![]() |
| Zdjęcie licencjonowane przez Ingram Image |
Wydawać by się mogło, że z czym jak z czym, ale właśnie z mówieniem nie mamy żadnych problemów. Okazuje się jednak, że bardzo często wiemy, co chcielibyśmy powiedzieć, lecz mówimy coś dokładnie odwrotnego. W decydującym momencie uśmiercamy słowa zrodzone w głębi naszego „ja”, a w ich miejsce wypowiadamy coś, co już nie jest nasze, ale stanowi skomplikowany kompromis pomiędzy tym, co powinniśmy, a tym, czego się od nas oczekuje.
Wcale też nie jest prawdą, że wygadane czy bardzo bezpośrednie osoby nie mają problemu z wyrażaniem siebie. Agresywny sposób komunikowania jest zazwyczaj jakąś formą maskowania się przed otoczeniem i próbą umocnienia swojej pozycji. Lecz pyskaci to najczęściej ludzie zagubieni i słabi. Poza tym, jeśli nawet ktoś twierdzi, że zawsze mówi to, co myśli, nie oznacza jeszcze, że mówi prawdę.
Skąd jednak ta refleksja?
Od kilkunastu dni chodzę do hospicjum odwiedzać umierającą ciotkę Wiktorię. Żyła cicho i umiera cicho – tak można by streścić 92 lata jej przebywania na tym łez padole. Nie skarży się na nic, mimo że z powodu ustania pracy nerek ból przeszywa całe jej ciało. Nie protestuje, gdy każą jej jeść, odwrócić się, gdy wkłuwają kolejne igły, bo znów pojawił się na żyle zator i kroplówka nie schodzi. Cały czas jest przytomna. Ściska mnie w gardle, gdy pyta, dlaczego nie przyjechałem z żoną. Myślałem, że już nie kojarzy, a ona pamięta jej imię, a także imiona naszych dzieci. Tłumaczę, że jutro będziemy wszyscy.
Nazajutrz przyjeżdżamy, ale jakiś kolejny wylew spowodował, że ciotka Wiktoria straciła mowę. Patrzy na nas tym swoim wzrokiem, bez pretensji czy żalu, tylko jakby chciała coś powiedzieć. Ale co? Nie wiem.
Z dnia na dzień jej stan się pogarsza. Traci przytomność. Nawet gdy otwiera oczy, nie rozpoznaje nikogo. Mimo to każdego dnia po pracy jadę do niej. Obok leży drobniutka kobieta. Zawsze na powitanie się uśmiecha, potem jej twarz zastyga w bezruchu, jakby bardzo intensywnie o czymś myślała.
Zaczynamy rozmawiać.
– Ciocia nie miała rodziny? Bo pan jest chyba dalszym krewnym?
– Wszyscy już nie żyją. Została tylko dalsza rodzina.
– Jak pan widzi, tu sami starcy. Noce są nieraz okropne, bo niektórzy krzyczą w niebogłosy. A ona cicha jak myszka. Zawsze taka była?
– W pewnym sensie tak, ale nie uważam, żeby to była jej prawdziwa natura. Myślę, że to narastało, bo nie dawano jej szansy swobodnie się wyrażać. Takie życie… Kilka razy widziałem, że szykowała się do powiedzenia czegoś, ale kończyło się milczeniem, jakby sama wątpiła w sens swoich słów. I wtedy jej uniesiona oddechem pierś opadała spokojnie, a na twarzy rysował się spokój, jakby uśmiechała się do myśli, których i tak nikt nie usłyszy.
– Dlaczego ludzie nie mówią o tym, co myślą? A gdy już zdobywają się na odwagę, to jest za późno, bo nie ma komu słuchać.
– A pani poradziła sobie z tym wyzwaniem?
– Ja? Nie wiem. Teraz, gdy tutaj leżę i czekam na śmierć, mam dużo czasu na myślenie. Zawsze byłam w życiu pewna tego, co robiłam, i miałam przekonanie, że mówiłam to, co chciałam powiedzieć. Teraz, gdy przypominam sobie różne wydarzenia z mojego życia, tracę tę pewność. To zastanawiające, ile pamiętam, z najdrobniejszymi szczegółami. Przypominają mi się właśnie te sytuacje, które mogły zmienić bieg mojego życia, wszystko zależało od mojego stanowiska.
– Czy nie jest tak, że patrząc z perspektywy czasu, zmienilibyśmy wiele swoich decyzji. Gdy jednak były one podejmowane, w określonych warunkach, nie mogliśmy inaczej postąpić, niż postąpiliśmy.
