![]() |
| Agnieszka Dzieduszycka -Manikowska. fot. Wojciech Dorosz |
![]() |
| Agnieszka Dzieduszycka -Manikowska. fot. Wojciech Dorosz |
Sudan najczęściej kojarzy nam się z przygodami bohaterów W pustyni i w puszczy – to właśnie przez ten ogromny, aż ośmiokrotnie większy od Polski kraj wiodła droga Stasia i Nel. Na początku przez pustynie zajmujące północne tereny Sudanu, zamieszkane przez Arabów, aż po bardziej urodzajne tereny południa, należące do rdzennej afrykańskiej ludności. Ten podział jest wciąż aktualny i, niestety, od lat stanowi przyczynę konfliktu.
Wojna domowa
W 1956 roku Sudan zerwał z brytyjsko-egipskim zwierzchnictwem kolonialnym i uzyskał niepodległość. Wkrótce wybuchł konflikt między północą i południem. Na ekonomiczne i rasowe podłoże konfliktu nakłada się również religia, gdyż Arabowie są prawie wyłącznie muzułmanami, a mieszkańcy południa to w dużej mierze chrześcijanie i wyznawcy religii tradycyjnych. Pierwsza wojna domowa zakończyła się w 1972 roku przyznaniem południowej części kraju ograniczonej autonomii. Jednak nasilająca się islamizacja i łamanie ustaleń spowodowały jedenaście lat później wybuch nowej wojny, w której zginęły ponad 2 miliony ludzi.
Ku pojednaniu
W styczniu 2005 roku tę straszną wojnę zakończyło porozumienie, które – poza dużą autonomią Sudanu Południowego – zakłada przeprowadzenie tam w 2010 roku wolnych wyborów, a także referendum niepodległościowego w roku 2011.
Kilkadziesiąt lat wojen doprowadziło południe do ruiny. Miliony ludzi pozbawiono domów, przesiedlenia rozbiły rodziny, zniszczeniu uległo rolnictwo, drogi i miasta. Być może północnosudański rząd zgodziłby się na oddzielenie się południa, gdyby nie odkrywane tam od 30 lat bogate złoża ropy i innych surowców. Wprawdzie porozumienie uwzględnia podział zasobów i wspólną ich eksploatację w przyszłości, jednak lęk przed utratą kontroli sprawia, iż Chartum wciąż podejmuje działania, aby powstrzymać secesję południa.
Niedawno za zakończony uznany został inny sudański konflikt – w Darfurze. Katastrofa humanitarna, która miała miejsce na zachodzie Sudanu, przez lata przyciągała uwagę światowej opinii publicznej i pomoc niemal wszystkich organizacji międzynarodowych. Konflikt na południu uwadze tej jednak umyka.
◗ Kiedy po raz pierwszy trafiłaś do Sudanu?
W 2001 roku realizowaliśmy filmy o toczącej się wówczas wojnie i dramatycznym losie uchodźców. Nigdzie nie było wody ani żadnej żywności. Spalone całe wioski, przerażeni, głodni i chorzy ludzie…
◗ Niedawno opowiadałaś mi, że teraz jest dużo lepiej, ale wiem, że nie do końca okazało się to prawdą.
Gdy kilka miesięcy temu pojechałam do południowego Sudanu, zobaczyłam, że po 22-letniej wojnie z islamistami z północy powoli i nieśmiało powraca życie. Wszędzie widać było biegające wesołe dzieci, uśmiechające się dyskretnie kobiety… Pojawiają się także pola dojrzewających ananasów, stragany z mizerną, ale gotową do sprzedaży żywnością czy produktami sanitarnymi.
Kiedy przyjechaliśmy do obozów w Torit i Yambio, witały nas rozśpiewane grupy kobiet, mężczyzn i dzieci. Przynieśli nam w darze, jak nakazuje tradycja, to, co mieli najsmaczniejszego, czyli ananasy. W wielu miejscach niczego nam jednak nie ofiarowano po prostu dlatego, że nic do jedzenia nie było. Z zakłopotaniem słuchaliśmy przeprosin… A przecież to my przyjechaliśmy, aby im ofiarować naszą pomoc, niczego w zamian nie oczekując. Oni jednak czuli się upokorzeni faktem, że nie mają nic, czym mogliby nas ugościć.
