Przemiany roku 1989 w Polsce przyniosły grupę problemów, których rozwiązanie wydaje się równie odległe, co niecierpiące zwłoki. W każdym resorcie znalazłyby się rejony na wzór czarnych dziur, pochłaniających całkowicie energię reformatorów. Jednym z takich problemów jest szkolnictwo wyższe.
|
|
| fot. Agencja Gazeta |
Akademickie standardy
Co jakiś czas dowiadujemy się o kolejnej rewolucji, jaka ma objąć polskie uczelnie. Stosunkowo najwięcej uwagi poświęca się oczywiście finansom. Jak podaje Rada Główna Szkolnictwa Wyższego, wydatki na naukę z budżetu państwa wyniosą w 2008 roku 0,88% PKB (produkt krajowy brutto to całkowita wartość dóbr i usług wytworzonych w danym kraju, w danej jednostce czasu, najczęściej w ciągu roku, w przeliczeniu na jednego mieszkańca); zaledwie 0,33% PKB przeznaczone jest na badania i rozwój. Dla porównania w Stanach Zjednoczonych i Japonii jest to odpowiednio 2,59 i 3,15% PKB. O pomstę do nieba wołają także bulwersujące praktyki, które można określić mianem obyczajowo-technicznych. Większość Czytelników słyszała zapewne o promotorach niepotrafiących określić tematu prowadzonych przez siebie prac magisterskich, o egzaminach z pijanymi wykładowcami, którzy wystawiają oceny bardzo dobre lub niedostateczne na podstawie imienia studenta. Istnieją nawet uczelnie otwarte dla tych, którzy nie mają matury – warunkiem jest dostarczenie świadectwa dojrzałości w wyznaczonym czasie. Na drugim końcu działają ośrodki, gdzie zarówno kadra, jak i jej podopieczni definiują swoją akademicką drogę przede wszystkim w kategoriach wiedzy. Na obu krańcach można znaleźć zarówno uczelnie prywatne, jak i publiczne.
Nauka, która kosztuje
Na szczególną uwagę zasługują, moim zdaniem, studenci płacący za swoją edukację. Po pierwsze, ich sytuacja jest przedmiotem wielu kontrowersji. Aby się o tym przekonać, wystarczy wejść na dowolne forum internetowe, na którym dyskutowane są relacje między studiami płatnymi i bezpłatnymi. Ostrość wzajemnych ataków, oskarżeń czy inwektyw nie pozostawia złudzeń co do społecznej żywotności tematu. Po drugie, studenci płacący za naukę stanowią ponad połowę wszystkich polskich studentów. Jest to więc temat nie tylko angażujący wielkie emocje, ale także o ogólnospołecznym zasięgu, o którym dyskutować trzeba.
Znalezienie przykładów potwierdzających stereotyp płatnych studiów jako adresowanych wyłącznie do osób niewymagających i niezainteresowanych nauką jest bardzo proste. Ukazanie innego oblicza płatnego szkolnictwa wyższego także, jak się okazuje, nie jest trudne. Postanowiłem przedstawić sylwetki dwóch studentek, z Warszawy i Krakowa. Przykłady dobrane są specjalnie, dlatego nie mogą być reprezentatywne. Pokazują jednak, że nie da się odpowiedzialnie i sensownie mówić o polskim szkolnictwie wyższym, nie uwzględniając jego zróżnicowania i niejednorodności.
|
|
| Aneta Sobierajska fot. Marcin Milczarski |
Czwarta i pierwsza liga
Najpierw była ekonomia, dzienne studia magisterskie na jednej z państwowych uczelni w Szczecinie. Później licencjat z pedagogiki i szkoła prywatna w tym samym mieście. Nadal mieszka w stolicy Zachodniopomorskiego, ale co dwa tygodnie opuszcza ją dla stolicy przez wielkie „S”. Studiuje psychologię w jednej z najbardziej prestiżowych prywatnych szkół w Warszawie, do końca zostało jej jeszcze półtora roku. Alicja celowo nie podaje nazw uczelni, nie chce działać na korzyść lub niekorzyść żadnej z nich.
