|
|
| Ks. Stefan Czermiński, proboszcz w Katowicach-Zarzeczu, doświadczony spowiednik, autor książki „Tylko dla łajdaków. Rozmowy o grzechach”. fot. archiwum prywatne |
◗ Jak ksiądz przeżywa spowiedź? Ludzie przecież często boją się tego, „co ksiądz o mnie pomyśli”…
Dla spowiednika jest to niezwykła szansa wglądu w ludzką duszę. Sam niewątpliwie doświadcza wielkiego pocieszenia, gdy widzi, że nie tylko on zmaga się ze swoją słabością, ale że jest to nasza wspólna niedola. Odkrywa też, że jego zmaganie staje się cennym doświadczeniem i źródłem, z którego może korzystać, prowadząc inne osoby. To cudowny i niezwykły podarunek ze strony Pana Boga: pozytywny sens własnej słabości. Najpiękniejsza jest chwila, gdy kapłan, mimo swojej słabości i ograniczenia, może przekazać miłosierdzie Boże. Właśnie dlatego spowiedź jest cudem.
◗ Pewien francuski ksiądz pisał, że spowiadanie to przejmujące doświadczenie. Gdyby ludzie je znali, z pewnością nie baliby się tak bardzo, że ksiądz ich potępi lub zlekceważy w swoim sercu…
Myślę, że strach, który ogarnia nas przed spowiedzią, to jedno z najbardziej perfekcyjnych działań szatana. On wykorzystuje naszą pychę i pragnienie własnej chwały. Wmawia nam, że grzech nas całkowicie niszczy i że musimy być przez wszystkich potępieni. Wygląda to tak, jakby chciał zniszczyć w nas nadzieję, że Jezus nas kocha. To doświadczenie jest wspólne nam wszystkim.
Jednak ten strach powinien dotyczyć czegoś zupełnie innego! Odczuwam niepokój, gdy dostrzegam w penitencie takie opory. Boję się, że on im ulegnie, że nie wyzna swoich win, że nie powierzy Jezusowi swoich słabości. I dlatego bardzo się cieszę, kiedy ktoś przełamuje siebie w nadziei, że Jezus mu przebaczy. Właściwie dramatem życia kapłańskiego nie są ludzkie grzechy, lecz ta nieufność, która nie pozwala nam pójść do spowiedzi. Boli patrzenie na ludzi, którzy rezygnują z sakramentu pojednania. Nie chcą się przełamać, lecz ulegają podszeptom szatana. To wielki dramat kapłana: Co się stanie z tymi ludźmi? Dlaczego nie mogę im pomóc? Dlaczego oni nie chcą pozwolić sobie pomóc? Czy jest jakaś wina po mojej stronie, że oni nie mają do mnie zaufania?
◗ Jak to jest, że niektórzy jednak przełamują ten lęk?
Człowiek nosi w sercu jakieś, początkowo jeszcze niejasne, pragnienie kontaktu z Panem Bogiem. Nosi też dramatyczne doświadczenie własnej słabości, które z czasem staje się bardzo dręczące. To niesamowity skarb dla człowieka, gdy odkrywa spowiedź jako spotkanie z kochającym Panem Bogiem, z Jezusem, który dokładnie „w sam raz” i cudownie się pojawia jako rozwiązanie udręki. To wielki dar również dla mnie osobiście jako spowiednika. Nie wiem, czy mógłbym żyć bez tego. Oczywiście to doświadczenie jest procesem. Na początku człowiek chce się oczyścić, zrzucić z siebie piętno i brud grzechu. Powoli jednak zaczyna odkrywać, że jego zmaganie się ze słabością to droga, na której Jezus go nie opuszcza, a nawet przez którą go formuje. Spowiedź, która z początku może być swoistą „pralnią chemiczną”, stopniowo staje się więc szkołą bycia z Panem Bogiem. Powoli odkrywamy tę czułą i troskliwą miłość Ojca, który nas nie zostawia w naszej słabości. Odkrywamy też jakąś niespodzianą szansę na zjednoczenie z Panem Bogiem.
◗ A czy może ksiądz jakoś wyjść naprzeciw bojącemu się człowiekowi? Wyciągnąć do niego rękę?
Na rekolekcjach harcerskich była dziewczyna, która bardzo chciała ze mną porozmawiać, ale nie mogła się przełamać. Zacząłem przy niej głośno się modlić. I wtedy się odważyła.
◗ Ludzie często wolą spowiedź w innej parafii. Z drugiej jednak strony wielu szuka stałego spowiednika. Dlaczego?
Na krótką metę rzeczywiście człowiek bardzo tęskni za anonimowością, żeby nie musiał się oskarżać przed kimś znajomym. To jednak nie wystarcza, gdyż o wiele mocniej człowiek szuka zrozumienia, rzeczywistej wskazówki, jakiegoś światła Bożego. Dlatego coraz bardziej ceni sobie, że znajduje drugiego człowieka, kapłana, wobec którego może wszystko dokładnie opowiedzieć i z wiarą przyjąć to, co ten kapłan rozeznaje. Tworzy się przy tym pewne duchowe pokrewieństwo. Zaczynamy odkrywać więzi między sobą, budowane przez samego Pana Boga, zasiewającego w nas pragnienia świętości, przebywania z Nim, posłuszeństwa Jego woli. Rodzi się wdzięczność za księdza, który jest narzędziem miłosierdzia Bożego i któremu nie trzeba opowiadać wszystkiego od początku, lecz relacjonować kolejne etapy swoich duchowych zmagań.
