|
|
| Katarzyna i Krzysztof Respondek z córkami Antoniną i Florentyną. fot. Ryszard Dziedzic |
Mieszkają z córkami na spokojnym osiedlu w Tarnowskich Górach. Krzysztof często przemierza trasę Śląsk – Warszawa. Są jeszcze występy Kabaretu Rak w całym kraju, niekiedy za granicą. Siedmioletnia Florentyna i siedemnastoletnia Antonina już się do tych wyjazdów przyzwyczaiły. Jednak wcale się nie dziwią, gdy tata cieszy się jak dziecko z odwołanego dnia zdjęciowego na planie serialu Barwy szczęścia. Może przecież o jeden dzień dłużej być w domu!
◗ Czy to prawda, że znali się Państwo jeszcze w szkole?
Katarzyna Respondek: Tak, od I klasy liceum. Ale zwróciliśmy na siebie uwagę dopiero w III klasie.
Krzysztof Respondek: Początkowo nie bardzo lubiłem swoją przyszłą żonę. Należała do klasowych kujonów, a ja raczej do lekkoduchów, którzy zawsze chcieli odwoływać klasówki. Wszystko zmieniło się po wycieczce do Zakopanego, na której jako jedyny z czterech (tak, czterech, bo chodziliśmy do klasy humanistycznej!) chłopaków grałem na gitarze. Właśnie wtedy zauważyłem, że Kasia zaczyna na mnie tak jakoś częściej spoglądać… I niedługo potem ona też już była przeciw klasówkom [śmiech]. No i uratowała mnie na maturze z matematyki! Może bym zdał, ale kompletnie utknąłem przy jednym zadaniu. Kasia, wychodząc do toalety, rzuciła mi jakąś ściągę czy raczej podpowiedź. Więc sama Pani rozumie, nawet z wdzięczności musiałem się już z nią ożenić [śmiech].
◗ Potem oboje studiowaliście we Wrocławiu. Czy później był powrót do Tarnowskich Gór i ślub?
Krzysztof: Proszę mnie nie pytać o daty, u nas pamięta je tylko żona.
Katarzyna: Pobraliśmy się na ostatnim roku twoich studiów, Krzysiu. Ja już pracowałam w szkole jako nauczycielka plastyki, wkrótce zaczęłam studia magisterskie.
◗ Brali Państwo ślub w Pana parafii, w Miasteczku Śląskim, gdzie wszystkie sąsiadki przychodziły specjalnie na te msze, na których Pan śpiewał?
Krzysztof: Rzeczywiście, w mojej parafii w Miasteczku Śląskim miałem pierwszy fanklub o średniej wieku 65 lat [śmiech]. Jednak ślub braliśmy zgodnie z tradycją, w parafii panny młodej, w Tarnowskich Górach w kościele pod wezwaniem św. Anny. Dzień naszego ślubu był niewątpliwie jednym z najpiękniejszych dni w naszym życiu. I niech mówią, co chcą, ale wydaje mi się, że do dziś nie wymyślono nic lepszego dla związku dwojga ludzi niż małżeństwo. Ludzie, którzy się nie pobierają, są po prostu o ten jeden z najpiękniejszych dni w życiu i o to doświadczenie ubożsi.
◗ Co Pani najbardziej zapamiętała z Waszego ślubu?
Katarzyna: To, że ten dzień był bardzo pochmurny i deszczowy, a w momencie gdy wychodziliśmy z kościoła po ceremonii, na krótką chwilę zaświeciło słońce.
◗ Została Pani żoną Ślązaka, a to podobno wiele znaczy. Czy Państwa rodziny mieszkają na Śląsku od wielu pokoleń?
Krzysztof: Jestem rodowitym Ślązakiem. Próbowaliśmy kiedyś z dziadkiem odtwarzać drzewo genealogiczne i okazało się, że nasze śląskie korzenie sięgają wielu pokoleń.
Katarzyna: A my, niestety, nie mieszkamy tu od dziada pradziada. Moi rodzice przeprowadzili się do Tarnowskich Gór z okolic Sieradza. Dawniej był taki nacisk, żeby chłopak ze Śląska miał żonę Ślązaczkę. Za naszych czasów zmieniło się w tej kwestii wiele i to na dobre dla mnie. Krzysiu nie dał mi nigdy odczuć, że jestem gorsza [śmiech].
