![]() |
| Eleni fot. Reporter |
◗ Podczas przygotowań do naszego spotkania zastanawiałam się, jak podjąć temat śmierci, który mnie samą paraliżuje. Czy dla Pani rozmowa o odchodzeniu jest trudna?
Eleni: Nie.
◗ A uważa Pani, że potrzebna?
E.: Powinniśmy rozmawiać o odchodzeniu jak najczęściej, właśnie dlatego że ludzie tak bardzo boją się śmierci. Rozmowa pomaga przetrwać trudne życiowe momenty, gdy dotyka nas tragedia rozstania z tymi, których kochamy. W każdym drzemie lęk przed tym, że utraci kogoś bliskiego. Trudno nam tak po ludzku się z tym pogodzić. Czujemy nieutulony żal. Bardzo tęsknimy, a tęsknota często człowieka osłabia. Nagłe odejście nas zaskakuje, nie jesteśmy na nie gotowi. Im więcej więc będziemy o tym rozmawiać, tym lepiej będziemy przygotowani i silniejsi.
◗ Seneka powiedział „Przez całe życie trzeba uczyć się umierać”. Chyba taką nauką jest dla nas samych śmierć naszych bliskich.
E.: Pierwszy raz zetknęłam się z odejściem bliskiej osoby, gdy kończyłam szkołę podstawową. Wtedy umarła moja babcia. Bardzo to przeżyłam. Babcia była ukochaną osobą w rodzinie. Pomagała rodzicom, opiekowała się mną, moimi siostrami i braćmi, wychowywała nas. Pamiętam, jak opowiadała nam bajki. Zawsze miała czas dla swoich wnuków. Chwile spędzone z babcią wspominam jako najpiękniejsze. W 1990 roku umarł na zawał nasz tata. To także było trudne, choć miał 80 lat i każdy uważał, że dobrze przeżył swoje życie. Był szczęśliwy widząc, że jego dzieci dorosły, pożeniły się, powychodziły za mąż, miały własne dzieci. Jednak zawsze się myśli, że ukochana osoba mogłaby wciąż żyć. Przecież ojciec był w pełni sił i czuł się dobrze. Po nim zmarła moja mama. Rodzice byli ze sobą mocno związani. Myślę, że to tęsknota mamy za tatą spowodowała, że zgasła zaledwie 2 lata po jego śmierci. Wtedy uważaliśmy, że doszła co prawda do pięknego wieku, 77 lat, ale mogła jeszcze żyć. Początkowo znowu trudno nam było się z tym pogodzić, dopiero z perspektywy czasu ja i moje rodzeństwo uznaliśmy, że rodzice odeszli w spokoju. W 1994 roku nastąpiła śmierć mojej córki, która była dla mnie i mojego męża zupełnym zaskoczeniem.
◗ To jedno z takich zdarzeń, na jakie przygotować się nie da?
E.: Tak, ale śmierć mojej babci, a potem rodziców spowodowała, że nasza rodzina stała się silniejsza. Przeżyliśmy te odejścia i się wzmocniliśmy. Dlatego, mimo cierpienia i żalu, byliśmy w stanie sprostać tragicznej śmierci mojej córki. W takiej chwili człowiek bardzo głęboko wchodzi w głąb siebie i zastanawia się nad sensem życia. Zadaje sobie pytanie, co jest najważniejsze. Zmienia się jego hierarchia wartości. Nagle postrzega otaczających ludzi i wszystkie problemy w innej perspektywie, według której, rodząc się, musimy wiedzieć, że umrzemy. Wraz ze śmiercią Afrodytki wszystko się zawaliło, runął cały świat, wszelkie marzenia i oczekiwania związane z córką. Sens życia zniknął z dnia na dzień…
◗ Czy coś pozostało?
E.: Tak, fundament – miłość i wiara, które pomogły życie odbudować na nowo. To nie znaczy, że człowiek zapomina. Do końca naszych dni pozostanie nieutulone cierpienie i poczucie straty, ale są one już inne – to bardziej tęsknota za własnym dzieckiem, którego nie ma fizycznie, a jest duchowo.
◗ W takim tragicznym momencie, jaki Państwo przeżyli, nie rodzi się uczucie, że chciałoby się życie zatrzymać, abyśmy nie musieli już iść dalej?
