodowało całą lawinę późniejszych zdarzeń. Bill Swartz, bo tak się nazywał ów Amerykanin, zaciekawił się losem Agnieszki. Jakiś czas później jego organizacja przekazała do «Daru Serca» pieniądze na jej dalsze leczenie. On sam zabrał nas na wycieczkę, a podczas drogi z dumą pokazał stuletni mostek. Strasznie się nim szczycił, na co ja i Agnieszka nie wytrzymałyśmy i zaczęłyśmy się śmiać! Przecież mamy w Bytowie zamek z XIII wieku! Nie mógł uwierzyć.
Gdy wróciłyśmy do Polski, zapomniałyśmy o tej rozmowie. Aż któregoś dnia zadzwoniono do nas z Warszawy, że na koncert charytatywny w Sali Kongresowej zaproszono jednego ważnego Amerykanina, który zgodził się przyjechać pod warunkiem, że będzie spał na zamku w Bytowie! I tak zabraliśmy Billa do zamku bytowskiego, pokazaliśmy mu Toruń i Kaszuby. Był zachwycony!
Po roku odwiedził nas z grupą młodych ludzi, którym postanowił pokazać Polskę. Zaczęli od Krakowa, a zakończyli pobytem w Bytowie. Poznali Agnieszkę i „Tęczę”. Postanowili pomóc dzieciom, dlatego ufundowali hydroterapię. Potem przysłali jeszcze rehabilitantkę z Australii, która przebadała wszystkie dzieci z „Tęczy”. Każdej mamie dała wskazówki, jak ćwiczyć z dzieckiem. Ona też zakochała się w tych stronach. Taka to lawina poszła z jednego uśmiechu dziecka...
A dziecko…”.
Agnieszka chodzi
„...nieprzerwanie ciężko pracowało. Rehabilitacja polega na tradycyjnych ćwiczeniach, masażach, pływaniu i hydroterapii, jeździe na rowerze i hipoterapii. Dziś Agnieszka chodzi, jest samodzielna, ale ćwiczeń nie można odpuścić ani na chwilę. Gdy przerwie, choroba może wrócić...
Jest bardzo aktywna. Wszystkie wakacje, w czasie których nie była w gipsie, spędzała na wycieczkach, spływach, była nawet na obozie surwiwalowym. Jeździ konno, opiekuje się psem”.
Kamyk i lawina
„Przez wszystkie lata choroby Agnieszka nie straciła ani jednego roku nauki. W Stanach chodziła do szkoły amerykańskiej, a po południu razem przerabiałyśmy polski materiał. Było jej ciężko. Rówieśnicy bawili się, biegali, a ona na wózku lub w gipsie stale musiała się uczyć.
Ostatnia operacja została wykonana już w klinice w Poznaniu, gdyż był to początek liceum i postanowiliśmy nie wyjeżdżać. W ukończeniu szkoły bardzo pomogli nam nauczyciele i dyrekcja. Ułożyli dla Agnieszki specjalny plan. Część lekcji miała w domu, część – w szkole. Pięknie zdała maturę i dostała się na studia.
A we mnie do tej pory tkwi to, co usłyszałam o tej maszynie do pisania i szkole specjalnej. Gdybym wtedy się nie zbuntowała, to Agnieszka jeździłaby na wózku, niezdolna do samodzielnego życia.
Myślę, że to jest tak, jak z kamykiem i lawiną. Jeden kamyk może spowodować lawinę. Ja miałam to szczęście, że w moim nieszczęściu poruszyłam właściwy kamyk. Jak lawina ruszy, to już jej nie zatrzymasz…”.
Bytów, styczeń 2009 rok
Agnieszka studiuje filologię angielską w Koszalinie, gdyż tylko tam blisko uczelni było mieszkanie przystosowane dla studenta niepełnosprawnego. Jak sama mówi: „Cieszyłam się, że będę studiować, a jednocześnie bardzo się bałam, czy dam radę, czy to nie będzie dla mnie zbyt trudne. Nie chodzi o naukę, bo z nią sobie poradzę. Po raz pierwszy mieszkam bez rodziny i muszę wszystko robić sama. Tu nie ma mamy, która ugotuje, poda, pozmywa, posprząta, wypierze. Jednak ze sprzątaniem radzę sobie nawet lepiej niż moja współlokatorka. Bałam się jeszcze drogi na uczelnię, ale jeżeli nie ma śniegu i lodu, mogę przejść bez większych problemów. I chodzenie po schodach też mnie już nie przeraża! Daję korepetycje z angielskiego i mam na drobne wydatki. Cieszę się, że jestem niezależna. Zdaję sobie sprawę, że jest to dla mnie wielki egzamin z samodzielności. I zrobię wszystko, żeby go zdać”.