![]() |
| fot. Michał Góral |
Przez wiele lat należeliśmy do tej samej parafii i kiedy widywałem Pana w kościele na niedzielnej Mszy św., myślałem sobie, że znani ludzie, artyści, mają również takie posłannictwo – popularyzowanie wartości przez obecność. Czy Pan miał i ma taką świadomość?
Jestem osobą wierzącą „od urodzenia”. Zostałem wychowany w tradycji katolickiej, choć gdzieś tam w zamierzchłej przeszłości w rodzinie ze strony mojej matki byli unici. Był taki jeden moment w życiu, kiedy „chwaliłem się” swoją wiarą. Kiedy przyjechałem do Warszawy z małego miasteczka pod tytułem Puławy, nikt z moich kolegów nie chadzał do kościoła, tylko ja. Przed każdym kościołem zdejmowałem czapkę. Spotykałem się ze złośliwymi uwagami kolegów. Czułem wtedy mieszaninę wstydu i chwalby, zadowolenia. Po latach uczucie zadowolenia wzrosło, kiedy zobaczyłem, że ci sami koledzy biorą śluby kościelne i chrzczą swoje dzieci.
Drugi taki moment, kiedy prawie obnosiłem się ze swoją wiarą, to był gorący czas lat osiemdziesiątych, kiedy bojkotowaliśmy środki masowego przekazu, a występowaliśmy w kościołach. Często za to bywałem wzywany za mury „Racławickiej” czy na ulicę Okrzei. Nie były to przyjemne wizyty i często zastanawiałem się, czy nie muszę zabrać szczoteczki do zębów. Ale głównym roztrząsanym problemem było wtedy: Dlaczego gram w kościołach, a nie gram w telewizji? Ja odpowiadałem, że kiedy do ludzi się strzela i bije pałkami, nie będę siedział w jednej ławce z tymi, którzy to pochwalają, a poza tym od zarania moich dziejów jestem zagorzałym katolikiem i nikt mi nie zabroni występować w kościele. „Ale wy bierzecie za to pieniądze, słyszeliśmy o dużych sumach” – odpowiadali. Ja wtedy prosiłem o nazwisko tego, który wziął pieniądze, i mówiłem, że taką osobę wyeliminujemy ze swojego kręgu. Były honoraria w postaci książek religijnych i zwrotu kosztów benzyny, gdy spektakl odbywał się daleko poza Warszawą.
To były te momenty. Ja nie jestem takim „nawiedzonym” katolikiem. Czuję w sobie niedostatek wiary, który staram się pokrywać działaniem. Mianowicie rzeźbię w drewnie, w 99 procentach rzeźby sakralne. To jest taka moja intymna rozmowa z Najwyższym. Jestem człowiekiem bardzo niecierpliwym, a rzeźbiąc, wykazuję chińską cierpliwość i skupienie. Pietę dla matki rzeźbiłem przez trzy miesiące. Taka jest moja wiara, niewystarczająca i ułomna, ale cały czas we mnie trwa.
Czyli sztuka jest dla Pana czymś metafizycznym? A chciał być Pan astrofizykiem.
Fizykiem jądrowym. Nie chciałbym swojej pracy artystycznej ubierać w jakieś mistyczne kostiumy. Ja ten zawód kocham i nienawidzę. Tyle mnie kosztował i kosztuje, że gdybym miał się jeszcze raz urodzić, to na pewno nie zostałbym komediantem. Nigdy nie doradzałem go bliskim. Co prawda syn został aktorem, ale to jego wybór. Niektóre wnuki też wykazują takie ciągotki.
A jeden z Panem rzeźbi.
Dwóch wnuków ze mną rzeźbi. Najstarszy, Filip, choć ostatnio trochę się zaniedbał w tym względzie i średni – Kubuś. Może przejmą po mnie tę pałeczkę amatorskiej sztuki. Rzeźbi również mój syn.
Wiara, wartości, które wyniósł Pan z domu, są czymś oczywistym? Czy wiara w Pana przypadku miała chwile załamania?
Nie zostałem obdarowany łaską wiary ufnej, ślepej. Moja wiara jest pełna wątpliwości, zakrętów, krytyki. Msza św. jest rodzajem przedstawienia. Ono może być albo dobre, albo złe. Mistrzem był nieodżałowany Jan Paweł II. On wiedział, jak Msza powinna wyglądać, jak długo trwać, ile powinno być w niej celebry, a ile prostoty. U nas różnie z tym bywa, raczej gorzej niż lepiej.
Pan Bóg stawia na naszej drodze różne osoby. Czy napotkani ludzie odegrali jakąś znaczącą rolę w Pana życiu?