Krzysztof: Szczęście nie zależy od różnic kulturowych lub ich braku i jeśli ktoś się dobierze tak jak my, to jest szczęśliwy. Wprawdzie moja babcia, która ostatnie lata spędziła w Niemczech i do której bardzo lubiłem jeździć, mówiła mi zawsze: „Jeśli chcesz mieć żonę do miłości, weź sobie żonę z Polski, jak my to mówimy, gorolkę, ale jeśli chcesz kobietę, która będzie sprzątała i gotowała, weź sobie dziewczynę ze Śląska. I pamiętaj, tych rzeczy nigdy się nie da połączyć!”. Na szczęście, moja żona łączy w sobie i cechy tradycyjnej śląskiej kobiety, i tę wylewną miłość, której Ślązaczki podobno nie znają. A wracając do mojej babci, to właśnie od niej uczyłem się wielu tradycji, bo one już nawet w pokoleniu naszych rodziców zanikały.
Katarzyna: A ja tradycji uczyłam się od Krzysia. Przepisy na śląskie potrawy brałam od jego mamy. U nas w domu takich się nie jadło.
◗ Naprawdę te potrawy aż tak bardzo się różnią?
Katarzyna: Śląski obiad, bez którego Krzysiu nie wyobraża sobie niedzieli, wygląda zawsze dokładnie tak samo: rosół z makaronem, mięsna rolada (odpowiednik tzw. zawijańca z centralnej Polski), czerwona kapusta, kluski śląskie. Zawsze, gdy Krzysiu wraca do domu, staram się taki obiad przygotować.
![]() |
| Krzysztof Respondek hoduje szczygły syberyjskie. fot. Ryszard Dziedzic |
◗ Czy kluski śląskie to to, co w całej Polsce znamy pod tą nazwą?
Krzysztof: Nie. Pani pewnie zna białe, natomiast prawdziwe kluski śląskie są ciemne. Zresztą, nie ujmując niczego mojej żonie, która świetnie gotuje, kluski, jakie robiła moja babcia, są nie do pobicia. To nie jest kwestia przepisu, może coś było w sposobie zagniatania ciasta. Trudno powiedzieć, każda kobieta ma swój styl gotowania. To był mój smak dzieciństwa. Ale choć śląska kuchnia jest smaczna, muszę przyznać, że jest także niezdrowa, tłusta i ciężka. Dlatego prawdopodobnie my, Ślązacy, żyjemy krócej niż Polacy z innych regionów kraju. Mówił o tym słynny kardiolog z Zabrza.
◗ Śląska tradycja to także hodowanie gołębi, a Pani mąż hoduje…
Katarzyna: …szczygły syberyjskie! Mówi, że go uspokajają. Mnie raczej rozdrażniają, ale wiem, że muszą być [śmiech].
Krzysztof: Fascynowały mnie od dziecka. To piękne, bardzo kolorowe ptaki. Włoska legenda głosi, że Pan Bóg stworzył je jako ostatnie swoje dzieło – wziął wszystkie farby, jakie mu zostały, wymieszał je i namalował właśnie szczygła! A co do ptaków, które hodowali górnicy, to nie tylko gołębie, lecz także kanarki… I to ze względów bezpieczeństwa! Dawniej nie było przecież czujników metanu. Ptaki zabierało się na dół, do kopalni. Gdy kanarek zaczynał się puszyć i niepokoić, to oznaczało, że coś jest nie tak, że trzeba uciekać. Potem w kopalniach pojawiły się czujniki gazu, ale w górniczych domach zostały kanarki. Górnicy mieli też gołębie, króliki, bo lubili coś hodować.
Katarzyna: Jeśli mówimy o śląskich tradycjach, to ważne jest jeszcze to, że w domu męża mówiło się gwarą, a w moim nie. Zresztą on do dziś potrafi mówić gwarą. Ja czasami dla żartu lubię sobie „pogodać”, ale jak twierdzi Krzysiu, nigdy się tego języka nie nauczę, bo z tym śląskim akcentem trzeba się urodzić.
