|
|
| Joanna Latacz mieszka w małej miejscowości w województwie śląskim. Jest nauczycielką. Dwie z trzech jej córek są stypendystkami Krajowego Funduszu na rzecz Dzieci, instytucji wspierającej rozwój dzieci wybitnie zdolnych. fot. archiwum prywatne |
Gdy po raz pierwszy usłyszałam, że mam wybitnie uzdolnioną córkę, wyrastającą w przedszkolu ponad inne dzieci, wcale nie czułam jedynie radości. Pojawił się też problem i pytanie: czy posłać dziecko wcześniej do szkoły?
Do każdego liceum
Córka intelektualnie przewyższała swoich rówieśników o co najmniej dwa lata, ale emocjonalnie już nie. Gdyby poszła do szkoły, mogłyby zacząć się problemy emocjonaln. Intelektualnie pasowałaby do starszych kolegów w klasie, ale emocjonalnie byłaby od nich znacznie młodsza. Jej koleżanki i koledzy szybciej by dojrzewali, szybciej rośli itd. Mogłaby nie poradzić sobie w grupie.
Pozostała z rówieśnikami. Później jednak, chodząc już do szkoły, zarówno ona, jak i pozostałe nasze córki nudziły się na lekcjach. Idąc za radą psychologa, zapełnialiśmy im wolny czas po lekcjach. Woziliśmy je na przykład do szkoły muzycznej oddalonej o 25 kilometrów – tak przez sześć lat, kilka razy w tygodniu. Brały też udział w zajęciach sportowych.
Po skończeniu szkoły podstawowej córki dojeżdżały 20 kilometrów do gimnazjum. Ta szkoła jednak nie spełniła w pełni ich oczekiwań. Była to szkoła prywatna, ale nie różniła się od tego, co działo się w podstawówce: główny nacisk kładło się na pracę ze średnimi i najsłabszymi uczniami. Nigdy nie przyznano moim dzieciom indywidualnego toku czy programu nauczania. W drugiej klasie Basia, młodsza córka, została laureatką dwóch konkursów przedmiotowych i tak naprawdę było jej wszystko jedno, co będzie robiła w klasie trzeciej – mogła być już przyjęta do każdego liceum w kraju. Dyrektor przymknął oko na to, że Basia wybiera sobie lekcje, a na matematykę i fizykę chodzi do liceum, które było w tym samym budynku.
Dostrzec uzdolnionych
Wybór liceum był już bardziej świadomy. Córki trafiły do szkół, w których wszystko powinno być jak należy. W każdym większym mieście są licea, które przodują w rankingach. Tam trafiają dzieci z najlepszymi wynikami z gimnazjum. To szkoły, gdzie można spotkać swojego mistrza, czyli nauczyciela, który jest zaangażowany i zainteresowany rozwojem swoich podopiecznych.
Cóż, wiem, że generalnie nauczyciele nie są przygotowani do kontaktów z uzdolnionymi dziećmi. Od lat pytam adeptów zawodu nauczycielskiego, którzy przychodzą do nas do szkoły na praktyki, czy na studiach pedagogicznych prowadzone są zajęcia z pedagogiki czy psychologii, które mogą pomóc w prowadzeniu zajęć z dziećmi nadzwyczaj uzdolnionymi. Jak dotąd nigdy nie usłyszałam, żeby coś takiego miało miejsce. Jestem nauczycielką i chciałam iść na kurs pracy z dzieckiem uzdolnionym językowo (uczę języków obcych) – ale niestety, w tak dużym województwie jak śląskie nie znalazło się 20 osób chętnych na taki kurs. Nauczyciele albo nie chcą, albo nie widzą potrzeby pracy z takimi dziećmi.
Fundusz może pomóc
Kiedyś jedna z córek zapytała mnie: „Mamusiu, dlaczego jestem inna?”. Czuła, że tak jest naprawdę. Nie mogła sobie dać z tym rady. Próbowaliśmy na swój sposób tłumaczyć, ale mimo wszystko czuła się wyobcowana. Problem się skończył, gdy trafiła na tygodniowy obóz Krajowego Funduszu na rzecz Dzieci. Wróciła z niego odmieniona. Wreszcie spotkała dzieci, które myślą podobnie, mają podobne zainteresowania i problemy: brak akceptacji w środowisku, zrozumienia u nauczycieli. Te dzieci, tak jak Basia czy Agatka, myślą dużo szybciej, szybciej przyswajają wiedzę, zauważają rzeczy, których inni nie potrafią zauważyć. I dostrzegają problemy tam, gdzie inni ich nie widzą.
Dla mnie od początku moje dzieci były całkiem normalne. Były wygadane, ciekawe świata, wcześnie nauczyły się czytać, liczyć itd., ale to się zdarza nawet przeciętniakom. Dopiero gdy średnia córka Basia, chyba w czwartej klasie podstawówki, osiągnęła sukces w konkursie matematycznym, zaczęłam szukać pomocy i wsparcia w pracy z takim dzieckiem. Miejscowa poradnia psychologiczno-pedagogiczna niewiele mi pomogła – określili jedynie iloraz inteligencji. Szukałam dalej. Wiedziałam o istnieniu Funduszu, zadzwoniłam więc tam z prośbą o adres jakiejś poradni, która specjalizuje się w pracy z dziećmi zdolnymi. A oni, zamiast podać mi adres, kazali zgłosić córkę do Funduszu. I dopiero wtedy, kiedy Basia została objęta pomocą Funduszu, dotarło do mnie, kogo mam w domu. Rok później zgłosiliśmy też Agatkę. Szkoda, że nie miałam tej wiedzy, gdy najstarsza Ania, dziś już studentka, miała 10 lat.
Gdy Ania miała półtora roku, nie tyle mówiła, co wręcz „pyskowała”. Była bardzo ciekawa świata, bardzo żywa, wszędzie było jej pełno. Jednak, gdzie tylko się pojawiała, była strofowana. I u dziadków, którym nie podobało się, że taki berbeć pyskuje, i w szkole, gdzie powiedziała coś nie tak nauczycielowi – wszędzie słyszała: „Jesteś niedobra, przestań tyle gadać”. Jej naturalne zdolności były tępione, a nikt nie postarał się, by tę energię pozytywnie wykorzystać. Nic więc dziwnego, że takie dziecko zamyka się w sobie. Ania uciekła w swój świat, w książki. Miała świetne stopnie, ale była cicha, jakby nieobecna. Mając kontakt z Funduszem i z wieloma rodzicami, zaczęłam się zastanawiać, co się stało z moim dzieckiem, które jeszcze w wieku siedmiu lat było otwarte, ciekawe świata, pełne życia, a nagle wydaje się zahamowane, zakompleksione. Trzeba było ją potem przez wiele lat leczyć z tych kompleksów.