Przede wszystkim mama. Ojciec zginął w Powstaniu Warszawskim, nie znałem go. Mama otworzyła mi oczy na świat, na sztukę, na wiarę, godziwe traktowanie bliskich. Mam do siebie pretensję o to, że nie jest u mnie tak różowo z tą miłością bliźniego, szczególnie podczas jazdy samochodem (śmiech).
A później? W wyborze drogi życiowej, w trudnych sytuacjach?
Trudno mi tak kogoś zdecydowanie wyróżnić. Pamiętam Zbigniewa Kędzierskiego, inżyniera budownictwa wodnego, który był wspaniałym człowiekiem sztuki. Był reżyserem, robił znakomite scenografie, robił kukiełki, pisał muzykę. Genialnie uczył mówienia Norwida. Jego sposób interpretacji do dziś hołubię. To był biurowy kolega mojej mamy. Razem wykonywali syzyfową pracę, a mianowicie budowali tamy, które pierwsza powódź rozwalała i wtedy budowano następne. Nie były to tamy betonowe, więc Wisła sama żłobiła w nich swoje koryto.
Kazimierz Kutz jest wspaniałym człowiekiem sztuki, którego dane mi było spotkać na swojej drodze. Także Tadeusz Konwicki, u którego grałem w filmie Matura. Do reżyserów filmowych miałem szczęście. Otrzymywałem role od Andrzeja Wajdy, Janusza Zaorskiego, Antoniego Krauzego – reżysera, u którego zagrałem w kultowym filmie dla młodych filmowców Palec Boży.
I oczywiście był Gustaw Holoubek, dzięki któremu poszedłem tą, a nie inną drogą zawodową. Kiedy byłem mały, namiętnie słuchałem radia. Kiedyś usłyszałem przepiękną legendę o Rabbim i Golemie. Rabbi tchnął w Golema życie. Jednak po jakimś czasie Golem chciał górować nad Rabbim i ten go uśmiercił. Ten motyw pojawia się w Królu Learze. Golem rodzi się i umiera ze strasznym rykiem. Szekspir pisze, że człowiek rodzi się i umiera z płaczem. Tą legendę czytał właśnie Holoubek. On stał się moim przewodnikiem. Mój syn w wywiadach też mówi, że Holoubek był jego mistrzem. Nie tylko nauczycielem, ale i przyjacielem. Taka była jego siła. Był mistrzem dla kilku pokoleń. Tak cudownie mówił polskim językiem, że kiedy napisał swoje wspomnienia, natychmiast je pochłonąłem i stwierdziłem, że to jest współczesny Romain Rolland i jego Colas Breugnon. Gucio tak pięknie wymalował historie miłości, rozkosze podniebienia. To wspaniałe. Bardzo mi go brakuje. Cały czas.
A czy negatywne doświadczenia związane z innymi ludźmi, cierpienie, które czasem jest nam przez innych zadawane, ma sens? Co takie doświadczenia wnoszą do naszego życia? Jak Pan sobie z nimi radzi? Jak to właśnie jest z tą miłością bliźniego?
Ten brak miłości bliźniego w moim przypadku jest raczej elementem humorystycznym. Nie otwieram przecież szyby w samochodzie i nie wyzywam innych ( śmiech). Ale tak poważnie. Nie było wiele takich negatywnych spotkań. Ja raczej wierzę w ludzi i nawet w najgorszym usiłuję znaleźć człowieka. Może to jest naiwne. Czasem za to obrywałem, ale niech mi Opatrzność pozwoli takim pozostać.
![]() |
| fot. Michał Góral |
Ma Pan bardzo bogatą filmografię. Mnóstwo ról zagrał pan w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. To był czas, kiedy trudno było otwarcie mówić o swojej wierze, przekonaniach, wartościach. Jak Panu to się udało?
Zawsze starałem się robić swoje. Nie afiszuję się, nie ma mnie w kolorowych pismach. Rzadko bywam na galach, nie przepadam za tym. Kiedy zdejmuję kostium, wracam do normalnego życia. Chwile zachłyśnięcia sukcesem miałem na samym początku kariery, kiedy dostałem nagrodę im. Zbigniewa Cybulskiego, propozycję zagrania w niemieckim filmie. Szybko mi to przeszło i, mam nadzieję, nie wróciło. Pokora jest w życiu niezwykle potrzebna.
To też jest jakiś dar – umiejętność uniezależnienia się od sukcesu.
Pewnie tak, ale myślę, że jeśli ma się chociaż ze trzy szare komórki, to można sobie jakoś z tym problemem poradzić (śmiech).
Czy w życiu jesteśmy sami kowalami własnego losu, czy jesteśmy prowadzeni?