◗ A Państwa córki?
Katarzyna: Florentyna ma 7 lat i wydaje mi się, że nie bardzo rozumie, co to jest gwara. Antonina, która ma 17 lat, czasem mówi gwarą, ale to takie żarty z koleżankami. Brała też udział w różnych śląskich spektaklach. W szkole w ostatnich latach zmieniało się podejście do języka śląskiego, a jeszcze kilkanaście lat temu traktowano go z niechęcią i próbowano wyplenić. Dziś kultywuje się śląskie tradycje, organizując konkursy, na których dzieci recytują wiersze po śląsku. W szkole, w której pracuję, od 10 lat organizujemy konkurs gwary śląskiej i chociaż nie mam śląskich korzeni, to jako organizator tej imprezy się sprawdzam.
Krzysztof: Widzimy, jak gwara na naszych oczach zanika. A przecież nasze małe ojczyzny to we wspólnej Europie cała nasza siła. Komuniści robili wszystko, by je po cichutku zniszczyć.
◗ Dlaczego więc nie uczy Pan córek gwary?
Krzysztof: Bo to już nie jest ta sama gwara, którą pamiętam z dzieciństwa. Moja babcia i ciotki mówiły pięknie, melodyjnie po śląsku, ale takiego języka, już się prawie nie słyszy. A poza tym gwara stała się jakaś taka twarda, wulgarna, bulwarowa. Gdy mówi nią facet, to jeszcze naturalne, ale ładna dziewczyna, mówiąca takim szorstkim jak papier ścierny językiem, drażni.
◗ Czy tu, w Tarnowskich Górach, jesteśmy na typowym Górnym Śląsku?
Krzysztof: Na obrzeżach Górnego Śląska. Nasze miasto ma piękne tradycje. Mało kto wie, że to właśnie w Tarnowskich Górach Marysieńka żegnała Sobieskiego przed wyprawą na Wiedeń. Tu gościł Goethe. Nazwa miasta nie pochodzi, jak myślą niektórzy, od gór, ale od gor, bo tak nazywano kopalnie. Ale nie węgla! W Tarnowskich Górach wydobywano rudy żelaza, ołowiu i srebra. Pod naszym domem są dawne sztolnie! Grunt się zapada, z tego powodu nawet dom się trochę przechylił. Mniej więcej kilometr od nas jest zabytkowa kopalnia rud srebronośnych, którą można zwiedzać. Kiedyś byłem w niej przewodnikiem. Właściwie to głównie… zabawiałem ludzi.
◗ To było jeszcze przed Kabaretem Rak?
Krzysztof: Tak. To były takie czasy, w których aktorzy imali się różnych zajęć, żeby zarobić. Nawiasem mówiąc, wszyscy koledzy z Kabaretu Rak pracowali w kopalni – Krzysztof i Grzegorz jako górnicy, ja jako przewodnik.
![]() |
| Rodzina Respondek. fot. Ryszard Dziedzic |
◗ Zazwyczaj mówi się, że na Śląsku mężczyzna przynosi pieniądze, zaś kobieta zajmuje się domem. Czy Pan się zgadza z takim podejściem?
Krzysztof: Jestem w tym względzie konserwatystą. Uważam, że nie da się wychowywać dzieci, gdy oboje rodzice robią kariery. Wiem, że uprawiając taki zawód jak mój, jest się nieobecnym nie tylko wyjeżdżając. Człowiek jeszcze długo po zejściu z planu myśli nad rolą. Odczuwam jednak wielki spokój, wiedząc, że kiedy nie mogę poświęcić córkom wystarczająco dużo uwagi, żona świetnie wypełnia tę lukę. Moim zdaniem któreś z rodziców musi zrezygnować z kariery.
◗ A Pan byłby w stanie zrobić coś takiego dla rodziny?
Krzysztof: Tak.
Katarzyna: Potwierdzam to.
