
![]() |
| Joanna Kusy, autorka tekstu. fot. arch. pryw. |
Zanim poznałam mojego narzeczonego, nie wiedziałam o Pakistanie prawie nic. To, co miałam w głowie, można zawrzeć w kilku hasłach: islam, terroryzm, bieda, chaos. Kraj z pewnością malowniczy, miejsce na egzotyczną, choć niezbyt bezpieczną wycieczkę. Zamieszkać tam na stałe z własnej woli może chyba tylko misjonarz. Jednak po wielu perypetiach Karaczi, położone na południu Pakistanu, stało się miejscem mojego życia. To tu mieszka moja przyszła najbliższa rodzina. Spotkanie z tym wielkim miastem jest fascynujące, choć niełatwe.
Rodzina połączona
W domu zawsze są dziadek i babcia. Mama mojego narzeczonego nie wychodzi z domu nawet na spacer do pobliskiego parku. Wstaje wcześnie. Zagniata ciasto na parathę – placki z mąki, wody i klarowanego masła. Podaje je na śniadanie mężowi, synowi i wnukom. Wydaje polecenia masi, służącej, która przychodzi dwa razy dziennie. Mama odpoczywa. Przygotowuje obiad, podwieczorek, rozdaje wszystkim cukierki. Czesze i przebiera wnuki, pudruje je talkiem. Modli się, kąpie i przebiera kilka razy dziennie. Jest bardzo szanowana. Nosi tylko złotą biżuterię, którą, podobnie jak stroje, kupuje jej mąż. O zaopatrzenie domu dba najstarszy syn.
Jej mąż również spędza czas w domu, ze względu na chorobę. Czuje się z tym źle, bo przez całe życie był bardzo aktywny. To on jest głową rodziny. Czyta religijne książki, dużo się modli. Uczy wnuki czytać, pisać i liczyć. Dba o ich dobre maniery. Długo rozmawia ze wszystkimi: z żoną, dziećmi, wnukami, wreszcie ze mną – nowym rodzinnym nabytkiem z dalekich stron. Przekazuje mi życiowe prawdy, opowiada o islamie i dba, żebym czuła się tu swobodnie.
Rodzinę, do której trafiłam, można nazwać „rodziną połączoną”. Mieszka tu mój narzeczony, jego rodzice i 5-letnie bliźniaki, dzieci jego zmarłego brata. Wychowuje je cała rodzina. Chłopiec przedstawił mi się: „Nazywam się Danial. Mam trzy mamy, jedną w niebie, i dwóch tatusiów, jednego w niebie…”. Często odwiedzają nas siostry narzeczonego z gromadką dzieci. Taki model, nazywany tu joint family system, to wciąż najpowszechniejszy sposób życia rodzinnego w Pakistanie.
Coraz częściej, szczególnie w miastach, małżonkowie wybierają życie osobno. Na ogół jednak na Wschodzie ludzie czują się dobrze w dużej bliskości ze sobą. Zdarzają się między nimi konflikty i narzekają czasem na brak prywatności oraz panującą w domu hierarchię. Zapytani jednak o to, mówią, że nie chcieliby mieszkać z dala od swoich najbliższych.
Jadąc do Pakistanu, myślałam o życiu „w komunie” z lękiem. Bałam się, że będzie mi doskwierał brak prywatności. Jednak bardzo szybko stałam się częścią rodziny. Po kilku tygodniach usłyszałam: „Jesteś taka sama jak my”, „Jesteś desi” (czyli ‘domowa, nasza’). Szybko przekonałam się, że to nie tylko miłe słowa. Kobiety wybierają mi ubrania, ozdoby, mówią: „Zdejmij to, to jest brzydkie…”, albo: „Nałóż szminkę!”. Kobieta bez makijażu, manikiuru, strojnej biżuterii nie może być tu piękna. Towarzyszę im przy gotowaniu i porządkach. Są dla mnie wyrozumiałe, domyślając się, że przeprowadzka do Azji nie jest łatwa i wielu rzeczy po prostu nie umiem. Szyjemy, prasujemy, bawimy się z dziećmi, chodzimy na zakupy. Dużo rozmawiamy i żartujemy z siebie.
Wspólnie jemy. Stoły nie są tu lubiane. Mówi się, że wymuszają sztywną postawę ciała. Dużo przyjemniej je się na łóżku przykrytym obrusem, siedząc po turecku. Dla mnie zawsze są sztućce, bo nie umiem jeść palcami ani chlebem. Co chwila jedna z kobiet robi wszystkim herbatę – bardzo mocną, słodką i z mlekiem, kroi mango. W domu panuje gwar i rozgardiasz.
