![]() |
| Beata, Artur i Franek Barcisiowie fot. MIKOŁAJ GOSPODAREK |
Gdy Artur Barciś umawiał się z nami na rozmowę, brał pod uwagę przede wszystkim pracę i czas żony oraz zajęcia dorosłego syna. Dopiero w ostatniej chwili wspomniał, że sam gra w dniu naszej rozmowy spektakl w Teatrze Ateneum. Rodzina jest, jak zawsze u niego, na pierwszym planie.
◗ Jak się Państwo poznali?
Artur Barciś: Wracaliśmy razem autokarem z planu filmowego. Żona była asystentką montażystki w filmie, w którym grałem. Gdy zatrzymaliśmy się na wypoczynek, zobaczyłem anioła schodzącego po schodach autobusu. Kiedy tylko autokar ruszył, dosiadłem się do mojej przyszłej żony. I natychmiast się oświadczyłem!
Beata Barciś: Ale od razu się nie pobraliśmy [śmiech]. Potraktowałam to jako żart!
◗ Kiedy przestała to Pani tak traktować?
Artur: Niewiele później! Wkrótce umówiliśmy się na randkę. Moja przyszła żona spóźniła się 40 minut. Stałem w deszczu, ale czekałem… Potem powiedziała, że nie mogła się zdecydować, w co się ubrać.
◗ Podobno przyszła teściowa miała wątpliwości co do małżeństwa dlatego, że Pan był aktorem. Przecież Pani też wykonywała artystyczny zawód…
Beata: Mama nie miała pojęcia o pracy w telewizji przy montażu filmów, natomiast fama głosiła, że aktorzy to są ci, którzy piją, biją i zdradzają żony. Nie było wprawdzie prasy kolorowej, ale…
Artur: Były życzliwe sąsiadki!
Beata: O aktorach mówiło się wtedy w Polsce tak źle, jak chyba o żadnej innej grupie zawodowej.
◗ Czy w Państwa rodzinach były wcześniej tradycje artystyczne?
Artur: Odziedziczyłem zdolności po ojcu, który nie został wprawdzie zawodowym aktorem, ale miał wielki talent i założył u nas, na wsi pod Częstochową, teatr. Jego największy sukces to wystawienie spektaklu Grube ryby, w którym także grał. Dziś historia zatoczyła koło i ja też występuję w tej sztuce w warszawskim Teatrze Polonia. Nawet gram tę samą rolę, którą grał mój tata. Niestety, nie zdążył już zobaczyć tego spektaklu, zmarł ponad pół roku temu.
Beata: Moja rodzina nie miała tradycji artystycznych, chyba że uznamy za nie… ogrodnictwo. Dziadek był ogrodnikiem przy kościele franciszkanów w Warszawie. A mój pradziadek to jeden z założycieli Parku Traugutta! Pełnił też funkcję nadleśniczego lasów na Kole. Jeśli więc uznamy ogrodnictwo za sztukę, to takie tradycje w mojej rodzinie były.
Artur: Zapewniam, że ogrodnictwo w wykonaniu mojej żony jest sztuką.
◗ W jaki sposób przekonał Pan do siebie przyszłą teściową, nieakceptującą zięcia aktora?
Artur: Wziąłem ją na czas [śmiech]. Przekonało ją to, że byliśmy razem przed ślubem dwa i pół roku. Nie poddaliśmy się. Zobaczyła, że to wielka miłość. Gdyby nam nie pozwolono, i tak byśmy się pobrali.
◗ Miejsce, w którym wzięli Państwo ślub, jest podobno dla Pani szczególne.