Ścieżka studencka dała jej unikalną pespektywę. Pedagogika i psychologia to w przypadku Alicji kierunki płatne, ale na tym podobieństwa między nimi i w ogóle między obiema szkołami się kończą.
„Kiedy słyszę uogólnione opinie o płatnym szkolnictwie wyższym, chce mi się śmiać i płakać jednocześnie” – mówi Ala. Na własnej skórze odczuła, jak różne mogą być to studia, i diabeł wcale nie tkwi w szczegółach.
Na studiach pedagogicznych oczekiwania nie były specjalnie wygórowane, co oczywiście odbijało się na poziomie studentów. Niektóre momenty jej trzyletniej przygody z pedagogiką wyglądały po prostu źle i blisko im było do stereotypu zaocznych studiów w prywatnej szkole.
Psychologia w Warszawie to zupełnie inna historia i to pod każdym względem. Co dwa tygodnie Ala pakuje walizkę i na weekend rozstaje się z mężem. Finansowo wspiera ją rodzina. Comiesięczna pensja (pracuje w dziale administracyjnym jednego z największych przedsiębiorstw w województwie) wystarcza co prawda na przejazdy, utrzymanie w Warszawie i książki, ale gdyby wszystkie opłaty miała pokrywać sama, pewnie nie dałaby rady. Organizacyjne i finansowe przeszkody nie zmniejszają jej determinacji. Wie, za co płaci i na co poświęca swój czas. Realizuje marzenie jeszcze z czasów licealnych i dzisiaj jest przekonana co do słuszności tej drogi. Już planuje studia podyplomowe.
Uczelnia warszawska zapewnia znakomicie przygotowanych wykładowców, w tym wielu wybitnych profesorów, z którymi kontakt (mimo że najczęściej mejlowy) jest wręcz wzorowy. Studenci są traktowani jak dorośli ludzie o stosunkowo jasno sprecyzowanych celach, inaczej niż w przypadku większości studiów, na które idą 19-latkowie. Wymagania są naprawdę duże i sporo pracy trzeba wykonać samemu. Bardzo pomaga w tym informatyzacja studiów.
Ala nie twierdzi, że jej psychologia w Warszawie to raj na ziemi – na przykład kontakty z administracją uczelni w weekend bywają trudne, poza tym bardzo dużo czasu spędza w pociągach. Wie jednak, że teraz gra w zdecydowanie wyższej lidze niż podczas licencjatu. „Potocznymi wyobrażeniami o płatnej nauce w ogóle się nie przejmuję, robię swoje. Wiem, jak przerażająco niski poziom prezentują niektóre szkoły, sama tego doświadczyłam. Ale wiem też, że studia zaoczne nie zawsze oznaczają dno”.
|
|
| fot. Reporter |
Bez taryfy ulgowej
W 2007 roku zaczęła tam studiować prawo w systemie zaocznym.
Nowe studia traktuje dość swobodnie, co nie znaczy, że się nie przykłada (jak dotąd ma wyższą średnią niż na psychologii). Po prostu nie wie w tej chwili, jak dokładnie wykorzysta wiedzę prawniczą, nie ma jednak wątpliwości, że będzie z niej pożytek. Jeśli studiowanie czy – ogólniej – zdobywanie wiedzy potraktować jako hobby, przypadek Anety należałby do tej kategorii. Można by zapytać, po co nakładać na siebie zobowiązania przez pięć lat i dodatkowo za to płacić, skoro to hobby. Jak mówi: „Są oczywiście inne sposoby, jak choćby studia podyplomowe, ale ja chcę mieć przed sobą wiele możliwości. Studia pięcioletnie otwierają zdecydowanie więcej drzwi niż jakiekolwiek inne”.
