◗ Po pojawieniu się na świecie trzeciego, czwartego dziecka znajomi zaczynają patrzeć podejrzliwie, sąsiedzi przestają się uśmiechać, świat przyszywa łatę „dzieciorobów”. To nie moja opinia, to słowa, które słyszałem od wielu rodzin. Potwierdzacie je?
Robert: W naszym środowisku „dziwactwo” zaczynało się już przy drugim dziecku. Sam się trochę przeraziłem, kiedy Dobrochna powiedziała, że będziemy mieli drugie dziecko. Pomyślałem: „Trzeba się brać do roboty”. Wiedziałem, że jako muzyk rockowy nie utrzymam rodziny. Dlatego zawsze miałem jakąś dodatkową pracę. Uczyłem się układać dachówkę, pracowałem jako sprzątacz w Peweksie. Otworzyliśmy sklep „Acid Drinkers – Shop”, byłem w nim i sprzątaczem, i sprzedawcą… Myślałem, że to wystarczy. Ale kiedy okazało się, że będziemy mieć trzecie dziecko, to już nie wyobrażałem sobie życia. Dla mnie to był koniec! Potem strach z powodu pojawienia się kolejnego potomka był tłumiony przez radość i fakty, które przychodziły razem z narodzinami kolejnego dziecka. A fakty są takie, że Pan Bóg do każdego dziecka dodaje bochen chleba.
◗ Dostaliście go w wielkiej obfitości. Przy trzecim dziecku rozważałeś porzucenie tego, co kochasz – czyli grania, dla tych, których kochasz. Tymczasem nie dość, że grasz nadal, to jesteś w tym graniu z rodziną, a wasze piosenki śpiewane są od Kamczatki po Los Angeles. Sześć platynowych płyt za „A gu gu”. Cud!
R: Tak, można to nazwać cudem. Przecież człowiek by tego nie wymyślił, nie zaplanował. Nagle wszystkie moje umiejętności producenckie, studyjne, mogły się realizować w „Arce Noego”. Tak jest, dokonał się cud.
◗ I tak w trasę ruszył cały dom?
R: Tak, i to, że dzieci wyglądają pięknie na scenie, to zasługa Dobrochny i mojej rodzonej siostry, żony Ślimaka, który też gra w „Arce Noego”. Nasze dzieci śpiewają, my gramy, wujek jest menadżerem, kuzynka szefem trasy.
◗ Wasza najstarsza córka Maria była chora na raka, przeszła chemioterapię. To była walka o życie dziecka. To nie był czas, w którym można było odpuścić, zdać się na czyjąś wolę.
Dobrochna: Dla mnie jedyny moment walki o życie dziecka następuje przed decyzją o jego poczęciu, a potem życie nie dotyczy już nas. W ogóle choroby Majki nie wspominam jako okresu walki. Tamten czas wspominam jako rozmowę z Panem Bogiem na temat: „Co chcesz mi dać przez tę sytuację?”. Czułam się jak towarzysz podróży i nawet nie jako osoba jakoś mocno wspierająca. To, co powiem, może kogoś zgorszyć, ale myślę, że ten mój krzyż, który polegał na tym, że życie mojego dziecka było zagrożone, a ja nie mogłam nic zrobić, po prostu nie umywa się do krzyża osoby, która choruje.
R: Dostaliśmy bardzo dużo pomocy. Ze wspólnot i przez konkretne fakty. Naprawdę można było wówczas poczuć to, że Bóg jest.
◗ Czy zdarza się wam mówić „Ojcze nasz” bez zgody na „bądź wola Twoja”?
R: „Ojcze nasz” mówi się łatwo, tak jak się śpiewa kolędy, czyli machinalnie. Ale rzeczywiście mówić tę modlitwę z wiarą, wchodząc w treść, to jest daleko przede mną.
◗ Choroba i powrót do zdrowia Marysi przyszły, kiedy byliście w Kościele. Ale czy śmierć waszego czwartego dziecka, jeszcze nienarodzonego, to nie był czas buntu, kiedy wykrzyczeliście z siebie: „To się nie powinno zdarzyć”?
D: Przecież takie sytuacje dotyczą tysięcy ludzi na całym świecie!
◗ Jak coś strasznego dzieje się tysiącom ludzi przed nami, to mniej boli?