◗ Wtedy nic jeszcze nie wskazywało na to, że w ciągu paru tygodni wszystko się zmieni. Co się wydarzyło?
Pod koniec września dostałam od biskupa Eduarda Hiiboro Kussala z diecezji Tambura-Yambio w południowym Sudanie taki list: „Jestem młodym biskupem. Moja diecezja nie ma żadnych dochodów ani darczyńców, społeczność lokalna znajduje się w katastrofalnej sytuacji, ludzie dookoła są głodni – to wszystko dla mnie jest trudne do uniesienia. Agnieszko kochana, czy możesz nam pomóc?”.
Przeciągająca się susza sprawiła, że plony są jeszcze gorsze niż zwykle, pora deszczowa ma być krótka i bardzo obfita w deszcze, co może doszczętnie zniszczyć uprawy. Do tego dochodzą permanentny konflikt z islamistami z północy – chociaż oficjalnie tego konfliktu już nie ma, gdyż 5 lat temu został podpisany z nimi pokój – oraz ataki bandyckich oddziałów tzw. Armii Oporu Pana (Lord’s Resistance Army). Tu trzeba dodać, że LRA działa na zlecenie islamistów z Chartumu, którzy ją zbroją, finansują, wyposażają w telefony satelitarne. Jest to planowa eksterminacja chrześcijan na południu Sudanu, sianie chaosu i paniki w celu rozproszenia i pozbawienia poczucia bezpieczeństwa tamtejszej ludności. Od wyników referendum, które ma się tam odbyć w 2011 roku, zależy, czy południe będzie pod rządami islamistów z północy, czy nie. Ale media w ogóle na ten temat nie mówią. Opinia publiczna nic nie wie.
◗ Porozumienie pokojowe podpisano pięć lat temu. Dlaczego sytuacja jest aż tak tragiczna?
Jest tragiczna przede wszystkim dlatego, że mordowani są ludzie, że dzieci są porywane i wcielane do LRA. Nie ma znikąd pomocy ani nawet nadziei na nią. Ludzie uciekają do większych miasteczek, m.in. do siedziby biskupa w Yambio – tam bez dachu nad głową koczuje w tej chwili 250 tysięcy głodujących.
Prawie wszyscy, których spotkaliśmy podczas naszej podróży po południowym Sudanie, spędzili wiele lat w obozach dla uchodźców w sąsiednich krajach. Niektórzy tam się urodzili i nie znają ziemi swoich rodziców czy dziadków. Wskutek wojny zostali pozbawieni wszystkiego, co mieli, wykorzenieni ze swojej kultury i tradycji. Powracają teraz do pustych wiosek, gdzie ziemia, nieuprawiana od ponad 20 lat, leży odłogiem. Nie ma narzędzi, nie ma nasion ani sadzonek. Nie ma bydła, ptactwa. Nie ma niczego. Co więcej – nie ma też wiedzy, jak tę ziemię uprawiać!
Młode pokolenie nie wie, co to życie we własnym kraju, we własnej wiosce, co to normalna praca czy nauka. Powracają z pustymi rękami, jednak z nadzieją, że przecież nigdzie nie będzie im lepiej niż na ziemi, o którą walczyli ich rodzice, krewni, sąsiedzi...
Jednak – podobnie jak w innych krajach tego regionu – rodzinę trawi tam poważny kryzys. Setki lat niewolnictwa sprawiły, że poważnemu zaburzeniu uległy więzy rodzinne i plemienne. Niewolnikom nie pozwalano tworzyć trwałych związków, a ich dzieci po wykarmieniu przez matki były sprzedawane. Szczególnie nadszarpnięte zostały relacje między dziećmi a ojcami. Niewolnik nie miał żadnych praw do swoich dzieci – ani też żadnych obowiązków. Mężczyzna najczęściej swoich dzieci nawet nie widział na oczy. To przetrwało do dziś. Ojcowie często nie odczuwają żadnej odpowiedzialności za potomstwo. To także bardzo utrudnia odbudowę społeczeństwa w powojennej rzeczywistości. A ta rzeczywistość jest brutalna: szkoły, szpitale i urzędy nie działają, wokół same ruiny. Teraz jeszcze spada na ludzi następny dramat – kolejna wojna prowadzona z ukrycia, niespodziewana, w której nie wiadomo, kto jest wrogiem i kiedy zaatakuje.