Krzysztof: W pewnym momencie, gdy zorientowałem się, że moja pensja w teatrze w Chorzowie nie pozwala zapewnić bytu rodzinie, poszedłem do dyrektora z wypowiedzeniem. Chciałem zmienić zawód. Ale wtedy nieoczekiwanie dyrektor nie zwolnił mnie, tylko dał rolę Che Guevary, która całkowicie zmieniła moje życie zawodowe. Od niej właściwie wszystko się zaczęło, choć wcześniej zagrałem wiele ról… Dlatego nie zgadzam się z opinią, że trzeba bardzo chcieć zrobić karierę, by ją zrobić. Czasami lepiej nie chcieć. Mimo że zawód ten należy traktować bardzo poważnie, to trzeba jednak mieć do niego pewien dystans. To pozwala w razie niepowodzeń zachować równowagę psychiczną.
Katarzyna: Wróćmy jeszcze do Pani pytania. Czasy, w których śląskie kobiety tylko siedziały w domu, zmieniły się. Kobiety pracują zawodowo, rozwijają się. Ja też. Ale równocześnie lubię, by w domu było ugotowane, posprzątane, żeby dom miał swój rytm. Jako rodzina cierpimy, gdy coś nam ten rytm burzy. Nie przepadamy nawet za długimi podróżami. Najlepiej czujemy się w domu – co nie znaczy, że nie podróżujemy. Ale nie jest to naszą życiową pasją, czasem jedziemy trzy razy w to samo miejsce, bo jest wygodnie.
◗ Całą rodziną?
Katarzyna: Tak! Antonina, choć ma już 17 lat, nadal chce z nami jeździć i nawet to ona mobilizuje nas do tych wspólnych wyjazdów.
◗ A śpiewacie razem?
Katarzyna: Niestety, nie mamy takich talentów jak mąż. Ale lubimy zejść z nim do piwnicy, gdzie ma swoje studio, i posłuchać, jak śpiewa „do słoików”. Antonina zrezygnowała nawet ze szkoły muzycznej, bo woli szkolny teatr i grę w serialu. Ma też zdolności manualne i matematyczne. Może kiedyś zrealizuje moje niespełnione marzenia o architekturze? Tylko Florentyna podziela wszystkie pasje męża. Tak jak on kocha ptaki i w ogóle zwierzęta. Sama uczy się grać na pianinie, a nuty przynosi jej dziadek.
◗ Gdy mąż wygrał ostatnią edycję programu „Jak oni śpiewają”, wybrała Pani jako podróż marzeń wycieczkę do Rzymu. Dlaczego?
Katarzyna: Od pewnego czasu marzyliśmy, by tam pojechać, bo to ważne dla Polaków miejsce. Lecz brakowało czasu i determinacji. Mimo urlopów w północnych Włoszech, nigdy do Rzymu nie dojechaliśmy. Mąż ciągle obiecywał, że mnie tam zabierze, gdy odpadnie z „Jak oni śpiewają”, ale akurat… wygrywał. Poza tym nie przepadamy za dalekimi wyprawami, a to krótka podróż, która nie zdezorganizuje życia rodzinnego.
◗ Nigdy nie myśleli Państwo o wspólnej przeprowadzce do Warszawy?
Krzysztof: Starych drzew się nie przesadza [śmiech]. Gdy człowiek ma czterdziestkę, nie pora na takie decyzje. Poza tym aktorzy raczej uciekają z wielkiego miasta.
Katarzyna: Mąż już wiele lat temu miał propozycję przeniesienia się do stolicy oraz propozycje dobrych ról w warszawskim teatrze. Skoro jednak wiele lat temu podjęliśmy decyzję, że zostajemy na Śląsku, to tym bardziej nie przeprowadzimy się teraz.
Krzysztof: Kariera jest czymś ulotnym. Dzisiaj jest, jutro jej nie ma. Nie warto dla niej w tym momencie życia, w którym jestem, wywracać wszystkiego do góry nogami. Chciałbym do końca życia mieszkać w małym miasteczku, gdzie wszyscy się znają i ze sobą rozmawiają. A nie, jak w wielkim mieście, tylko się mijają. Gdy ktoś umiera w wielkim mieście, umiera anonimowo. W małym miasteczku ma to wymiar człowieczeństwa, żegnają go prawie wszyscy mieszkańcy.
◗ Dziękuję za rozmowę i życzę, by żyli Państwo długo wraz z rodziną tam, gdzie jesteście szczęśliwi.