Beata: Tak, to kościół Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny na Nowym Mieście w Warszawie, bardzo ściśle związany z losami niemal całej mojej rodziny i ze strony mamy, i ojca. To tu przyjęli chrzest, przystąpili do Pierwszej Komunii i pobrali się moi rodzice, którzy zresztą mieszkali w kamienicy na Nowym Mieście. Ja też zostałam ochrzczona w tej zabytkowej świątyni, jednej z najstarszych w Warszawie. Co ciekawe, w sąsiednim zakonnym kościele na Nowym Mieście moja ciocia była zakonnicą. Niemal cała jej rodzina zginęła w powstaniu warszawskim i ciocia stwierdziła, że Pan Bóg potrzebuje… hafciarki. Zdecydowała się więc wstąpić do zakonu. Przepięknie haftowała…
◗ Pana dom rodzinny był na wsi, pod Częstochową. Czy to, że wychował się Pan w pobliżu Jasnej Góry, sprawiło, że Pan częściej pielgrzymował do maryjnego sanktuarium?
Artur: Oczywiście, rodzice nieraz mnie tam prowadzili. Nie traktowałem tego jednak jak pielgrzymki, znałem to miejsce jak własną kieszeń. Od wczesnego dzieciństwa bywałem na Jasnej Górze bardzo często. Częstochowa była dla nas czymś bliskim i naturalnym! A kiedy „zagrała” w Potopie, rozpierała nas duma, że to nasza Jasna Góra! Gdy stanie się na pagórku na polu należącym do mojej rodziny, to z daleka widać sanktuarium jak na dłoni!
◗ Dziś mają Państwo swój wymarzony dom, ale ponoć nie od razu było tak pięknie. Pan obiecał żonie podróż poślubną do Hiszpanii. Podobno zarobił Pan na nią, pracując fizycznie w Niemczech. Nie cierpiała aktorska duma?
Artur: Ależ praca w Niemczech to była absolutna rozkosz w porównaniu z wcześniejszą harówką w Nowym Jorku. Wyjechałem tam, by zarobić na wykupienie mieszkania i na samochód (malucha, którym potem pojechaliśmy do Hiszpanii). W Niemczech miałem szczęście. Tylko jeden dzień pracowałem na zmywaku, ale już drugiego dnia awansowałem na kuchcika, bo okazało się, że mam smykałkę do gotowania. Zarobione pieniądze spokojnie wystarczyły na podróż, w Polsce musiałbym pracować cały rok, by tyle zarobić.
Beata: Wtedy zarabiało się dużo mniej. Gaża za pierwszą poważną rolę u Krzysztofa Kieślowskiego w filmie Bez końca wystarczyła mężowi na kupienie sprzętu muzycznego, takiej zwykłej wieży. Wtedy prawie wszyscy koledzy wyjeżdżali na Zachód, żeby zarobić na urlop czy samochód.
◗ Chociaż nie było lekko, odmówił Pan jednak zagrania w filmie, który opowiadał o ludziach z Solidarności mordujących milicjantów. Czy to była trudna decyzja?
Artur: Faktycznie wtedy nam się nie przelewało, ale nie miałem wątpliwości, że nie chcę grać w filmie robionym przez reżim. Scenariusz przeczytałem tylko dla formalności. Bojkot telewizji w stanie wojennym to był jednak dla młodych aktorów trudny moment. Zabrakło trampoliny, od której można by się odbić.
◗ Dziś nieraz Pan odmawia grania w reklamach i nawet wspiera Pan w takich decyzjach kolegów. Czy rezygnowanie z pokusy zarobienia łatwych pieniędzy jest trudniejsze niż np. decyzja odmowy grania w stanie wojennym?
Artur: Dziś to nie są takie trudne wybory. Mamy co jeść, nie jesteśmy biednymi ludźmi. Nie zastanawiam się, ile kosztuje jajko. Mam dobry samochód, mój syn jest zabezpieczony finansowo. Gdy biorę udział w jakimś przedsięwzięciu, staram się oceniać, czy straty, jakie poniosę, nie są zbyt wielkie w porównaniu z pieniędzmi, które zarobię. Bo jeśli będę pokazywany jednocześnie we wszystkich stacjach telewizyjnych, widzów nie zainteresują już moje przedsięwzięcia artystyczne. To zbyt wysoka cena dla aktora! Nikogo, kto występuje w reklamach, nie potępiam. Jeśli jednak któryś z przyjaciół, którym przecież dobrze życzę, pyta mnie, czy wystąpić np. w reklamie, to radzę mu, żeby się zastanowił, czy to mu nie zaszkodzi. Staram się radzić uczciwie – z myślą o karierze znajomych.
