Jeżeli już musisz się buntować, to tylko przeciwko tym, których nie tak łatwo zranić. Rodzice stanowią zbyt bliski cel; zasięg jest taki, że nie sposób chybić. (Josif Brodski)
Jestem matką, która przez
lata samotnie wychowywała syna. Mój mąż odszedł od nas, gdy syn miał
zaledwie dziesięć lat. Widziałam, że brakuje mu ojca. Obecnie syn ma
dwadzieścia kilka lat. Życie mu się nie układa. Po kilku latach
małżeństwa, zawartego przypadkowo, żona odeszła z dzieckiem. Przez parę
miesięcy mieszkał z inną kobietą, ale ostatnio od niej odszedł. Czuje
się tą sytuacją upokorzony. Teraz często mnie odwiedza, ale nierzadko
zachowuje się wobec mnie nieludzko. Rani mnie swoimi uwagami na temat
mojej wiary. Zupełnie go nie poznaję. Bardzo mnie boli jego zachowanie.
Modlę się za niego. Zaczynam rozumieć, że byłam dla niego za dobra.
|

|
Józef Augustyn SJ Fot. KAI |
Człowiek
nigdy nie jest dla bliźniego „za dobry” i nie można mówić o nadmiarze
dobroci. Matka „za dobra” – jak w tym przypadku – to zastępująca syna w
tym, co powinien zrobić on sam; ponosząca odpowiedzialność, którą on
sam powinien ponosić. I choć nadmierne poświęcanie się matek należy
uszanować, to jednak jest ono bardziej wyrazem kobiecej słabości niż
rzeczywistej ofiary. Matka, która wychowuje samotnie syna, powinna nie
tylko obdarzać go macierzyńskim uczuciem pełnym ciepła, ale też dawać
mu ojcowskie wsparcie i siłę. Kiedy syn ma dwadzieścia kilka lat,
błędów wychowawczych nie da się już naprawić.
To raniące matkę zachowanie
dorosłego syna jest niewątpliwie swoistym odgrywaniem się na niej za
jego własne niepowodzenia i życiowe klęski. Ponieważ w swej męskiej
dumie nie umie uznać swoich błędów, usiłuje przerzucić odpowiedzialność
za nie na innych, zwłaszcza na matkę. Jego zachowanie to swoiste ujście
dla gniewu na siebie samego. Nie zdaje sobie jednak sprawy, że takim
zachowaniem rani bardziej siebie niż matkę.
Matka nie może zachowywać
się biernie i nie powinna litować się nad „biednym synkiem”. Jej
pasywność może jedynie rozpalać nieracjonalny, bezmyślny gniew wobec
niej. Syn usiłuje zranić matkę w miejscu, które dla niej jest
najważniejsze i najdroższe: w jej wierze. To bardzo „nieładne” i
niemęskie zachowanie. Niedobrze, jeśli matka ukrywa takie jego postawy
i zachowania. Powinna postępować wręcz odwrotnie – otwarcie mówić, na
przykład innym członkom rodziny, o brutalności syna, aby zawstydzić go
i dać mu do myślenia. Może mu też uświadamiać, że ranienie osób
bliskich, a bezbronnych, to wyraz słabości.
Jeżeli matka – pomimo
popełnionych błędów – wychowywała syna szczerze, przekazane wartości
gdzieś w nim tkwią, choć może chwilowo zostały zagłuszone. Nie powinna
tracić nadziei. Skoro syn odwiedza matkę, znaczy to, że chciałby
uzyskać od niej wsparcie i pomoc, ale nie stać go choćby na odrobinę
skruchy i pokory, aby o nie poprosić. Od matki w tej sytuacji wymagana
jest wręcz boska cierpliwość i wielka odwaga. Powinna dać synowi do
zrozumienia, że nie boi się jego brutalności.
I choć matka może robić
sobie rachunek sumienia z popełnionych błędów wychowawczych, to jednak
nie powinna się zbytnio na nich koncentrować. To nie ona jest
odpowiedzialna za nieudane życie syna i za jego frustracje.
Józef Augustyn SJ - rekolekcjonista,
kierownik duchowy, redaktor naczelny kwartalnika „Życie Duchowe”,
profesor Wyższej Szkoły Filozoficzno-Pedagogicznej „Ignatianum” w
Krakowie. Autor ponad czterdziestu książek z zakresu duchowości i
pedagogiki chrześcijańskiej.