![]() |
| Kobiety na zakupy chodzą razem. W tym sklepie wybierają eleganckie stroje wizytowe. fot. JOANNA KUSY |
Masi
Po śniadaniu i po obiedzie do domu przychodzi masi. Ma około 40 lat i lekką wadę wzroku. Pochodzi z wioski w Pendżabie – północnej prowincji kraju. Myje naczynia, podłogi, odkurza pokoje miotełką, robi pranie na balkonie. Rano dostaje herbatę, po południu – obiad. Czasem przychodzi z córką, która też zarabia sprzątaniem, a czasem z synkiem. Synek siada na podłodze w przedpokoju, przygląda mi się. Gdy się do niego uśmiecham, nie wie, jak zareagować. Masi sprząta w kilku domach dziennie.
Czynności, które wykonuje, należą do „niskich”. W pierwszych dniach mojego pobytu przychodziły do mnie dzieci i wołały: „Ciociu! Ty sprzątasz?!”. W zasadzie nie pozwala mi się myć naczyń ani zamiatać poza własnym pokojem. Żeby móc spokojnie prać, musiałam stosować wybiegi: że to moje ukochane zajęcie, że przypomina mi mój kraj, że masi czasem pierze niedbale. Wielokrotnie słyszałam od znajomych pań, że za nic nie chciałyby się zamienić z kobietami na Zachodzie, które muszą same zajmować się domem. „U was na masi stać tylko najbogatszych” – westchnęła dziewczyna, którą spotkałam w bogatszym domu, gdzie służących było siedem.
Przez długi czas trudna do przyjęcia była dla mnie obecność kogoś, czyim losem straszy się dzieci. To jest ktoś, kto wykonuje czynności „niegodne” rąk innych, stojących wyżej w hierarchii społecznej. Je w kącie w kuchni na podłodze, co jakby podkreśla jego niską pozycję. Jednak im więcej widziałam w Karaczi nędzy, którą w Europie znamy właściwie tylko z przekazów medialnych, tym bardziej rozumiałam, że los służących wcale nie jest najgorszy.
Trochę się ciebie bałyśmy…
Dla wszystkich w domu szczególnym doświadczeniem jest spotkanie z inną religią. To moje pierwsze – i przecież bardzo bliskie – zetknięcie z muzułmanami. Także ja jestem dla wielu pierwszą poznaną chrześcijanką. Każdy z nas wchodził w tę relację z własnymi wyobrażeniami. Po kilku tygodniach usłyszałam od dzieci: „Ciociu, trochę się bałyśmy. Nie wiedziałyśmy, jaka będziesz. O chrześcijanach wiemy tylko tyle, że mają Świętego Mikołaja”. Dorośli także musieli przełamać swój niepokój dotyczący nie tyle chrześcijan, ile kobiet z Zachodu.
Zadajemy sobie nawzajem mnóstwo pytań – o islamie wiem bardzo mało. Dla mnie to także prawdziwy sprawdzian wiary i religijności. Jestem pytana, dlaczego katolicy spowiadają się u księdza, dlaczego w piątek nie jem mięsa, co to jest Komunia Święta i jak to jest, że Jezus jest Synem Boga. Czym jest dla mnie Pismo Święte? Jak się modlę? Słyszę dużo o Jezusie, który jako prorok otaczany jest wielkim szacunkiem, o Jego Matce Mariam, o innych prorokach znanych ze Starego Testamentu. Gdy jedziemy do kościoła, rodzice narzeczonego proszą o modlitwę. Gdy wracam, pytają, jak było i o co prosiłam Boga.
Na początku nie wiedziałam, jak zareagują na Biblię na półce albo katolicki święty obrazek w mieszkaniu. Spodziewałam się, że może to urazić ich uczucia religijne, tak jak czasem krzyż razi uczucia niewierzących. Po pewnym czasie mój teść zapytał, dlaczego nie przywiozłam ze sobą krzyża i nie powiesiłam go w swoim pokoju, bo mam się tu czuć jak w domu. Aby można było żyć w zgodzie, ważne jest to, co nazywamy osobistym świadectwem wiary. Przekonałam się, że duży szacunek budzi sam fakt, że jestem religijna. W rodzinie o tradycjach sufickich osobista modlitwa i doświadczenie Boga są przyjmowane ze zrozumieniem. Jako katoliczka wyznaję religię Księgi i jednego Boga. To stwarza dodatkową płaszczyznę dla wyszukiwania tego, co nas łączy.
Mam wiele domów: dom rodzinny, rodzinne miasto, region, kraj. Mój dom jest także w Karaczi, pomimo całej powierzchownej, a z pewnością także tej głębszej, mocno odczuwalnej kulturowej odmienności. Musiałam wyjechać do Polski na kilka miesięcy. Ta rozłąka uświadomiła mi jeszcze mocniej, że to miłość – której tam bardzo doświadczyłam i która cały czas mi w Polsce towarzyszy – tworzy prawdziwy dom.