![]() |
| fot. MIKOŁAJ GOSPODAREK |
◗ Także Pana syn dał się ostatnio poznać jako… uczciwy człowiek. W mediach było głośno o tym, że Pan, Panie Franku, zwrócił bankowi niebotyczną sumę, która przez pomyłkę trafiła na Pana konto studenckie.
Franek Barciś: Nie byłem jeszcze wtedy studentem, to się stało na wakacjach po maturze. Pewnego dnia znalazłem na swoim koncie bankowym dwanaście milionów pięćset osiemdziesiąt siedem tysięcy sześćset trzydzieści dwa złote! To, co wtedy poczułem, trudno opisać. Zaskoczenie to bardzo małe słowo. Zadzwoniłem do taty z pytaniem, co robić. Sytuacja była zupełnie niewytłumaczalna. Tata, tak jak myślałem, kazał mi całą sumę zwrócić bankowi. Oddałem te pieniądze co do grosza.
Artur: Media sugerowały, że mogliśmy ubiegać się o jakąś sumę od banku, coś w rodzaju znaleźnego. Ale nam to nawet nie przeszło przez myśl.
◗ W jakich sprawach radzi się Pan taty, a w jakich mamy?
Franek: U nas w domu za finanse odpowiada mama. To do niej najpierw dzwoniłem po radę w tej dziwnej sprawie z bankiem, ale nie odbierała, dlatego potem zatelefonowałem do taty.
◗ Ale są jakieś sytuacje, w których radzi się Pan ojca?
Franek: Na przykład dzielimy się wzajemnie recenzjami filmowymi. Dużo rozmawiamy o tym, na co iść do kina, a co sobie odpuścić. Teraz, kiedy mieszkam sam, w innym mieście, bo studiuję w Łodzi reżyserię montażu, dużo rozmawiamy przez telefon.
Artur: Radzisz się też w sprawach sercowych!
Beata: Ale to raczej nie jest temat na wywiad [śmiech].
◗ A czy praca taty jest tematem rodzinnych rozmów, czy raczej nie przenosi Pan pracy do domu?
Artur: Jeśli mam jakieś zawodowe problemy czy dylematy, to jako pierwsi słyszą o nich żona i syn. Także pierwszym recenzentem felietonów, które piszę na swoją stronę internetową albo do gazety, jest żona, a potem Franek. Ponieważ teraz nie mieszkamy razem, felietony wysyłam synowi e-mailem. Nawet dziś poprawiał mi błędy stylistyczne, bo ortograficznych raczej nie robię. Franek jest mistrzem języka polskiego. Kiedy uda mi się go złapać na jakimś błędzie, mam ogromną satysfakcję.
Franek: Obaj z tatą uważamy się za purystów językowych i śledzimy potknięcia różnych osób w mediach. Dbamy o kulturę języka.
Artur: I dyskutujemy z zapałem o takich kwestiach jak dopełniacz partytywny.
◗ Pani zapewne doradza mężowi w kwestiach aktorskich albo montażu?
Beata: Bardzo żyję rolami męża, ale staramy się nie pracować razem przy filmach. Obecnie na przykład koleżanki montują serial Doręczyciel, w którym mąż gra główną rolę, dosłownie obok miejsca, w którym pracuję. Tak się składa, ale to jest bardzo dobre. Dla nas i dla tych tytułów. Montaż jest sztuką, który obnaża wszystko, widać wszelkie niedoskonałości. Może chcąc podświadomie wyeksponować męża czy uchronić go przed złymi ujęciami, robiłabym to ze szkodą dla filmu? Czasem trzeba dla dobra całości usunąć cały wątek. Nie wiem, czy gdybym wycinała świetnie zagrane sceny z udziałem męża, nie zadrżałaby mi ręka? I serce… To byłoby nieprofesjonalne.
◗ Skoro tak poważnie traktują oboje Państwo swoją pracę, w jaki sposób udało się wychować syna?