E.: Ono się zatrzymuje… Przez pierwsze miesiące, rok, dwa wciąż trwa okres żałoby. To trudny czas, gdy człowiek trwa w innej rzeczywistości. Dzieje się tak nie tylko w momencie śmierci najbliższych. Rok po śmierci Afrodytki zmarł mój 58-letni szwagier, mąż najstarszej siostry. Dla rodziny była to kolejna tragedia. W młodym wieku odchodzili też moi przyjaciele. W naszej codzienności wciąż stykamy się ze śmiercią. Słyszymy o niej. Jest tuż obok, tak nierozerwalnie związana z życiem. Nie wiemy, co czeka nas i naszą rodzinę w najbliższej nawet przyszłości.
◗ Jednak czy myślenie o tym nie prowadzi do życia w lęku, że oto w każdej chwili może się wydarzyć coś złego?
◗ Co czuła Pani następnego dnia po śmierci córki? Złość czy rozpacz?
E.: Ludzie często o to pytają. Nie było we mnie złości. Od początku wiedziałam, że zdarzyła się tragedia dwóch rodzin: naszej i chłopaka, który to zrobił. Jego rodzice też się nie spodziewali takiego dramatu. Pochodził z dobrego, spokojnego domu. Podsumowywałam i szukałam przyczyn, dlaczego do tego doszło, gdzie my, dorośli, popełniliśmy błąd, czego nie zauważyliśmy. Co zrobiły nasze dzieci, że doprowadziły do takiej tragedii. Jak to się stało, że nie wiedzieliśmy wszystkiego? Starałam się nie obwiniać do końca chłopaka Afrodytki, pomimo jego złego czynu, ale dojść, co spowodowało, że to zrobił.
|
|
| Rodzice Eleni, Perykles i Despina Milopulos i ich ośmioro dzici. Najmłodsza Eleni siedzi na kolanach mamy. fot. archiwum prywatne |
◗ Czy sądzi Pani, że w każdym człowieku śmierć bliskich wyzwala inne emocje?
E.: Każdy reaguje inaczej. Wiele zależy od tego, co się wyniosło z domu rodzinnego. Jeśli fundamenty zbudowane w dzieciństwie nie były trwałe, człowiek zaczyna nienawidzić, dążyć do ukarania sprawcy, zatrzymuje się raz na zawsze w przeszłości. To często prowadzi do dalszego rozpadu rodziny, wzajemnego obwiniania, kolejnych dramatów, bo taka osoba ginie za życia, sama się niszczy, ku rozpaczy bliskich. Jeśli fundamenty były mocne, człowiek wybacza i godzi się z losem. Ważne, czy odejście najbliższych jest skutkiem długoletniej choroby, nagłego wypadku czy zbrodni. Niby w każdym przypadku koniec jest ten sam, ale nasze przygotowanie – inne. W chorobie człowiek wie, że czyjś czas się kończy, ale z drugiej strony zawsze ma nadzieję, że stanie się cud, coś się odmieni, bliska osoba zwalczy problem. Nadzieja umiera ostatnia. Rodzina jest przygotowana na różne ewentualności, nie dopuszczając jednocześnie myśli, że ostatecznie ktoś odejdzie. Niespodziewana śmierć młodej osoby na skutek wypadku rodzi tysiące pytań, na które nie ma odpowiedzi. Jeszcze trudniej jest w przypadku dzieci. Nie mieści nam się w głowie, dlaczego dochodzi do ich niepotrzebnych śmierci. Buntujemy się przeciw nim. Pogodzenie się ze śmiercią kogoś nam drogiego u jednych trwa dłużej, inni do końca nie potrafią się z tym uporać, nawet jeśli chcą, ale wtedy jest im bardzo ciężko. Tak naprawdę nie da się żyć do końca normalnie, ale trzeba żyć.
◗ W chwili tragedii chyba trudno jest te słowa przekuć w czyny?
E.: Zdaję sobie sprawę, że mówię teraz rzeczy, które dla kogoś, kto stracił niedawno bliską osobę, są nie do przyjęcia. Rozumiem to. Nie pocieszam, że wszystko będzie dobrze, bo na początku nie będzie. Mówię prawdę. Potrzeba czasu. Minęło już 14 lat od utraty córki i teraz mogę powiedzieć, że te lata pozwoliły ranie się zabliźnić. Często proszą mnie o radę ludzie, którym śmierć zabrała bliskich. Opowiadam im wtedy, że nic nie zmieni tego, że pierwsze lata po takim zdarzeniu są wyrwane z życia, jakby ich nigdy nie było. Niewiele z tego okresu pamiętam, działałam mechanicznie, jedną połową byłam na ziemi, a drugą – w niebie. Był to złożony proces godzenia się z tym, co zaszło, i nauczenia się, że Afrodytki nie ma fizycznie, a jest duchowo. Nie można dać się bólowi wchłonąć, lecz należy mieć świadomość, że dalej trwamy. Inaczej co – odebrać sobie życie? Nie o to przecież chodzi.
