![]() |
| Joanna Beretta Molla ze swoją córką Marioliną (urodzoną w 1957 roku). Fot. Adam Szczygieł SSP |
Joanna Beretta Molla to piękna, pełna wewnętrznego spokoju kobieta. Elegancka, dbająca o swój wygląd, ale przede wszystkim o swoje wnętrze. Ogromnie zakochana w mężu, a potem także w dzieciach. Lubiła przyjmować gości i świetnie gotowała. Cieszyły ją każde święta, wyjątkowy czas dla rodziny i bliskich. Uwielbiała muzykę i teatr, tańce i jazdę na nartach, podróże i piękno otaczającej ją przyrody. Była wrażliwa, serdeczna, czuła, ale jednocześnie bardzo zdecydowana. To osoba, od której nieustannie biła szczera radość. Pomimo wielu obowiązków (troje malutkich dzieci, mąż, dom, praca zawodowa lekarza) nigdy się nie skarżyła, nie narzekała. Nikogo, kto potrzebował pomocy, nie zostawiła samemu sobie.
Kiedy usłyszałam o niej po raz pierwszy, od razu zrodziło się we mnie pytanie: skąd tyle siły i dobra w tej osobie? Skąd tyle samozaparcia? Skąd to pragnienie dzielenia się z innymi wszystkim, co miała?
Wielka próba
Urodziła się w 1922 roku we włoskiej Magencie koło Mediolanu. Rodzice byli dla niej wspaniałym przykładem kochającej się rodziny, uczciwej i szanującej się. Przekazali jej te wartości, którymi sami żyli, w tym potrzebę pomagania innym.
Joanna uczyła się w różnych szkołach, ale nie była zbyt zdolna. Dopiero w liceum, dzięki swej pilności, zaczęła uzyskiwać lepsze wyniki. Jej edukację ukoronował dyplom lekarza i chirurga, a po niedługim czasie specjalizacja z pediatrii. W 1955 roku, w wieku 33 lat, Joanna wyszła za mąż za Piotra Mollę. Rok później urodził się syn Pierluigi, następnie Mariolina i Laura. Joanna była szczęśliwa, choć także zatroskana o zdrowie maluchów.
Ostateczna próba jej wielkiej miłości do dzieci miała dopiero nadejść. W 1961 roku Joanna z radością przyjęła nowinę o poczęciu kolejnego dziecka. Dwa miesiące później lekarze odkryli u niej guz macicy, który zagrażał życiu i dziecka, i matki. W czasie bezpiecznym dla życia dziecka Joanna zdecydowała się na operację guza. Lekarze usunęli włókniaka, ale zagrożenie dla życia matki nie minęło. To był trudny czas dla całej rodziny, a zwłaszcza dla Joanny, która bardzo kochała życie, swoje dzieci i męża. Od początku zdecydowanie mówiła lekarzom, że w pierwszej kolejności mają ratować dziecko. To jej osobista droga krzyżowa, trwająca siedem miesięcy. 21 kwietnia 1962 roku urodziła się zdrowa i piękna córeczka Joanny, Gianna Emanuela.
Kilka dni później Joanna umierała w cierpieniach.
Doświadczenie szczęśliwej kobiety, żony i matki dane jej było tylko na siedem lat. Trudne to i na ludzki umysł trochę nielogiczne, ale owoce jej decyzji możemy oglądać dziś właśnie my. 32 lata po swojej śmierci, Joanna Beretta Molla została ogłoszona błogosławioną, a dziesięć lat później, w 2004 roku – świętą.
Pokazała inną drogę
Do dziś wielu ludzi – w tym także pisząca te słowa – zastanawia się, dlaczego Joanna podjęła taką decyzję? Przecież osierociła czworo małych dzieci. Komu była bardziej potrzebna? Joanna wiedziała od początku, że jest bardzo potrzebna swojej trójce już urodzonych dzieci, ale dla maleństwa, które nosiła pod sercem, była także niezbędna i niezastąpiona.
![]() |
| Msza kanonizacyjna, w czasie której Jan Paweł II ogłosił Joannę świętą, 16 maja 2004 Fot. PAP/EPA |
Była bardzo pracowita, ale nie zapracowana. Pokazała mi inne spojrzenie na życie, na pracę i na człowieka. Czasem drobne życzliwe gesty, uśmiech, rozmowa, pomoc, podzielenie się swymi dobrami, zatrzymanie się na chwilę – to wszystko może zdziałać o wiele więcej niż nakazy, pouczenia, plotki czy krytyka. Swoim przykładem pokazała, że wszystkie obowiązki trzeba wykonywać dokładnie i starannie, cokolwiek by to było. Czy wielkie dzieła, czy też małe drobiazgi. Czy praca zawodowa, czy też praca związana z domem i najbliższymi.
Podobnie jej nastawienie do posiadania potomstwa było nieco inne od niektórych współczesnych modeli. Joanna bardzo pragnęła dzieci, były dla niej owocem miłości jej i jej męża. Chciała dzielić się tą miłością. I nawet to, że każda ciąża przez wiele miesięcy pociągała ze sobą masę trudności i problemów, nie zniechęciło jej do bycia matką kolejnego dziecka. Wielkim wsparciem był dla Joanny jej mąż, Piotr. Nawet wtedy, gdy z powodu wielu wyjazdów służbowych nie był z rodziną obecny cieleśnie, był nieustannie obecny duchowo. Przez liczne listy i telefony uczestniczył każdego dnia w życiu rodziny.