– Mówi pan tak, jak piszą w książkach, a ja uważam, że często w podjęciu właściwej decyzji przeszkadza nam lęk – głęboko ukryty, paraliżujący lęk. Ponieważ trudno nam się do niego przyznać, próbujemy go zakryć różnymi wyjaśnieniami i, owszem, zyskujemy chwilowy spokój, ale tracimy coś najcenniejszego – tracimy jakąś część prawdy o sobie.
– Trochę nie rozumiem. Chce pani powiedzieć, że w najważniejszych momentach życia panikujemy i pozwalamy, by działo się tak, jakbyśmy nie chcieli?
– Często. Niestety zbyt często. A wszystko przez ten lęk przed wypowiedzeniem słów, które nam płyną prosto z serca albo z mózgu, jak kto woli. Tłumaczenie tego lęku zdrowym rozsądkiem to wyrafinowana, ale marna sztuczka. Ja dziś czuję się bardzo oszukana przez ten mój zdrowy rozsądek.
– Teraz to jeszcze mniej rozumiem. Przecież zdrowy rozsądek to właśnie ucieleśnienie naszego „ja”.
– Proszę mi wybaczyć, ale jest pan aż tak naiwny, by wierzyć w ten nonsens? Tak zwany zdrowy rozsądek, który uznaje pan za swoje „ja”, ma niewiele wspólnego z tym, kim pan jest naprawdę. Istotą zdrowego rozsądku jest przede wszystkim to, jakim inni chcą pana widzieć. Tak bardzo nam zależy na akceptacji ze strony innych, że to, co mówią i myślą, uznajemy za swoje, nadając temu miano „zdrowego rozsądku”. Naprawdę nigdy pan tego nie zauważył? Wygląda pan na człowieka inteligentnego.
– Nagana z pani ust nie zraża, choć nie powiem, żeby była przyjemna.
– Przyjemnie jest dopiero wtedy, gdy człowiek upora się z prawdą. Zanim to nastąpi, mamy do czynienia jedynie z głupią sielanką, która wielu wydaje się szczęściem.
– Kiedy pani poznała prawdę?
– Zbyt późno, bo szukałam jej sama, bez żadnej pomocy. Wiedza znajdująca się w książkach pomaga szukać, ale najważniejsze jest doświadczenie – własne doświadczenie. To za mało, że inni przekazują nam swoje doświadczenia. Najważniejsze jest posiadać mądrość zdobytą przez siebie. Życie się ze mną nie pieściło. Gnało mnie do przodu, obarczyło mnóstwem obowiązków. Nie było czasu zastanawiać się nad sobą. Nawet gdy znalazła się chwila, to byłam tak umęczona pracą, że pozbieranie myśli graniczyło z cudem. Wszyscy wokół mnie tak żyli. Przypominaliśmy zwierzęta w stadzie, które z dnia na dzień wykonują te same zajęcia. A przecież nosiłam głęboko w sercu wielki skarb – siebie. I wiedziałam, że niezależnie od tego, czy razem z innymi, czy wbrew wszystkim, chcę się rozwinąć, zaistnieć, być szczęśliwa. Jednak zawsze, gdy dawałam znać o tych swoich pragnieniach, inni patrzyli na mnie z politowaniem, niechęcią, a nawet wrogością. Prowadziłam więc tę walkę o siebie z ukrycia. To być może sprawiło, że na zewnątrz byłam twarda, trochę niedostępna. Nie miałam wyjścia. Gdybym odsłoniła przed ludźmi moje serce, zdeptaliby mnie z pogardą, bo ludzie nie tolerują, gdy ktoś chce być inny.
Wtem drzwi do sali się otwarły i weszła pielęgniarka.
– Przepraszam, ale musi pan teraz wyjść, bo będziemy zmieniać opatrunki.
– Jasne, zresztą i tak już byłem długo.
Popatrzyłem w stronę ciotki Wiktorii. Leżała nadal nieprzytomna i ciężko oddychała. Zabrałem płaszcz i teczkę i zatrzymałem się przy łóżku kobiety, z którą rozmawiałem.
– Jutro też przyjdę. Może dokończymy rozmowę?
– Jutro pewnie jeszcze tu będę, ale niech się pan spieszy – powiedziała z lekko gorzkim uśmiechem – w moim wieku wystarczy chwila i już się jest na tamtym świecie.