◗ Czy płacz wtedy pogrąża człowieka w jeszcze większym smutku?
E.: Trzeba to wypłakać. Człowiek nie powinien się przed tym wzbraniać, ale dać sobie prawo do łez. Ja starałam się nie robić tego przy ludziach, próbowałam wtedy być silna. Płakałam w domu, kiedy przesiadywałam w pokoju córki, oglądałam zdjęcia. Ludzie pytali, jak mogę patrzeć na jej fotografie ustawione w różnych miejscach. Dziwili się, twierdząc, że oni by je schowali. A ja muszę je mieć na wierzchu. Dzięki temu córka jest obok. Dla mnie to także rodzaj terapii, podobnie jak płacz.
◗ Trzyma Pani nadal rzeczy córki, wchodzi Pani do jej pokoju?
E.: Tak, mam wszystkie jej ciuszki. Od czasu do czasu je piorę, przecież się kurzą. Jej pokój pozostał bez zmian – zachowałam zeszyty, książki ze szkoły, jej rysunki i obrazki. Czasem robię porządki, siadam, przeglądam zdjęcia, niekiedy płaczę albo się śmieję do swoich wspomnień. Z każdej podróży, trasy koncertowej przywożę jej upominek i stawiam w jej pokoju. Zawsze szukam rzeczy, które Afrodytka lubiła. W ten sposób ona nadal jest…
◗ Rzeczy córki zostaną na zawsze w tym pokoju?
E.: Tak, na pewno nigdy się ich nie pozbędę.
◗ Przestała Pani rozmawiać o dzieciach po swojej tragedii?
E.: Nie, ale kiedy spotykałam się jak dawniej z przyjaciółkami, one starały się unikać tego tematu, choć nie zabraniałam im mówić o dzieciach. Nie dało się przed tym uciec, bo życie toczy się dalej. Musiałam przeżyć zetknięcie się z rzeczywistością, gdy koleżanki opowiadały o swoich dzieciach, by stać się silniejszą, przełamać ból. Wychodziłam na ulicę i widziałam Afrodytkę wszędzie, w osobach jej rówieśników. Potrzebowałam się z tym zmierzyć, a przez to – wzmocnić. To pomaga. Nawet jeśli człowieka boli, to musi przejść tę drogę. Nie ma innej. Z czasem się przywyka. Pewnie, że są momenty, w których wszystko wraca, choćby zakończenie roku szkolnego, gdy się zawsze rozczulam. Takie chwile będą nam towarzyszyć do końca życia. Nie możemy ich odrzucić. Czasem jestem w kościele i bez żadnej przyczyny chce mi się płakać.
|
|
| Afrodyta, córka Eleni fot. arch. pryw. |
◗ Jak dźwigać każdego dnia krzyż straty ukochanej osoby? Skąd czerpać siłę, by dalej żyć?
E.: Z wiary i pogodzenia się z wolą Bożą, z wartości wyniesionych z domu rodzinnego, jeśli takie są. Ja wyniosłam miłość do człowieka, która bardzo pomogła mi w dorosłym życiu. Siłę stanowią osoby najbliższe, wspierające nas każdego dnia – rodzina i przyjaciele, którzy pokazali, że naprawdę nimi są. Po śmierci bliskiej osoby sens życia pozwala odnaleźć działanie, unikanie zamykania się w czterech ścianach domu. Bardzo dobrym lekarstwem jest praca – zawodowa i charytatywna, pomaganie innym. Ja odnalazłam sens życia i mogę dziś powiedzieć z pełną odpowiedzialnością, że spotkanie z drugim człowiekiem jest najlepszą terapią. Pomogło mi przebywanie wśród ludzi, uczestniczenie w uroczystościach religijnych, wspólnota w kościele, chór. Z każdego spotkania człowiek wychodzi bogatszy o dobrą energię. Siłą jest drugi człowiek. Nie rozumiem tych, którzy mówią, że nie mogą pomóc innym dzieciom, gdyż przypominają im ich własne, bezpowrotnie utracone. Kiedy idę do młodych ludzi, widzę wśród nich moją Afrodytkę. Rozmawiam z nimi, myśląc, że może to, co im powiem, przyda się w ich dorosłym życiu, pomoże w trudnych sytuacjach, w problemach podobnych do tych, jakie miała moja córka. Wspieranie drugiej osoby, często nie finansowe, ale psychiczne, pomaga nam samym. Trzeba przemóc w sobie strach i spróbować.
