![]() |
| Molo i nadbrzeże stwarzają niepowtarzalny klimat sopockiego kurortu jesienią. fot. REPORTER |
Sopocki dworzec wcale nie wygląda jak wizytówka znanego kurortu. Gdzieniegdzie straszą wybite szyby, na ścianach łuszczy się olejna farba. Ot, niewielki dworzec, jakich wiele w Polsce. Pustki na peronie. Z pociągu wysiedliśmy jako jedyni. Na postoju przed dworcem kilka taksówek tęskniących do turystów. Pierwsze sygnały, że chyba znaleźliśmy to, czego szukaliśmy – trochę spokoju. Jedziemy do hotelu, mijamy puste chodniki i restauracje. To senny koszmar dla miasta żyjącego z turystów, ale dla nas – radość. Zaraz ruszamy na rekonesans.
Plaża bez plażowiczów
Szum wiatru i fal, piasek pod stopami, krzyk mew… I to wszystko. Czegoś jednak brakuje – nie czuć zapachu olejku do opalania. W powietrzu unosi się niczym niezmącona woń morskiej bryzy. Słońce już tak nie przygrzewa, sezon urlopowy dawno się skończył, zniknęli więc i plażowicze. Nieliczni turyści chodzą niespiesznie po sopockim piasku. Ogarnia nas błogi spokój. Sopot poza sezonem to doskonałe miejsce, by wsłuchać się w ciszę.
Od mola po horyzont
Zastanawiamy się, który kierunek wybrać. W prawo piasek, piasek… W lewo kusi najdłuższe w Polsce i w Europie drewniane molo. Długie na 511,5 metra, z czego 458 metrów wbija się w głąb Zatoki Gdańskiej. Ale początki wcale nie były tak imponujące. Molo powstało jako pomost w XIX wieku. W 1829 roku miało około 40 metrów. W ciągu wielu lat stopniowo je wydłużano, najpierw do 150 metrów, potem do 315. Obecny kształt zyskało w roku 1927. W miesiącach letnich molo tętni życiem. Teraz jest ciche, opuszczone. Idziemy w morze – takie przynajmniej można odnieść wrażenie, gdy przejdzie się pierwszych kilkadziesiąt metrów po śliskich od jesiennej mżawki deskach. Słychać tylko fale rozbijające się o potężne drewniane pale, podtrzymujące całą konstrukcję. Czasami na białych barierkach przysiadają mewy. Zrywają się z krzykiem, by ganiać nad falami. Muskają skrzydłami spienioną wodę i nigdy nie dają się jej złapać. Dochodzimy do końca, dalej już tylko morze. Mżawka przysłania horyzont, widać zamazane kontury statków. Jest w tym miejscu coś takiego, że można tu stać i stać, i wdychać słone, wilgotne powietrze.
|
|
| Krzywy Dom na Monciaku– atrakcja turystyczna Sopotu. fot. Sławomir Dynek/CogitoMedia |
Ornitologia od podstaw
Tuż przy molo jest stałe miejsce dokarmiania łabędzi. Często kilkanaście tych pięknych, królewskich ptaków cierpliwie czeka na przechodzących ludzi. Warto mieć ze sobą trochę chleba czy bułek. Ale jest prośba ornitologów – nie dokarmiajmy łabędzi spleśniałym pieczywem, dla ptaków jest ono tak samo niezdrowe jak dla ludzi. Tu pojawia się okazja, by zainteresować dzieci przyrodą. Niektóre z tych łabędzi są zaobrączkowane. Obrączki są z metalu lub plastiku. Na nich znajduje się „zaszyfrowana”, w postaci liter i cyfr, informacja o ptaku, dacie i miejscu obrączkowania. Ponieważ do łabędzi można podejść całkiem blisko (ostrożnie jednak, trzeba uważać szczególnie na dzieci – rozdrażniony łabędź może boleśnie uderzyć dziobem), łatwo odczytać dane z obrączek. Na takie informacje – datę, godzinę i przybliżone miejsce obserwacji oraz oczywiście gatunek ptaka – czekają specjaliści z gdańskiej Stacji Ornitologicznej. Za przekazane informacje zawsze dziękują i przysyłają dane dotyczące obrączkowania. To duża satysfakcja i dobry początek, by pomysł na bezkrwawe polowanie na zaobrączkowane ptaki wywieźć z Sopotu w rodzinne strony.
Schody, schody…
Korcą nas te schody. Ile może ich tam być? Patrzymy z dołu na szczyt latarni morskiej. Stoi przy molo, wysoka na jakieś 30 metrów. Jest charakterystycznym punktem orientacyjnym, nie tylko dla marynarzy, również dla turystów. Zbudowano ją na początku XX wieku. Najpierw jako zwykły komin, który potem obudowano. Tak powstała wieża widokowa, ale po dodaniu świateł widocznych z morza, z odległości 17 mil morskich (czyli ponad 30 km), otrzymała status latarni.