– Mam jednak nadzieję na spotkanie. A jeśli wolno zapytać, jak ma pani na imię?
– Róża.
– Piękne i rzadko spotykane imię.
Uśmiechnęła się tylko i nic już nie odpowiedziała.
Następnego dnia z niecierpliwością spoglądałem na zegarek, czekając, kiedy wreszcie skończą się godziny pracy. Bardzo chciałem już spotkać się z panią Różą. Tak jakbym się obawiał, czy zdoła mi opowiedzieć wszystko, zanim rzeczywiście przyjdzie jej odejść z tego świata.
Gdy wszedłem na salę i zobaczyłem jej uśmiech, odetchnąłem z ulgą. Przywitałem się i podszedłem do ciotki Wiktorii. Leżała w bezruchu i nadal ciężko oddychała. Położyłem rękę na jej głowie, aby chociaż w ten sposób dać do zrozumienia, że jestem. Miałem wrażenie, że się poruszyła, aby mi odpowiedzieć.
– W nocy coś majaczyła. Raz czy dwa chyba zawołała: „Franciszek!” – powiedziała pani Róża.
– Jej mąż tak miał na imię. Zmarł przed dwudziestu laty.
– Mój też już nie żyje od dziesięciu lat, ale gdy miłość jest prawdziwa, to śmierć dla niej nic nie znaczy. Pewnie jej Franciszek już po nią idzie…
Mój Zbyszek był mi najdroższą osobą na świecie. O nim jednym mogę powiedzieć, że nigdy mnie nie skrzywdził. Dziś mam żal do siebie, że może mogłam bardziej okazać mu, jak bardzo go kochałam. On zawsze tak czekał na moje słowa. Zawsze patrzył na mnie z tym blaskiem w oczach. Nigdy mu się nie znudziłam. Nawet gdy musiał słuchać tego mojego babskiego gadania o wszystkich rzeczach naraz. On naprawdę mnie słuchał.
Zawsze coś mnie blokowało, by objąć go całego tą miłością, którą naprawdę go kochałam. Podświadomie czułam jakiś lęk przed mężczyznami. Być może z powodu ojca, który był trudnym człowiekiem. Źle traktował mamę. To, czego żądał, musiało być bezwzględnie wykonane. Tylko raz mu się sprzeciwiłam i okupiłam to sińcami. Potem zaciskałam usta i milczałam, gdy chciałam mu pokazać, że się z nim nie zgadzam. Patrzył na mnie prowokującym wzrokiem, jakby chciał powiedzieć: „Tylko się odezwij, a zobaczysz, czym to się skończy”. Nie odezwałam się, choć trzeba było, nawet gdyby miało boleć. Dziś żałuję tego, że nie broniłam mamy inaczej, jak tylko tym biernym oporem. Do dziś widzę ten jej błagalny wzrok. Słowa cisnęły mi się na usta, a ja milczałam i przełykałam gorzkie łzy. Gdy byłam sama, krzyczałam, żeby dać upust nagromadzonemu gniewowi, ale wtedy tylko ściany lub drzewa były mi świadkami.
Rozgadałam się znów, a pan musi słuchać.
– Chcę słuchać, bo to trochę tak, jakbym stawał się uczestnikiem pani życia.
– A pan umie mówić? Bo mężczyźni to zazwyczaj kaleki, jeśli chodzi o wyrażanie najgłębszej prawdy o sobie.
– Chyba nie wybijam się ponad przeciętną. Relacje z ludźmi traktuję często jako sztukę dyplomacji. Gdy zdarza się – bardzo rzadko – że mówię otwarcie, to lecą wióry, a potem jest lawina przykrych konsekwencji. Mam wrażenie, że żyjemy w świecie, który absolutnie nie jest przygotowany na przyjmowanie prawdy. Owszem, możemy o tej prawdzie pisać w książkach, możemy ją wygaszać na prelekcjach. Dopóki jest ona skierowana do ogółu, wszyscy zazwyczaj jej przytakują, ale gdy zaistnieje w relacji między konkretnymi ludźmi, dzieją się rzeczy nieprzewidywalne. To znaczy przewidywalne: tracimy przyjaciół, znajomych i zyskujemy miano chamów albo idiotów.
– Ile razy zdecydował się pan powiedzieć komuś to, co pan naprawdę myślał?