◗ Czy dochodzi do bezpośrednich starć?
Tak, w jednej z parafii w diecezjibiskupa Eduarda 15 sierpnia zeszłego roku zbezczeszczono kościół, sprofanowano Najświętszy Sakramenti porwano 17 osób, głównie ludzi młodych. Po kilku dniach znaleziono ciało jednego z porwanych: było zmasakrowane i przywiązane do drzewa. Nieznany jest los pozostałych. Po tygodniu w pobliżu innej parafii znaleziono ciała 6 ludzi. Wszystkich ukrzyżowano. To nie są odosobnione przypadki, a cel jest oczywisty – pozbawienie ludzi poczucia bezpieczeństwa. Wypędzenie ich z domów i parafii.
Obecnie ponad 200 tysięcy ludzi, głównie kobiet i dzieci, pozbawionych jakiejkolwiek pomocy humanitarnej, żywności i wody, schroniło się blisko siedziby biskupa. Stracili cały, i tak bardzo skromny, dobytek, w tym mizerne środki transportu, jak rowery czy motorynki. Grozi im w tej chwili klęska głodu.
◗ Czy możemy im jakoś pomóc?
W południowym Sudanie, w rejonie Tambura-Yambio, praktycznie nie ma dziennikarzy ani dyplomatów, a wszelkie organizacje pozarządowe wycofały się. Informacje z tego kraju rzadko docierają do Europy, a i tak są zazwyczaj ignorowane przez rządy Starego Kontynentu. Tymczasem sytuacja jest naprawdę dramatyczna. Chrześcijanie, obawiający się o życie własne i swoich rodzin, coraz częściej porzucają domy i ratują się ucieczką do miast. To z kolei prowadzi do ich przeludnienia i katastrofy humanitarnej. Południe Sudanu jest nękane suszą, trudno liczyć na normalne zbiory w tym roku.
Po dramatycznych wydarzeniach w sierpniu, biskup poprosił o trzy dni modlitwy i postu w intencji pokoju, zakończone procesją pokutną. Był to bosy marsz 20 000 ludzi ubranych w płócienne wory na odcinku 3,5 kilometra w milczącym proteście przeciwko bezczynności władz wobec ataków ze strony LRA. Do modlitwy przyłączyli się wyznawcy innych wyznań, a w procesji wzięli udział także przedstawiciele władz. Procesja była skierowanym do całego świata niemym krzykiem, że sprawy w Zachodniej Ekwatorii nikogo nie interesują.
Biskup Eduardo zwraca się o pomoc, do kogo tylko może. Pisemnie do władz w Chartumie i do społeczności międzynarodowej. Prosi też o pomoc humanitarną. Apelował do CAFOD (Catholic Agency for Overseas Development) i Caritasu, ale te organizacje potrzebują 6 miesięcy na sprawdzenie sytuacji. Pojechał do Hagi i Brukseli. Nie usłyszał żadnych konkretów. Przyjechał do Polski, licząc na wsparcie katolików w naszym kraju. Czy również odpowie mu cisza?
◗ Miejmy nadzieję, że nie. Bardzo dziękuję za rozmowę.
Agnieszka Dzieduszycka-Manikowska - dziennikarka Catholic Radio and Television Network, związana z organizacją „Pomoc Kościołowi w Potrzebie”. Dokumentalistka, autorka wielu filmów o Afryce i problemach mieszkających tam chrześcijan.
Wojciech Dorosz - dziennikarz, współpracownik radiowej Trójki i CRTN.