Zjazdy ma co dwa-trzy tygodnie. Są to studia, na których samemu konstruuje się program, w zależności od zainteresowań. Warunkiem jest minimum punktowe określone na 60, co w praktyce oznacza średnio cztery przedmioty na semestr. Rok zaocznego prawa na Uniwersytecie Jagiellońskim kosztuje 4400 złotych. Za pierwszy zapłacili rodzice Anety, reszta spoczywa już wyłącznie na jej barkach. Pracuje teraz w jednym z krakowskich banków, dla wrocławskiej firmy medycznej oraz prowadzi szkolenia. Pieniędzy na naukę nie powinno jej zabraknąć, choć, jak sama przyznaje, jest to odczuwalne obciążenie dla domowego budżetu.
W porównaniu ze studiami dziennymi ma mniej zajęć, dlatego musi więcej pracować w domu. „Merytorycznie poziom jest wysoki, nie mam zastrzeżeń. Prowadzący są ci sami co na studiach dziennych i nie zauważyłam, żeby ktoś nas lekceważył” – mówi Aneta.
To, co różni studentów dziennych i zaocznych, to wyniki w sesji. Wszyscy studenci piszą egzaminy razem i widać, że poziom trudności jest podobny. Ze wstępu do prawoznawstwa w pierwszym terminie ocenę niedostateczną dostało 30% studentów dziennych, na zaocznych 30% zdało. Wynika z tego, że nie ma taryfy ulgowej dla tych, którzy płacą. „Jeśli dwie osoby na studiach dziennych i zaocznych mają taki sam wynik z egzaminu, to sądzę, że nie ma między nimi różnicy” – podsumowuje Aneta.
|
|
| fot. Forum |
Ogólnie ze studiów jest zadowolona, choć oczywiście są i ciemne strony. Dotyczą one głównie spraw organizacyjnych – niektóre rozwiązania trudno zrozumieć, jak choćby to, że egzaminy są w tygodniu. Żeby do nich przystąpić, Aneta musi brać wolne w pracy.
Jakiekolwiek uogólnienia na temat studentów płacących za naukę Aneta uważa za kompletne nieporozumienie. „Mam na roku fantastycznych, bardzo ciekawych ludzi. Ale są też tacy, których rodzice są prawnikami i nie mając własnego pomysłu na życie, poszli na te studia. Niektórzy mieli pecha i zabrakło im kilku punktów, by studiować na dziennych. Jak to uogólnić?”
Dziegieć i miód
Mówiąc o studiach płatnych, trzeba pamiętać, że jest to mocno zróżnicowany teren. Studenci uczący się na przykład zaocznie w najlepszych polskich szkołach wyższych padają ofiarą stereotypów, które w wielu wypadkach są tak samo złudne, jak przepowiednie wróżek. Uproszczenia są wygodne, ale zazwyczaj krzywdzące.
Powody, dla których młodzi ludzie decydują się na studia płatne, dodatkowo komplikują sprawę. Dla niektórych jest to jedyna możliwość zdobycia wyższego wykształcenia, ponieważ sami muszą zarabiać na utrzymanie. Inni wybierają taki tryb z nadzieją na lekkie pięć lat, są wreszcie i tacy, którzy decydują się na opłacanie czesnego ze względu na to, co daje uczelnia. Nie mam wątpliwości, że wśród studentów niestacjonarnych są ambitni i absolutnie świadomi swojej drogi ludzie, zdobywający wiedzę w miejscach, gdzie jest ona wartością podstawową.
Nie potrafię określić, ile jest takich szkół. Zdrowy rozsądek podpowiada jedynie, że stanowią one mniejszość. Te, które rzeczywiście dbają o poziom studentów, są jak łyżka miodu w beczce dziegciu. A, jak wiadomo, obu substancji nie powinno się mieszać.