◗ Czy zdarza się, że jakiś grzech księdza przeraża lub gorszy? I że to może zmienić stosunek księdza do penitenta, a jeśli był to znajomy, to wasza relacja może ulec zmianie?
Jest raczej odwrotnie! Nie tylko nie przeraża, ale o wiele bardziej wzrusza mnie wiara i pokora człowieka, który odważa się powierzyć Jezusowi swoje najgorsze rzeczy. Taki człowiek wyrasta w moich oczach na bohatera. To umacnia moją wiarę. Moje mniemanie o nim poprawia się, a nie pogarsza.
◗ Czy dobrze, gdy po grzechu odczuwamy lęk?
To jest ten sam lęk, który odczuwał Adam, gdy krył się przed Panem Bogiem. Bóg jednak wołał go i pytał: „Gdzie jesteś?” (wzruszająca scena z Księgi Rodzaju, rozdział 3, wersety 8-9). Lęk wynika stąd, że grzech niszczy w nas wspomnienie faktu, że Pan Bóg nas kocha. Ten strach jest triumfem miłości własnej, zniszczeniem wiary w prawdziwą miłość.
◗ Jak to jest z tym głosem sumienia? Jan Paweł II, jeszcze jako metropolita Krakowa, w czasie rekolekcji w Watykanie cytował Szekspira: „moje sumienie ma tysiąc języków, a każdy język głosi mi osobną opowieść, a każda opowieść potępia mnie jako złoczyńcę”.
Oczywiście, że sumienie jest głosem Bożym, naszą wielką szansą, wręcz doświadczeniem światła Bożego, kiedy się w nie wsłuchamy. Jest jednak pozakrywane wieloma zasłonami naszych duchowych słabości, wymaga więc duchowej formacji. Czasem ciężko usłyszeć głos Pana Boga. Bardzo często sumienie reaguje w pośredni sposób: kiedy słucham spowiednika, w pewnych momentach sumienie wyraźnie i mocno podpowiada mi, że spowiednik mówi prawdę, że to jest właśnie to, co chciałem usłyszeć. Właśnie w tych systematycznie powtarzanych rozmowach w konfesjonale sumienie się uwrażliwia. Coraz bardziej uczy się pod kierunkiem kapłana słuchać Pana Boga, coraz lepiej przekazuje Jego głos i wolę. To kształtowanie sumienia daje nam też dużo satysfakcji, a nawet uwalnia nas od pewnych stresów. Zaczynamy odróżniać głos naszego egoizmu od głosu sumienia i rozpoznawać, jak mówił Szekspir, „tysiąc języków”, w których kryje się często uwikłanie, uzależnienie od ludzkich opinii. Zaczynamy powoli uwalniać się od tego.
◗ Czy kierownictwo duchowe to coś więcej niż regularna spowiedź?
Potrzeba kierownictwa duchowego rodzi się w człowieku w momencie, kiedy zaczyna odkrywać wagę życia wewnętrznego. Taki człowiek dostrzega wtedy, że najważniejsze rzeczy dzieją się w jego sercu, w relacji z Panem Bogiem. Czuje, że to, co robi lub myśli, nie jest obojętne, że tym może Pana Boga ranić, że to może skończyć się nawet jakimś postępującym paraliżem, zdolnym odsunąć go od Pana Boga, oddzielić… może nawet na wieczność! Człowiek, w którym rodzi się taka relacja z Panem Bogiem, chciałby więc coraz bardziej doświadczać Jego prowadzenia i przygarnięcia Jego ramion. Rozumie też, że sam nie da rady, że nie zdoła spojrzeć na swoje życie z odpowiedniej perspektywy. Jesteśmy trochę ślepi, jakby w mroku. Stąd właśnie rodzi się potrzeba kierownictwa duchowego.
◗ Pamięta ksiądz jakieś szczególne przeżycie związane ze spowiedzią?
Kto wie, czy obok Eucharystii właśnie posługa w sakramencie pojednania nie jest najpełniejszą realizacją misji kapłana, jego powołania! Rzeczywiście, jako spowiednik i kierownik duchowy przypominam sobie wiele poruszających sytuacji, gdzie Jezus karmił mnie swoją miłością.
Na przykład kiedyś szedłem przygnębiającymi korytarzami paryskiego metra. Był to akurat dzień wigilijny. Byłem trochę przygaszony faktem, że Wigilię będę spędzał daleko od domu. Tłum wokół mnie przelewał się gwałtownie, anonimowo. Ludzie w pośpiechu załatwiali tysiące spraw. Każdy wyobcowany, biegł w swoją stronę. Nikt nie zwracał uwagi na drugiego człowieka. Robiło to na mnie bardzo przykre wrażenie. I nagle podbiegła do mnie dziewczyna, moja penitentka, Polka. Z radością mnie powitała i powiedziała: „Proszę księdza, czy mógłby mnie ksiądz wyspowiadać? Bo dzisiaj jest Wigilia i już nie dam rady nigdzie się wyspowiadać…”. Stanęliśmy z boku i zacząłem ją spowiadać. W ten dzień doświadczyłem ze wzruszeniem niezwykłego Bożego Narodzenia – w gwarze zupełnie niemyślącego o Bogu tłumu, w tych „paryskich lochach”, które mogły kojarzyć się z mocami ciemności, w tłoku ludzi zniewolonych różnymi pętami. W momencie, kiedy dawałem tej dziewczynie rozgrzeszenie, w jej sercu zabłysło wielkie światło. Po prostu prawdziwe Boże Narodzenie! Pan Bóg konkretnie narodził się w świecie naszej ludzkiej nędzy. To było dla mnie niezwykle budujące i radosne przeżycie.