![]() |
| fot. Shutterstock |
„Wychowanie do pokoju oznacza otwieranie umysłów i serc na przyjęcie wartości, które encyklika Papieża Jana XXIII Pacem in terris ukazuje jako filary społeczeństwa żyjącego w pokoju.
Są nimi: prawda, sprawiedliwość, miłość, wolność. Ten program wychowawczy ogarnia całe życie i trwa przez całe życie”. (Orędzie Jana Pawła II na XXVIII Światowy Dzień Pokoju, 1 stycznia 1995 roku, nr 2).
Ten tekst Ojciec Święty rzucił w świat jako wielkie wezwanie. Papież Jan Paweł II wylicza za Janem XXIII wartości nieprzemijające, najwyższe, do których powinno przylgnąć ludzkie serce, bo „tam, gdzie skarb twój, tam serce twoje”. A gdyby zapytać dziś człowieka w Polsce, gdzie jego serce i gdzie jego skarb? Co nim jest? Konto w banku? Kolczyki w uszach?
Program na całe życie
Moja nauczycielka z lagru, pani Urszula Wińska, po latach przeprowadziła ankietę wśród byłych więźniarek obozu koncentracyjnego w Ravensbrück i po dokonaniu analizy tej ankiety napisała książkę-dokument pt. Zwyciężyły wartości. Bo zwyciężyły… Wtedy i ja miałam takie życie pełne skarbów i choć to się wydaje paradoksem, to na tle brutalnej przemocy i negacji wszystkiego, co piękne, właśnie wartości były oczywiste!
Tak jak światło w ciemności: ciemność zwiększa siłę światła. Skrajne sytuacje weryfikują.
Nie życzę dziś młodym takich doświadczeń, ale czasem myślę, że brakuje im okazji, żeby się sprawdzić. W szkole nie ma programu wychowującego do tych wartości wymienionych przez Ojca Świętego. W domu w ogóle nie ma programu wychowawczego, są tylko reakcje – i to nieprzemyślane. Kościół wraz z amboną jest rugowany: homilia ma być krótka, a lepiej, żeby jej nie było… A zresztą zaraz się powie, że Kościół nie powinien się wtrącać!
No i któż realizuje ten program, który – jak pisze Ojciec Święty – jest na całe życie? To nie tylko dzieci i młodzi mają być wychowani, ale także ludzie dorośli – czy może nawet przede wszystkim dorośli, bo właśnie oni są odpowiedzialni za to, co wydrukowane, co pokazywane w telewizji, co powiedziane przez radio. Te wszystkie programy, które mają kształtować społeczeństwo, znajdują się w rękach dorosłych ludzi, i to właśnie im brakuje wychowania do wartości!
Dorośli są szkoleni, „tresowani” do wykonywania nieraz bardzo skomplikowanych czynności: precyzyjnie obsługują maszyny, i to umieją.
Zapytałam pana, który jest fachowcem i przygotowuje programy komputerowe: „Słuchaj, a co ty zrobiłeś dzisiaj dobrego?”
Spojrzał na mnie: „No, pracuję…”. Tak, ale te programy to nie są dobre czyny – to są czyny etycznie neutralne; nie mają znaczenia dla duszy ludzkiej, choć mają znaczenie dla intelektu, mają znaczenie praktyczne. Klejnoty, o których pisze Ojciec Święty, nie mają znaczenia praktycznego, lecz są to wartości innego rzędu.
| Nasze czyny świadczą za nami: dobrze albo źle. Ileż razy mówię młodym, że nie wystarczy nie czynić zła. Bierność nie jest żadną zasługą, bo ta – jeśli w ogóle można tak powiedzieć – zaczyna się tam, gdzie jest dobry czyn, działanie. |
Czyny świadczą za nami
W psychologii mówi się o „wyższych uczuciach”, katolik zaś mógłby jasno stwierdzić, że chodzi o… cnoty, czyli o sprawności realizowania tych wielkich wartości. Ale już samo słowo „cnota” zgrzyta w uszach współczesnego człowieka. Co więcej, gdy próbowałam tłumaczyć młodemu mężczyźnie, że musi się opanować i powściągnąć reakcje agresji wobec rodziny,
odpowiedział:
„Wtedy będę oszukiwał, udawał, a to przecież hipokryzja”.
Ja na to:
„Nie hipokryzja, to właśnie cnota opanowania!”.
Ileż razy ostre konflikty w małżeństwie ludzie tłumaczą swoją strukturą psychiczną: „Jestem, jaki jestem, trudno” – i nie przychodzi im do głowy, że właśnie mają się zmienić, że nie wolno być takim, jakim się jest, ale ma się być coraz pełniej człowiekiem. Bo masz być doskonały, „jak Ojciec twój jest doskonały”. Ciągle wśród katolików powtarzana jest naiwna odpowiedź: „Nie jestem święty, trudno”. I nikomu nie przychodzi do głowy, że właśnie ma się zmienić i ma stać się święty – każdy! Bez wyjątku!
To jest sposób realizowania tych wartości. Wezwanie do czynu jest najpierw wezwaniem do czynu wewnętrznego, gdyż człowiek musi wiele zmienić w sobie, żeby wreszcie mógł się stać święty. Po prostu każdy ma być święty, inaczej nie dojdzie do nieba.
Mój kolega, który jest lekarzem, powiedział mi kiedyś:
„Bo pani jest idealistką i pani wierzy w niebo”.
Jeżeli jest to idealizm, to jestem idealistką, bo… wierzę nie tylko w niebo, ale i w piekło, i w żywot wieczny! Tak zwyczajnie i po prostu – i szczerze mówiąc, nie rozumiem, dlaczego
ludzie nie biorą pod uwagę tej prawdy: prawdy o śmierci i o tym, co potem – o wieczności.
Właśnie te czyny, o które chodziło Ojcu Świętemu w orędziu, będą stanowić o tym, co po śmierci – bo nasze czyny idą za nami i świadczą za nami: dobrze albo źle. Ileż razy mówię młodym, że nie wystarczy nie czynić zła. Bierność nie jest żadną zasługą, bo ta – jeśli w ogóle można tak powiedzieć – zaczyna się tam, gdzie jest dobry czyn, działanie. Dobry czyn może być skierowany ku sobie samemu (gdy człowiek walczy ze sobą przeciw swoim wadom) lub ku drugiemu (gdy się niesie pomoc: i tym najbliższym, i tym najdalszym).
Autorka jest członkiem Papieskiej Rady do Spraw Rodziny oraz Papieskiej Akademii „Pro Vita”. Żona, matka czterech córek. Książki autorstwa p. Wandy Póltawskiej