Jedno i drugie, wszystkiego po trochu. Bez wątpienia jesteśmy prowadzeni. W moim życiu ilość szczęśliwych zdarzeń jest niewspółmiernie duża w stosunku do tego, na co w moim mniemaniu zasłużyłem. Z moimi warunkami zewnętrznymi udało mi się zaistnieć w zawodzie. Nie zagrałem wprawdzie kilku ról, o jakich marzyłem – wielkich ról szekspirowskich: Ryszarda III, Makbeta czy Hamleta, ale Króla Leara już dotknąłem.
Miałem sporo szczęścia. Ono jest potrzebne. Co do bycia kowalem własnego losu… Jestem człowiekiem, który nie wchodzi w układy, nie zabiega o role, nie zaprzyjaźniam się nadmiernie, choć mam przyjaciół, z którymi znajomość trwa całe lata. Ale kiedy dostaję od losu szansę, przepłynę wpław do Australii, a ją wykorzystam. Potrafię być niesłychanie pracowity. Czasem dzień miewam wypełniony od rana do wieczora. Na szczęście potrafię też być uroczo leniwy i wylegiwać się na kanapie.
Czy przy takiej ilości pracy miał Pan czas dla dzieci?
Być może moja żona ma na ten temat inne zdanie, ale ja uważam, że miałem czas dla dzieci. Jako chłopak z ubogiej rodziny sam sobie robiłem zabawki. Nie zawsze „pokojowe” – były to łuki ze strzałami, które miały groty z pocisków znajdowanych w lesie. Któregoś dnia taka strzała wystrzelona przez mojego kolegę utkwiła mi w czole, tuż nad okiem. Uprawialiśmy szermierkę zaostrzonymi prętami. Robiłem też kusze. Takie kusze robiłem też dla moich dzieci i robię dla wnuków. Mimo moich lat czasem czuję się chłopcem.
Wracając do poważnych tematów: Przeczytałem w jednym z wywiadów, że budzi się Pan ze świadomością tego, że Pan umrze.
To jest moja codzienna obsesja, do której zdążyłem się już przyzwyczaić. Od 17. roku życia mam permanentną obsesję śmierci. Wiem, że będę musiał odejść. Co tam jest? To jest dylemat. Nie jest to przyjemne, ale przez tyle lat oswoiłem się z tym do tego stopnia, że być może kiedyś przyjmę to ze spokojem.
Ale nie niszczy to Pańskiego codziennego życia?
Nie. Bardziej paraliżują mnie odejścia bliskich i znajomych.
Święty Paweł mówi: „Teraz widzimy niewyraźnie jak w zwierciadle, potem będziemy oglądać twarzą w twarz. Teraz poznaję po części, potem poznam tak, jak sam zostałem poznany”.
Pięknie powiedziane. Ranga osoby skłania do tego, aby głęboko się nad tym pochylić i uwierzyć, ale wątpliwości pozostają.
Ale one są niezbędne.
No tak. Ale zdarzało mi się usłyszeć, że moje wątpliwości dotyczące życia po śmierci nie kwalifikują mnie do otrzymania rozgrzeszenia.
A czy kiedy odchodzą ci bliscy, ważni, ma Pan nadzieję, że pozostanie z nimi łączność?
Bardzo bym tak chciał. Zobaczyć matkę, ojca, kolegów…
Czy odczuwa Pan czasem ich pomoc?
(długa cisza) W moich modlitwach nie zabiegam o taką pomoc. Jednak w czasie modlitwy przy grobie Jana Pawła II poczułem ciepło i wyciągniętą dłoń. To było bardzo krzepiące uczucie. Przy grobie Ojca Pio zaś nie mogłem się skupić. Męczyła mnie jarmarczność tego miejsca, sposób, w jaki ludzie zamienili metafizykę w handel. Spotkałem się też kilka razy z księdzem Popiełuszką, rozmawialiśmy przyjacielsko. Mogę więc chyba powiedzieć, że znałem świętego. To był ciepły, sympatyczny, otwarty na ludzi chłopaczek. Bardzo przeżyłem jego śmierć. Jak to było naprawdę z tym morderstwem? Czy kiedykolwiek tego się dowiemy?
Prosi Pan go czasem o coś?
To jest dobry pomysł. Jest o co.
Podobno aniołowie i święci lubią, kiedy zwracamy się do nich z prośbami.
To świetna wiadomość!
Rozmowa pochodzi z albumu Michała Górala pt. „Zapatrzeni. Znanych polskich aktorów próbował poznać i uwiecznić twarzą w twarz Michał Góral”, wydanego przez Edycję Świętego Pawła. W książce można przeczytać 13 interesujących rozmów ze znanymi i cenionymi aktorkami i aktorami.