◗ Kiedy w dramatycznych okolicznościach odejdzie ukochana osoba, to już wszystko można znieść?
E.: Mnie ta tragedia wzmocniła i chyba już nic mnie w życiu nie złamie, choć tego nigdy na pewno się nie wie. Natomiast jestem na tyle silna, że na pewno dam radę każdemu ciężarowi, jakikolwiek on będzie. Jestem świadoma tego, że może odejść ktoś z mojego rodzeństwa, bo posuwamy się w latach, pojawiają się choroby. Pogodziłam się z tym. To trudne, ale zarazem naturalne.
◗ Czy po takiej tragedii człowiek wstydzi się radości? Umie się śmiać?
E.: Czułam coś takiego w początkowych latach. Kiedy się roześmiałam, nadchodził moment, że smutniałam i pytałam się w myślach: „Boże, przecież nie ma Afrodytki, co ona sobie o mnie pomyśli?”. Z czasem zrozumiałam, że muszę starać się żyć normalnie, a nie upajać się goryczą. Afrodytka jest i pewnie nie życzyłaby sobie mojego smutku. Niczego już nie mogę cofnąć, a żyć muszę. Dziś myślę, że śmiech nie jest wstydem, a raczej naszym „być albo nie być”. Zapomnieć nie można, ale trzeba iść dalej. Nasi bliscy są w sercach, na zdjęciach, filmach wideo, nie zapomnimy ich. Jesteśmy z nimi cały czas i przy szczególnych okazjach: na cmentarzu, w czasie modlitwy. Dopóki o nich myślimy, zawsze będą przy nas duchowo.
◗ Pani przebaczyła mordercy córki. Czy przebaczyć to znaczy zapomnieć?
E.: Przebaczyć to nie znaczy zapomnieć, tylko wyzbyć się negatywnych emocji, które nas zabijają od wewnątrz. Mogę zrozumieć ludzi nieumiejących wybaczyć osobie, która pozbawiła życia kogoś z bliskich. Wiele zbrodni jest dokonywanych ze szczególną brutalnością. Każdy musi sam to przeżyć, poczuć i dojść do tego, co jest dla niego najlepsze. Ja przebaczyłam i czuję się wolna wewnętrznie. Mam pokój w sercu. Dzielę się nim z ludźmi. Jestem życzliwa nawet dla tych, którzy mnie czasem ranią. Nie umiem inaczej. Dzięki temu mogę dalej żyć i pracować. Potrzebowałam rozmowy z Piotrem, który pozbawił Afrodytkę życia. On też jej potrzebował. Po latach odsiadywania kary czuje skruchę. O jego życiu zdecydowała sekunda. Był wtedy młodym, 20-letnim człowiekiem, miał życie przed sobą. Dziś jednak dalej ma wybór: podążyć drogą zła albo obrać lepszą. Ja mu pomogłam, przebaczając. Powiedziałam, że powinien się uczyć, by zdobyć zawód, i to robi. Oboje już nic nie zmienimy. Rodziny nadal cierpią, ale możemy zrobić coś dla siebie, by łatwiej nam było żyć ze świadomością, że on zamordował, a my straciliśmy dziecko. Potrzebujemy obustronnego przebaczenia, by na zawsze dźwigać ten ciężar.
◗ Czy pocieszanie przez bliskich pomagało Pani?
E.: Wolę pocieszać kogoś, niż być pocieszaną. To dla mnie źródło siły i mocy, o to proszę w modlitwach. Gdy moi przyjaciele po śmierci Afrodytki nie wiedzieli, jak się zachować, co zrobić i powiedzieć, wychodziłam temu naprzeciw, żeby im ułatwić, by nie czuli się skrępowani. Musiało im być ciężko.
◗ Co można powiedzieć osobie, którą dotknęła taka tragedia?