Beata: Gdy Franek był młodszy, pracowałam dużo mniej.
Artur: Prosiliśmy też dziadków o pomoc. Byli na każde zawołanie. Teściowa, o której wcześniej mówiliśmy, zawsze była dla Franka aniołem. Odbierała go na przykład ze szkoły. I dziś czuje się nawet nieszczęśliwa, że już tak nie może mu pomagać.
◗ A jaki jest u Państwa podział domowych obowiązków?
Artur: Każdy robi to, co umie. Żona np. nie potrafi szyć, więc jak trzeba podszyć zasłony, to ja podszyję. Z gotowaniem różnie bywa. Beba [Beata] świetnie gotuje, ale podejrzewam, że woli, bym robił to ja. Dlatego, choć ona przygotowuje fantastyczne pasztety na Wielkanoc czy gotuje najlepszą zupę na świecie, na co dzień to ja zajmuję się kuchnią. Za to w ogóle nie dotykam finansów! Nie potrafię wypełnić PIT-u i zapewne zdefraudowałbym wszystkie nasze pieniądze!
Franek: A ja naprawiam komputery i pomagam rodzicom w angielskim [śmiech].
Artur: Tak, gdy coś skasuję w komputerze, to choć się na komputerach trochę znam, bo nawet prowadzę własną stronę internetową www.barcis.pl, to wtedy często dzwonię do Franka.
Beata: Syn fantastycznie sprawdza się też jako tłumacz. Gdy montuję film (a obecnie jest to materiał o kompozytorze Panufniku, którego bohaterem jest syn artysty, Jeremy, niemówiący po polsku), często dzwonię zapytać, co znaczy jakieś angielskie słowo.
◗ Czy zdarzają się Wam jeszcze wspólne wakacje?
Artur: Byłem z żoną i synem w Australii na sylwestra. Miałem lecieć sam na chrzciny syna przyjaciela (byłem ojcem chrzestnym), ale nie wyobrażałem sobie Nowego Roku bez rodziny. Kiedyś mieliśmy obaj z Frankiem wolny tydzień i wybraliśmy się razem do Londynu. Każdy wieczór spędzaliśmy w teatrze na innym musicalu, bo to jest nasz ulubiony gatunek.
◗ A w tym roku będą wspólne wakacje?
Artur: Franek pojedzie sam, planuje podróż z przyjaciółmi po Europie.
◗ Kiedyś marzyli Państwo o Ameryce Południowej…
Beata: To ja marzę o takim wyjeździe, ale jakoś nie możemy się zgrać.
Artur: Albo ja mam premierę lub próby w teatrze, albo – gdy mam chwilę wolnego – żona pracuje…
![]() |
| fot. MIKOŁAJ GOSPODAREK |
◗ Czy nie przeszło Państwu przez myśl, aby żona przestała pracować, gdy Pan stał się bardzo popularny, np. dzięki Ranczu, Miodowym latom czy teraz Doręczycielowi?
Artur: Żona zawsze chciała pracować, między innymi z tego powodu mamy tylko jedno dziecko. Jest ambitna i bardzo utalentowana. Szanuję jej decyzję. Rozumiem, że nie chciała być tylko żoną Artura Barcisia. Jestem bardzo dumny z jej sukcesów.
Beata: Dzięki mężowi mam tę szczęśliwą sytuację, że nie muszę przyjmować w pracy wszystkich zleceń. Pracuję w Telewizji Polskiej, w której powstaje mnóstwo różnych programów. Nawet w telewizji publicznej są takie, pod którymi nie chciałabym się podpisać. Dzięki temu, że Artur tak dużo pracuje, mogę robić tylko wybrane programy, np. dokumenty, które nie dają wielkich zarobków, ale są bardzo interesujące. Mogę też dłużej pracować nad czymś, co niektórzy znajomi są zmuszeni ze względów finansowych robić w miesiąc.
Artur: Ale za to efekty są fenomenalne! Żona zebrała np. wspaniałe recenzje za montaż Króla Rogera w reżyserii Mariusza Trelińskiego, który właśnie dostał Fryderyka za najlepsze muzyczne DVD.