– Szczerze? Bardzo rzadko. Presja konsekwencji jest tak wielka, że zazwyczaj w ostatnim momencie się wycofuję. Potem tłumaczę sobie, że i tak nie było sensu mówić temu komuś prawdy, ponieważ nie przyjąłby jej, a ja bym tylko sobie zaszkodził, ale te tłumaczenia są pewną formą samooszukiwania.
– No tak, w tym to akurat jesteśmy bardzo dobrzy.
– Była jednak pewna sytuacja, w której nic mnie nie powstrzymało i do dziś jestem pewny, że postąpiłem właściwie.
– A jednak!
– Tak. Mam nadzieję, że pani nie zgorszę.
– Mnie? Jestem już za stara, by się gorszyć. Widziałam w życiu zbyt wiele.
– Była kolęda. Nigdy nie wiedzieliśmy wcześniej, który ksiądz przyjdzie. W duchu modliłem się, żeby to tylko nie był ks. Michał, który niestety słynął z grubiaństwa. Postanowiłem sobie jednak, że nawet jeśli będziemy mieć pecha i trafimy na niego, to tak będę się starał pokierować tym spotkaniem, żeby obeszło się bez problemów. Niestety, często jest tak, że spada na nas to, czego się obawiamy. Gdy zadzwonił dzwonek i otworzyłem drzwi, na progu stał ks. Michał. Już w drzwiach wypalił do mnie: „A, to ty. Coś cię ostatnio nie widziałem na mszy o ósmej!”. Przełknąłem z trudem to, że mówił do mnie na „ty”, i zamiast chrześcijańskiego pozdrowienia zaczął wizytę od bezsensownego komentarza. Gdy wszedł do pokoju, wymamrotał niedbale jakąś modlitwę, a kropiąc mieszkanie wodą święconą, wypowiadał swoje uwagi na temat wystroju pomieszczeń. Moja żona patrzyła na mnie błagalnym wzrokiem, żebym wytrzymał, i wytrzymywałem, ale do czasu. Miara się przebrała, gdy zaczął dokuczać naszym dzieciom, a żonie wydał polecenie, żeby zrobiła mu herbatę. Wstałem i choć czułem, że drżą mi ręce ze zdenerwowania, stanowczo wyprosiłem go z mieszkania. Powiedziałem mu, że Kościół wyświęcił go na pasterza, ale skoro zachowuje się jak pastuch, to w moim domu nie ma czego szukać. Ks. Michał był zawsze tak pewny siebie, że dopiero po chwili dotarło do niego, co powiedziałem. Zrobił się czerwony ze złości, ale zanim zdążył coś powiedzieć, wziąłem go pod rękę i wyprowadziłem za drzwi. Serce pracowało mi jak tłoki rozpędzonego samochodu, a koszula była mokra od potu, ale czułem, że wszystko jest na swoim miejscu – na dobrym miejscu. Ta wizyta nie mogła się skończyć inaczej. Dla porządku poszedłem powiadomić proboszcza o całej sprawie. Słuszność mojego zachowania potwierdziło to, że serdecznie mi dziękował za to, co zrobiłem. Wyznał, że nikt nie miał odwagi przywołać do porządku ks. Michała. Byłem jedynym, który postawił zaporę jego chamstwu.
– I cóż miałoby mnie zgorszyć w tej historii?
– No nie wiem. To, że tak potraktowałem księdza.
– A cóż to? Ksiądz przecież nie jest świętą krową. Jemu też trzeba przypomnieć właściwą drogę, gdy się pogubi.
Za chwilę będzie zmiana opatrunków, więc znów pana wyproszą. Jutro pan też przyjdzie?
– Przyjdę.
– Czyli do zobaczenia!
– Spokojnej nocy!
– Jeśli dożyję do jutra, to opowiem panu o mojej największej tajemnicy. Teraz, gdy umieram, tajemnica może stać się jawna. Wyjawienie jej przed czasem byłoby zdradą.
– Pewnie będzie to coś bardzo wyjątkowego – powiedziałem z lekkim zamyśleniem i po chwili dodałem – Nie potrzebuje pani czegoś?
– Teraz potrzebuję już tylko kogoś, kto mnie wysłucha. Miałam nadzieję, że będzie to moja córka, ale ona niestety zginęła w wypadku. A wnuki, cóż, rozproszyły się po świecie. Dzwonią tu do mnie, nawet zostawili mi telefon. Nie wiem, dlaczego nazywają go komórką, bo mnie ta nazwa kojarzy się tylko z jednym. Oni myślą, że ten telefon zapewnia kontakt. Nawet nie wiedzą, jak się mylą. Przez telefon można podyktować przepis na zupę lub umówić się na spotkanie. Ale cóż, inne czasy i nowe zwyczaje… Niech już pan idzie, bo znów się rozgadam – powiedziała z tym swoim charakterystycznym uśmiechem.
