|

|
Janina Moniuszko fot. archiwum prywatne |
Taką właśnie ją pamiętam, z naszego domu w Urlach – wspomina Dorota Pachniewska. Siedzimy w przytulnej kuchni ze starym piecem, za oknami wysokie brzozy i sosny, za płotem las. Obok drewniany pensjonat, który ledwie pamięta czasy swej świetności. Urle, miejscowość letniskowa położona około 50 km od Warszawy, nad rzeką Liwiec. Dorota mieszka w Holandii, ale tutaj spędza kilka miesięcy w roku. Dlaczego? Bo wróciła do domu swojej babci, odkupionego po wielu latach…
Dama z pomysłami
Moja babcia, Janina Moniuszko z domu Orzechowska, urodziła się Warszawie w 1900 roku. Jej mama Maria, mając 28 lat, wyjechała do Ameryki i tam zaginęła. Musiała być kobietą jak na owe czasy przedsiębiorczą, bo wyjechała tam w interesach… Moja babcia całe życie ogromnie za nią tęskniła. I być może po niej odziedziczyła charakter.
Babcia mieszkała u swojej babci w Warszawie, gdzie ukończyła Szkołę Akuszeryjną Doktora Rejsa. Wkrótce zakochała się, jak sama twierdziła, w oczach i wąsach starszego od siebie o 24 lata Jana. W 1922 roku pobrali się. To jej pomysłem było sprzedanie mieszkania w Warszawie i kupno od hrabiego Zamojskiego działki leśnej (wówczas 4000 m²) w Urlach, gdzie wkrótce stanął ich dom – w którym siedzimy przy herbacie – i pensjonat „Znicz”. Babcia była wspaniałą akuszerką, z powołania, ale prowadzenie pensjonatu sprawiało jej wielką satysfakcję. W sierpniu 1928 roku urodziła się moja mama Maria, która stała się oczkiem w głowie swoich rodziców i ulubienicą gości pensjonatu.
Na początku lata najpierw przyjeżdżały służące z bagażami, a po nich goście z Warszawy: lekarze, prawnicy i przyjaciele z rodzinami. W ówczesnych Urlach nie brakowało rozrywek: spływy kajakowe, dansingi, wieczorne śpiewanie przy ognisku… Babcia lubiła śpiewać rosyjskie pieśni i grać na gitarze, a dziadek towarzyszył jej grą na akordeonie. Te szczęśliwe czasy przerwał wybuch II wojny światowej.
Niezwykłe portrety
Zima 1944/45. Do Urli dotarli Rosjanie. Prowadzili ze sobą jeńców wojennych z byłych obozów na terenie Związku Radzieckiego, głównie Francuzów. Głód, choroby i śmierć były codziennością. Każdy jak umiał, starał się zdobyć pożywienie. Pewnego dnia do babci przyszedł jeden z francuskich jeńców, prosząc o chleb w zamian za złotą obrączkę. Babcia chleba nie miała, poczęstowała go kaszą, a obrączki nie przyjęła. Zaproponował, że za jedzenie narysuje portrety babci i dziadka. Dzisiaj te portrety wiszą u mnie na werandzie.
Beztroskie dzieciństwo
Po wojnie moja mama wyszła za mąż i babcia zaczęła się cieszyć narodzinami wnuków. Moja siostra Anna i brat Michał urodzili się tutaj w czasie wakacji w roku 1948 i 1950. Ja natomiast urodziłam się w Warszawie w roku 1954. W Urlach rok później stawiałam pierwsze kroki. Wtedy zmarł dziadek, ale letnisko funkcjonowało dalej. Na zimę babcia przyjeżdżała do nas do Warszawy. Do dziś pamiętam, jak wieczorami czytała nam Dziewczynkę z zapałkami i Królową Śniegu. Choć najbardziej utkwiło mi w pamięci, gdy czytała Redutę Ordona i Śmierć pułkownika, wielokrotnie przerywając ze wzruszenia. Była jedyną babcią, jaką znałam, która polubiła Czesława Niemena za jego piosenkę „Sen o Warszawie” i Seweryna Krajewskiego za jego oczy i brwi, jak sama mawiała (myślę że przypominał jej dziadka), oraz za piosenkę o matce „Tylko Tobie”.
Pamiętam dobrze, jak przygotowywała kanapki na pierwsze prywatki mojej siostry, jak szykowały się razem do teatru czy opery. I wtedy zamieniała swój strój gospodyni na elegancką suknię, perły i słynną broszkę z rubinem. Była ulubienicą rówieśników mojego rodzeństwa.
Czasy się zmieniały, lecz babcia nadal sama piekła dla gości ciasta i mięsa… Dzisiaj zastanawiam się, skąd brała siłę? Przez całe lata codziennie o piątej rano była na nogach, by wszystkiego osobiście dopilnować…
My, jej wnuki, spędzaliśmy w Urlach każde wakacje, bawiąc się z dziećmi letników. Dla mnie były to najbardziej beztroskie i szczęśliwe lata.
Babcia zaczęła chorować. O prowadzeniu pensjonatu nie było mowy i moja mama postanowiła go sprzedać. Dwa lata później, w 1973 roku, babcia zmarła.
Droga do domu
Myśl, że dom w Urlach, miejsce tak mocno związane z historią mojej rodziny, znajduje się w obcych rękach, nie dawała mi spokoju. Za wszelką cenę chciałam je odzyskać. Po wielokrotnych próbach udało mi się to dopiero w 2004 roku. Zrujnowane zabudowania, zapuszczony i zarośnięty teren. Bez wody i elektryczności – szaleństwo, ale dla mnie były to te same Urle. Te same kamienne schodki w domku, na których zawsze witała nas, przyjeżdżających na wakacje, babcia. Na szczęście ocalały dwie babcine ukochane brzozy, które liczą już ponad 100 lat.
Trudno opisać, co tu zastałam. Zdjęcia mówią za siebie. Zaczęło się karczowanie, porządkowanie terenu. Krok po kroku – przywracanie życia i niewiarygodnie ciężka praca. Czy się bałam? Nie, po prostu czułam, że tutaj nie może mi się stać nic złego… Powoli odremontowałam dom, zapełniłam go zachowanymi pamiątkami. Udało się też podnieść i zabezpieczyć pensjonat. Zimę spędzam w Holandii, choć dwukrotnie na Boże Narodzenie wraz z mężem przyjechaliśmy do Urli.
Co roku na wiosnę przyjeżdżam na 5-6 miesięcy. Czy osiądę tu na stałe? Nie wiem, ale tu odnajduję energię… Planuję wykorzystanie pensjonatu jako domu pracy twórczej im. Witolda Parczewskiego, przyjaciela, ojca chrzestnego mojego syna. Czy mi się uda? Wierzę, że moja babcia nadal czuwa nad tym domem i tak jak wszystkie babcie, pragnęłaby spełnienia marzeń wnuczki…
W tym roku była tutaj na wakacjach moja 2-letnia wnuczka Floor. To już piąte pokolenie, które „należy” do tego miejsca.
Dorota Pachniewska jest autorką tomiku wierszy Z drugiej ręki, z którego pochodzi cytowany fragment wiersza. Napisała też książkę Wakacje z motylem, ciepłe wspomnienie chwil dzieciństwa spędzonych u babci (ukaże się wiosną 2010 r.).