D: Miałam dużo znajomych z podobnym problemem. Pamiętam osobę, której umarło siedmioro dzieci i żadne nie urodziło się żywe. Nigdy nie miałam poczucia, że mi się należą tylko zdrowe dzieci. Zawsze myślałam, że któreś dziecko może się urodzić ciężko chore, mogę nie donosić. Już przy pierwszym dziecku miałam złe diagnozy. Wtedy poczułam, że życie nie jest w moich rękach ani w rękach lekarzy, którzy mówili, że mogą być kłopoty i że może lepiej usunąć ten problem. Ale miałam jakąś łaskę i stwierdziłam, że co mi szkodzi zaryzykować.
◗ Serce matki…
D: Tak właśnie jesteśmy stworzeni. Jest Ktoś, kto to wszystko przewidział. Jest we mnie świadomość, że to dziecko miało szczęśliwe życie. Nigdy nie było głodne, było kochane, nie cierpiało. Nie mam żadnych pretensji, że odeszło. Ono jest dziś naprawdę szczęśliwe, a my mamy orędownika w niebie.
R: Ja przeżywałem to tak, że uciekałem. To jest obrona, nauczyłem się jej w domu rodzinnym. Moi rodzice nie potrafili się z sobą dogadać, był rozwód i problemy. Brałem gitarę i uciekałem w samotność. Po śmierci naszego czwartego dziecka też uciekłem w to, co znałem, czyli granie.
D: Jako osoba najbliższa Robertowi muszę powiedzieć, że tamten czas odbieram zupełnie inaczej. Bardzo się do siebie zbliżyliśmy. Czułam się wspierana i kochana przez męża, ani na chwilę nie byłam opuszczona. Pamiętam, że wtedy nawet po mieszkaniu chodziliśmy za rękę. Pamiętasz?
R: Tak.
D: Być może miałeś skorupkę na sobie, ale dla mnie ją otwierałeś. W końcu kogo ten ból dotyczył? Nas dwojga. Wspominam ten czas jako piękny, tak samo jak chorobę Marysi.
◗ Przy okazji świąt Zmartwychwstania przeważnie budzi się w nas jakaś nadzieja. W Waszym przypadku jest to nadzieja na co?
D: Chciałabym być wierna Bogu do końca życia. Żeby Pan Bóg nie dopuścił, że się gdzieś „zawinę”. Żeby wytrwać, ukończyć bieg, bo nie jestem wytrwała.
R: Ja nie wiem, czego chcę. Bo im dłużej jestem w Kościele, tym bardziej widzę, że to nie jest żadna tam muzyka chrześcijańska, tylko powołanie do umierania. I jeżeli Pan Bóg mi tego Ducha nie da, to mi się nie chce umierać. Ja to bym chciał stworzyć nową religię.
◗ Religia Roberta „Litzy”?
R: No nie tylko, wielu egoistów. Kiedy podczas jednego z kolejnych „pobożnych” wywiadów powiedziałem, że nie czuję się dzisiaj chrześcijaninem, to pani się śmiała i myślała, że kokietuję. „No to kim jesteś?” – spytała. Myślałem nad tym, gdzie mógłbym się dziś najlepiej odnaleźć. I to jest chyba hedonizm. We wszystkim chciałbym mieć przyjemność, we wszystkim szukać siebie, nawet w ewangelizacji, nawet w modlitwie.
◗ Można to nazwać „JA-izmem”?
R: Tak. Kiedy byliśmy ostatnio w San Giovanni Rotondo, czytałem tam zapisy rozmów Ojca Pio z jego duchowymi dziećmi. I tam była taka jedna „agentka”, która z nim rozmawiała, i on ją zapytał: „A jak ty byś nazwała złego ducha?”. Ona mówi: „Szatan, lucyfer, diabeł, demon”, a on ciągle: „Nie, nie, inaczej”. I powiedział jej, że „najczęściej używane imię złego ducha brzmi – JA”. Przed nowym rokiem prosiłem, żeby na stronie „Arki Noego” napisali życzenia: „By w nowym roku ja stało za Ty”. Ale to są pragnienia ducha i duszy jedynie, bo ja jako ciało dobrze się miewam. Męczy mnie, gdy ktoś mówi: „Ależ wy się oskarżacie”. A ja się nie oskarżam, tylko widzę, jaka jest prawda o mnie. Nareszcie widzę, że chcę, by się działa moja wola, chcę pełnić moją wolę. I całe szczęście, że to widzę, bo jest się z czego teraz nawracać.