Następnego dnia byłem jak zwykle w pracy, ale moje myśli krążyły nieustannie przy pani Róży. Piętnaście minut przed szesnastą szef chciał mi zlecić jakieś zadanie, ale powiedziałem mu, że wychodzę punktualnie. Nie był zachwycony, ale dla mnie w tym momencie ważniejsze było coś innego – spotkanie z tą staruszką. Bardziej niż kiedy indziej wkurzałem się na korki w mieście, ale nie mogłem nic poradzić, bo do hospicjum wiodła tylko jedna droga. Na dodatek były jakieś prace na skrzyżowaniu, przez co utknąłem w korku na dobre dwadzieścia minut. Gdy wreszcie dotarłem na miejsce, wbiegłem szybko po schodach, otworzyłem drzwi i zamarłem w bezruchu. Ciotka Wiktoria leżała z zamkniętymi oczami, podłączona do kroplówki, a na miejscu pani Róży zobaczyłem jakąś inną staruszkę.
– Czy pani wie, co się stało z tą kobietą, która leżała na tym łóżku? – zapytałem zupełnie zbity z tropu, przeczuwając najgorsze.
– Nie wiem, proszę pana. Ja tu jestem dopiero od dzisiaj.
Wyszedłem, żeby poszukać pielęgniarek. Jedna z nich powiedziała mi, że panią Różę przewieziono w nocy na inną salę, bo straciła przytomność. Gdy stanąłem przy jej łóżku, leżała nieruchomo, a jedynie odgłosy aparatury potwierdzały, że jeszcze żyje. Nawet nie słyszałem, kiedy w sali pojawiła się pielęgniarka. Powiedziała:
– Zanim straciła zupełnie przytomność napisała coś na kartce i powiedziała, żeby to oddać mężczyźnie, który jutro przyjdzie. To pewnie chodziło o pana.
Wziąłem od niej kartkę, na której był napisany adres, a pod nim dopisek: „W szufladzie jest wyjaś…” i dalej już tylko długa kreska.
A potem było to, co zwykle dzieje się w ludzkim życiu: śmierć, pogrzeb i kopczyk ziemi na cmentarzu.
Na pogrzebie spotkałem jednego z wnuków pani Róży. Reszta rodziny nie zdołała przyjechać z zagranicy. Pokazałem mu list i wyjaśniłem, skąd go mam. Pod wskazanym adresem było mieszkanie pani Róży. Czułem się trochę niezręcznie i obawiałem się, że mogę wyglądać na intruza, który omotał staruszkę, aby wyciągnąć od niej jakieś kosztowności czy coś innego. Ze strony wnuka pani Róży też wyczuwałem jakiś dystans. Mimo to udaliśmy się do domu jego babki. W rogu pokoju stała duża drewniana komoda. Wnuk pani Róży zaczął otwierać szuflady i sprawdzać ich zawartość. Były tam jakieś ubrania, obrusy, ręczniki. Dopiero w najniższej z szuflad leżał gruby, stary zeszyt. Wnuk pani Róży przekartkował go kilka razy. Nie było nic oprócz zapisanych ołówkiem stronic.
– Pewnie babci o to chodziło – powiedział. – Jest pana, ja nie lubię się grzebać w starych historiach.
– Może poda mi pan swój adres, gdyby się okazało, że w tym zeszycie jest coś cennego.
– Mogę podać, ale niech się pan nie trudzi. Babcia nie żyje i historia jest zamknięta. Po co do tego wracać? Zresztą z tego, co widzę, to w zeszycie są jedynie jakieś jej osobiste zapiski, przemyślenia. Skoro je panu podarowała, to widocznie miała w tym jakiś cel. Dlatego niech pan to zatrzyma.
Niby ma rację – pomyślałem. – Historia zamknięta. Ale czy na pewno? A może właśnie w tym zeszycie tkwi klucz do kontynuowania historii, tyle że lepiej? Może jest w nim coś, co człowiekowi poszukującemu odpowiedzi na najważniejsze pytania przyniesie bezcenną wskazówkę, jak żyć?
Czyż nie jest tak, że często wysilamy się przy wyważaniu drzwi, które dawno już zostały otwarte?