Beata: Teraz przez kilka miesięcy montuję bardzo interesujący film o Panufniku. To niezwykła postać. Artysta, który musiał zrezygnować z kariery w tym kraju, bo nie chciał pisać kantat na cześć Stalina. Materiał powstaje w bólach, ale na szczęście nie muszę gonić… Mogę też, za małe pieniądze, wykonać równocześnie spoty dla fundacji „Budzik” Ewy Błaszczyk. Wiele osób nie chciałoby może pracować za groszowe stawki, ale ja chcę to robić, bo uważam, że trzeba też czasem dać coś z siebie innym.
Artur: Tak trzeba!
◗ Chyba w takim właśnie duchu pomocy innym wychowywali Państwo syna. Jako dziecko kwestował z Panem na Powązkach…
Artur: I co roku kwestuje ze mną! Także teraz, gdy jest już dorosły.
Beata: Zawsze stoją w tym samym miejscu, przy grobie Wisnowskiej.
◗ Takie metody wychowawcze wystarczyły?
Artur: Co jakiś czas mówiliśmy jeszcze, że warto być uczciwym i to wszystko. Wydawało nam się, że jeśli jesteśmy uczciwi, tolerancyjni i otwarci, to syn, obserwując nas, najlepiej się tego nauczy. I zrozumie, że tak właśnie warto żyć. Chyba się udało…
Franek: Rzeczywiście miałem dobre wzorce.
Artur: Nie było potrzeby go pouczać. Ciągle o coś pytał, a my zawsze traktowaliśmy go jak partnera. Nigdy nie usłyszał: „Nie, bo nie”, zawsze znał uzasadnienie naszych decyzji. Niepostrzeżenie i nieświadomie przygotowywaliśmy też Franka od dziecka do studiów w Filmówce. Mieszkał w domu, w którym ciągle słuchał rozmów naszych przyjaciół, reżyserów, operatorów. Od małego interesował się filmem. Graliśmy z nim często w taką grę o historii kina. A w montaż bawił się już od 10. roku życia. Miał swoją kamerkę, montował filmiki w komputerze. Nie spodziewałem się, że się dostanie do szkoły filmowej, bo myślałem, że nie jest przygotowany.
Beata: Na pewno zaowocowało też, że od dziecka miał kontakt ze sztuką.
Artur: Wszystkie nasze wycieczki po Europie kończyły się w muzeach. W Paryżu staliśmy z synem cztery i pół godziny w kolejce do Muzeum d’Orsay, żeby zobaczył fantastyczną wystawę. Zgodziliśmy się nawet, żeby jako gimnazjalista sam pojechał do Berlina do naszych znajomych i zobaczył wystawę Modern Art. Jedenaście godzin stał w kolejce, by ją obejrzeć!
◗ Czy swój wybór studiów konsultował z Państwem?
Beata: Tak. Myślał o Melbourne, ale to było dla mnie przerażające. Z Łodzi do Warszawy jest jednak bliżej.
◗ Trudniej być rodzicami dorosłego dziecka?
Artur: Chyba tak, bo trzeba wciąż pamiętać, że to dorosły mężczyzna, że nie można go kontrolować i nieustannie pytać, co robi. Na szczęście mamy do syna zaufanie, wiemy, że nie pali, nie używa narkotyków, nie nadużywa alkoholu. Pamiętamy, że gdy byliśmy młodzi, potrzebowaliśmy wolności.
Beata: Wiemy też, niestety, że błędne decyzje dorosłego człowieka mają poważniejsze konsekwencje niż niepowodzenia małego dziecka.
◗ A jaka jest recepta dorosłego syna na dobre relacje z rodzicami?
Franek: Nigdy się nad tym nie zastanawiałem, bo zawsze mieliśmy dobry kontakt. Może decydujące było to, że nigdy nie udawaliśmy, nie oszukiwaliśmy się. Mamy do siebie zaufanie.
◗ Bardzo dziękuję za rozmowę.