E.: Czasem nic, trzeba po prostu przy niej być, wysłuchać. Nie da się do końca pocieszyć. Nie można dawać rad, jeśli się nie było w takiej sytuacji. To ja, która to przeżyłam, mogę taką osobę pocieszyć, ponieważ nasza płaszczyzna rozmowy jest podobna. Wielu ludzi szukało pomocy i wsparcia w spotkaniu ze mną, wiedząc, że sama przeszłam tragedię. Potrzebują nadziei. Pytają, czy zawsze będą tak cierpieć, a ja odpowiadam, że do końca naszych dni, choć z czasem cierpienie przyjmie inną formę. Nie pocieszam, raczej wspieram i pomagam dźwigać krzyż.
![]() |
| To między innymi praca dała Eleni siłę i radość. fot. Reporter |
◗ A co można zrobić dla tego, kto odszedł?
E.: Modlić się o spokój jego duszy, zamówić mszę. Pamiętać, by odwiedzać grób i zapalać lampki, nie zapominać o rocznicach: dacie urodzin i śmierci.
◗ Czy wspomnienia bliskiej osoby nie umykają z czasem?
E.: Wspomnienia rzeczywiście umykają, wiele rzeczy się zaciera, dlatego w pokoju Afrodytki przypominam sobie przeszłość. Kiedy zamykam oczy, niektórych chwil już nie mogę odtworzyć, włączam więc film wideo i powraca do mnie córka taka jak dawniej.
◗ Myśli Pani o tym, jaka dziś byłaby Pani córka?
E.: Nie da się tego uniknąć. Zastanawiam się, kim by była, co by robiła, czy skończyłaby studia artystyczne i projektowała, rysowała, malowała, czy wyszłaby już za mąż i miała dzieci. W każdym roku myślę, w jakim punkcie życia byłaby moja córka. Pamiętam czas, jaki przypadłby na jej maturę, czas ukończenia studiów… Wiem, że wiele osób ma podobne odczucia po tragedii bliskich.
◗ Co zmienia w człowieku taka tragedia?
E.: Uszlachetnia go, rozwija duchowo. U mnie spowodowała dążenie do prawdziwej miłości. Jeśli człowiek pogodzi się do końca z wolą Bożą, może jeszcze być szczęśliwy, odczuwać radość w sercu. Przez te 14 lat rozwinęłam się wewnętrznie, co mi pomogło wejść bardziej w siebie, zdystansować się do problemów i spraw, podchodzić do nich ze spokojem. Staram się uspokajać innych i tłumaczyć im, że emocje to zły doradca. Uświadamiam im prawdziwą skalę zdarzeń. Zawsze mam odnośnik do tragedii, jaka mnie spotkała. To coś, co pomaga człowiekowi zrozumieć, że każdy problem można lepiej czy gorzej rozwiązać. Poznałam właściwą hierarchię wartości, w której najważniejsze jest nasze życie tu i teraz, bycie dobrym i życzliwym wobec innych. Nikt mi tego nie zburzy.
◗ Publiczność Pani pomagała, pisała listy, zapewniała o swojej życzliwości. Czy miało to wpływ na Pani powrót do śpiewania, nagrywania, a nawet koncertów?
E.: Powrót nie był łatwy. W czasie pierwszego koncertu pomagał mi ksiądz Arkadiusz Nowak. Repertuar był dostosowany do chwili, a jednak przy wielu piosenkach rozpłakałam się, nie wstydząc się tego. Ludzie widzieli, że jestem tylko i wyłącznie człowiekiem, matką, która straciła córkę. Chce dla nich śpiewać, ale emocje biorą górę. Przejście przez to mnie wzmocniło. Ludzie pięknie się zachowywali. Niekiedy wystarczyło, że mnie dotknęli, przytulili, powiedzieli, że byli i są ze mną i proszą, abym dalej śpiewała. Mówili „nasza Eleni”, starsze panie pozwoliły mi odczuć matczyną troskę. To mi dodawało sił. Publiczność przeżywała moją tragedię i zawsze mi pomagała. Jestem jej za to wdzięczna. Przychodzą do mnie ludzie, którzy dopiero teraz mogą opowiedzieć, jak się w związku z tym czuli, zwłaszcza kobiety, które miały wrażenie, że same straciły dziecko. Jestem w ich życiu ważną osobą, kimś z rodziny, kto jeszcze na dodatek śpiewa. Więź między mną a moją publicznością jest niesamowita.
◗ Dzisiaj częściej pogrąża się Pani w refleksji nad życiem czy nad śmiercią?
E.: To się przeplata, obie te sprawy nieodłącznie nam bowiem w życiu towarzyszą.
◗ Bardzo dziękuję za rozmowę.