Patrycja chce już zobaczyć słynny Monciak, czyli ulicę Bohaterów Monte Cassino – reprezentacyjny deptak Sopotu. Ja wejdę na latarnię, a spotkamy się później w kawiarni. Drzwi latarni zamknięte jednak na głucho. Wszystko wskazuje na to, że nici ze wspinaczki. No tak, blaski i cienie zwiedzania poza sezonem. Szukam jednak jakiejś podpowiedzi, rozwiązania. I znajduję – ogłoszenie. Klucz do latarni jest w… WC, tuż za nią. Za drobną opłatą wydaje mi go miła pani, nieco zdziwiona, że znalazł się ktoś chętny. Prosi tylko, bym zamknął drzwi latarni od środka – aby ktoś nie skorzystał z okazji i nie wszedł za darmo. Wchodzę powoli, małe okienka rozpraszają mrok. Jeden, dwa, trzy… Liczę kręcone, wąskie schody. Już chyba połowa drogi. I… Jedno potknięcie i z głowy ulatuje cała zapamiętana liczba. Nic straconego, policzę przy schodzeniu. Lekka zadyszka i wreszcie jestem na górze. Widok z latarni jest urzekający. Kilka malutkich postaci spaceruje po molo, które nawet z tej wysokości robi wrażenie. Na całej plaży, dokąd wzrok sięga, widać może kilkanaście osób. A dalej Bałtyk, który nie ma końca. Widok na miasto jest mniej romantyczny, dźwigi i nowo powstające budynki trochę przysłaniają Sopot. Schodzę i liczę schody. Tym razem bez pomyłki. Ile ich jest? Zapisałem gdzieś, żeby nie zapomnieć i… oczywiście zgubiłem karteczkę. Trudno. Kiedyś tutaj jeszcze wrócę.
![]() |
| „Grzybek” inhalacyjny. fot. Sławomir Dynek/CogitoMedia |
Prosty deptak, krzywy dom
Jesteśmy w kawiarni, na początku Monciaka. Nigdzie się nie spieszymy. Kawa, ciastka. I bezprzewodowy dostęp do Internetu, poczta pełna nowych maili. Jakoś musiał dopaść nas ten świat, od którego chcieliśmy na trochę uciec.
Idziemy dalej, by zobaczyć słynny Krzywy Dom. W przeciwieństwie do innych miejsc w Sopocie, które świeciły pustkami, na Monciaku spory tłum i ruch, ale tylko pieszych. Jak na reprezentacyjny deptak przystało, samochody nie mają tu wjazdu. Wydaje się, że tutaj koncentruje się życie miasta. Dochodzimy do Krzywego Domu. Ściany, okna, nawet brama prowadząca na wewnętrzny dziedziniec – wszystko to radośnie tańczy, czym odbiega od przyjętych standardów. Jakby architekt, projektując to jednopiętrowe cudeńko, częściej korzystał z cyrkla niż ekierki. Mimo że do Bożego Narodzenia jeszcze dużo czasu, drzewa przed budynkiem już przystrojone w świąteczną iluminację. Planujemy powrót na wieczór, gdy wszystko rozbłyśnie kolorowymi światłami. Wyobraźnia podpowiada, że może być uroczo i romantycznie.
Spacery dla zdrowia
Kolejne dni to spacery po sopockich uliczkach, plaży i przesiadywanie w pustych restauracjach. A wszystko w powolnym, dostojnym rytmie. Nic nas nie goni, mamy czas. Uliczki klimatem trochę przypominają zabytkową warszawską Saską Kępę, trochę londyńską scenerię z filmów o Sherlocku Holmesie i ulicę Baker Street, przy której mieszkał słynny detektyw. Być może to przez dżdżystą, czasami mglistą aurę. Małe kamieniczki i jednorodzinne domki z niewielkimi ogródkami. Przeważnie odgrodzone ładnymi, kutymi płotami. Te płoty – falujące lub proste, zakończone grotami albo kulami, niekiedy przeplatane wijącymi się roślinami – nadają trochę tajemniczy charakter sopockim uliczkom.
Spacerując, ponownie trafiamy w okolice latarni, do uzdrowiska. W końcu Sopot od dawna przyciągał kuracjuszy m.in. ze schorzeniami oddechowymi. Można tu, korzystając z ulicznego źródła, pić wodę leczniczą – solankę. Trzeba tylko pamiętać o jej rozcieńczeniu! W parku można wdychać solankowe powietrze, podobno bardzo zdrowe. Wśród drzew stoi charakterystyczny grzybek – fontanna. Jest tak skonstruowany, że wypływająca z niego woda częściowo zamienia się w aerozol, rozchodzący się na boki słoną mgiełką.
Ładowanie akumulatorów
Zbliża się termin powrotu do codzienności. Ostatni spacer na plażę, w kierunku rybackiego portu. Wypatrzyły nas łabędzie i płyną obok. Na razie jesteśmy jedynymi osobami, które mogą im dać coś do jedzenia. Zatrzymujemy się na chwilę, zatrzymują się i one. Po chwili wychodzą z wody i stają przy nas. Czekają. Ruszamy dalej, one też – niezgrabnie, kłapiąc swoimi płetwiastymi łapami, wracają do morza i znowu płyną obok nas. I tak przez jakiś czas. W końcu znudziły się i ruszyły w swoją stronę. Plaża prawie pusta, mijamy kolorową karuzelę, czekającą na lepsze czasy i na dzieci. Wreszcie jest port, rybacy krzątają się przy swoich łodziach. Też powoli, spokojnie. Taki jest cały Sopot poza sezonem.