◗ Zostało Wam umyć ząbki, paciorek…
R: No właśnie… Daj spokój. To jest droga do piekła. Na szczęście są bracia we wspólnocie, jest żona, są dzieci, są trudne sytuacje i to one weryfikują stan mojego nawrócenia, który na dzisiaj jest zerowy. Oprócz grzechu nie mam Bogu nic do dania. I wcale nie jestem smutny z tego powodu. Wiem, że Pan Bóg nie przez przypadek zawołał mnie do Kościoła i wpadłem do miejsca przepięknego, do którego się nie nadaję.
◗ A jak przeżywacie teraz swoje małżeństwo?
R: Jest bardzo wiele ciekawych rzeczy na świecie, ale nie spodziewałem się, że najciekawsze spotkam w Kościele. To tutaj dowiedziałem się, że są trzy ołtarze. Ołtarz pierwszy to stół, który odzyskujemy po tych komunistycznych ławach, na których się piło wódkę.
D: Przed telewizorem.
R: Tak. A tu jest stół, przy którym jemy i przy którym czytamy Słowo Boże. Ołtarz drugi to ołtarz eucharystyczny w Kościele, wokół którego siedzimy bardzo blisko dzięki temu, że jesteśmy we wspólnocie. Siedzimy nie w czternastym rzędzie, ale w centrum zdarzenia. I jest ołtarz trzeci, najtrudniejszy, ołtarz łoża małżeńskiego, gdzie ja się uczę służyć, dawać, a nie tylko brać. I z Bogiem te wszystkie rzeczy mają sens.
◗ Dlaczego mówisz o łóżku jako o miejscu najtrudniejszym?
R: Bo trudno mi, egoiście, hedoniście, dawać. Ja lubię brać.
D: Na Eucharystii nie jest tak trudno. Siąść do obiadu z rodziną też nie jest trudno.
R: Bardzo mi się podobało to, co powiedziała Dobrochna, że walka o życie dziecka odbywa się tylko przed jego poczęciem. To prawda. Wiele razy moje ciało mówi: „Tu i teraz”, a Dobrochna mówi: „Ale jesteś pewny, że chcemy mieć kolejne dziecko?”. Wtedy widzę, że ona szanuje mnie całego, nie robi ze mnie idioty. Mówi: „Dzisiaj pocznie się nasze kolejne dziecko, nowe życie. I jeżeli czujesz, że Pan Bóg nas do tego wzywa…”. Kilkoro naszych dzieci nie było niespodzianką. Pamiętam tamten dzień, noc, atmosferę, światło. Te dzieci były kochane od pierwszych sekund swojego życia. Odpowiedzialne bycie mężem i kochankiem jest czymś wielkim. Ograbienie tego spotkania z głębi, miłości, odpowiedzialności, z relacji całodniowej czy „całożyciowej”, czyni je smutnym.
D: Wtedy seks jest śmieszny. Wystarczy na to spojrzeć z boku. To nic niesamowitego. Ale kiedy przeżywamy tak miłość, to jest zupełnie coś innego. Te trzy ołtarze to są trzy miejsca, gdzie realizuje się nasza miłość. Mówiliśmy o śmierci i zmartwychwstaniu, i to są te trzy miejsca, gdzie to się dzieje, bo w tych trzech miejscach możesz zobaczyć, że nie masz miłości, że się nie nadajesz. Dlatego trudno jest nam ryzykować wejście w relacje. Ale później okazuje się, że jeżeli zaryzykujesz i spróbujesz dawać, to rozdajesz nie z własnego zapasu, nie z poczucia siły, tylko ze słabości. Bo aż do tego stopnia Pan Bóg jest szczególny i pochyla się nad ułomną naturą ludzką, że daje te wszystkie „gadżety” w postaci emocji, uczuć, rozkoszy: że jedzenie jest pyszne, że na Eucharystii masz ciarki na plecach, że w łóżku z mężem jesteś szczęśliwa. Takie niesamowite rzeczy z niczego.








