![]() |
| Wizyta niepełnosprawnych uczestników wyprawy na Kilimandżaro w wiosce Masajów, którzy ugościli ich pieczoną… kozą. fot. Marek Kowalski/Fundacja Mimo Wszystko |
Kiedy kompletowałam do tej wyprawy grupę osób niepełnosprawnych, wskazałam tych, którzy według mnie mają w sobie nieprawdopodobną siłę. Mimo trudnej sytuacji zdrowotnej, wszyscy już swoje Kilimandżara zdobywali. Pomyślałam, że dojdą, bo są pełni wiary w siebie i radości, dawno odbili się od cierpienia, załamania mają za sobą. Nikt z nich nie odmówił. Wszyscy chcieli iść. To był ich świadomy wybór” – opowiada, nie kryjąc wzruszenia, Anna Dymna, prezes Fundacji „Mimo Wszystko”, organizatora projektu Kilimandżaro 2008. W ten sposób dziewięciu niepełnosprawnych, którzy wcześniej się nie znali, razem zmierzyło się z afrykańską górą. Wielu z nich tę wyprawę zadedykowało swoim rodzinom.
Wózek w buszu
Przeciwności mnożyły się przed nimi od samego początku. Najpierw okazało się, że samolot, którym mieli lecieć do Amsterdamu, nie wystartuje na czas, a jego opóźnienie mogło spowodować, że uczestnicy wyprawy nie zdążą na kolejny lot, z Amsterdamu do Kenii. Na szczęście się udało i po 9 godzinach wylądowali w Nairobi. Jednak nie był to koniec trudności. Pierwszego dnia wspinaczki wyruszyli autobusem do Parku Narodowego. Po drodze pojazd zawadził o kabel. Z dachu spadły wózki alpejskie Angeliki Chrapkiewicz i Piotra Truszkowskiego oraz rower Jarosława Roli. „Rower mocno się nie uszkodził, jeden wózek udało nam się naprawić, ale drugi nie nadawał się już do użytku – wspomina Łukasz Żelechowski. – Jednak Opatrzność Boża czuwała nad nami, w buszu znaleźliśmy doskonały, nieużywany wózek. To było niesamowite”.
Zaczęli atakować szczyt o godzinie 15.00. Podłoże wulkaniczne okazało się bardzo trudne do przejścia. Najciężej było pokonać ten odcinek osobom poruszającym się o kulach. Krzysztof Głombowicz przeszedł mały kryzys, walcząc z zapadającymi się co krok kulami. Mimo to szedł dalej, aż dotarł do obozu. Sprawdził się rower Jarosława Roli. „Nie miałam świadomości, że przez wiele godzin będziemy wędrować w tufie wulkanicznym, czyli rodzaju piasku wulkanicznego, który unosi się wszędzie wokół. Przeszkadza w oddychaniu, ma się go pełno w ustach, na skórze, w butach, na spodniach, wszędzie. To nieprzyjemne, a dodatkowo brodzenie w tej pylącej nawierzchni niezwykle utrudnia marsz” – opowiada Katarzyna Rogowiec. „Od początku trudne okazało się dla mnie radzenie sobie z przyziemnymi rzeczami, takimi jak choćby toaleta, którą była zwykła dziura w ziemi” – przyznaje Angelika Chrapkiewicz. Miejscowi przewodnicy starali się podsycać śpiewem dobre nastroje uczestników. Zaczęli od piosenki o Kilimandżaro. Ostatecznie o godzinie 20.00 uczestnicy dotarli w komplecie do Marangu Gate-Mandara Hut na wysokości 2700 m n.p.m. Pierwsze zmagania były już za nimi. Kładąc się spać, mieli przed oczyma twarze bliskich. Łukasz Żelechowski tęsknił za żoną i córeczką, którym dedykował tę wyprawę.
![]() |
| Jaś Mela w drodze na szczyt. fot. Marek Kowalski/Fundacja Mimo Wszystko |
Góry weryfikują wszystko
Z każdym następnym metrem wspinaczka była trudniejsza. Drugiego dnia maszerowali od 5.30. Zmęczenie zaczynało się dawać we znaki wszystkim. Kolejny odcinek drogi między 2700 a 3700 m n.p.m. uczestnicy wyprawy rozpoczęli od podziału na grupy. W pierwszej znalazł się Krzysztof Gardaś z Łukaszem Żelechowskim i Jackiem Grzędzielewskim, dyrektorem firmy sponsorującej wyprawę, który stał się „oczami” Łukasza. Krzysztof Głombowicz został z tyłu. Poważnie obtarł nogę i każdy krok sprawiał mu ból.
„Wyprawa na pewnej wysokości przestaje być grupą ludzi. Nie wędruje się razem. Idzie się samotnie. Góry weryfikują wszystko. Z każdą kolejną wysokością zmniejsza się wrażliwość na drugiego człowieka – taką refleksją dzieli się z nami po powrocie z wyprawy Katarzyna Rogowiec i dodaje: – Jeżeli ma się cel do osiągnięcia, w tym przypadku wejście na sam szczyt, Uhuru Peak (5895 m n.p.m.), przestaje się myśleć o innych, skupia się bardziej na sobie. Z drugiej strony widzi się trud drugiego człowieka, który nie daje ci spokoju. Gdy miałam do wyboru poprosić niewidomego Łukasza Żelechowskiego, byśmy się zatrzymali i by jego przewodnik podał mi herbatę, lub iść dalej spragniona, wybrałam to drugie. Nie poprosiłam, bo wydawało mi się, że to może spowodować, że Łukasz nie wejdzie. Był już tak zmęczony, że ta przerwa wytrąciłaby go z rytmu. Herbatę miałam we własnym plecaku, ale nie mogłam się sama rozpiąć ani zdjąć kurtki. Czułam się ubezwłasnowolniona, upokorzona własnym ograniczeniem”. Innego zdania jest Angelika Chrapkiewicz: „Ja miałam kogoś, kto był moimi nogami, nie odczuwałam, tak jak Kasia, że każdy idzie sam. Musiałam myśleć, skupić się, by ten ktoś się nie poślizgnął. Dla mnie nie była to tylko moja osobista droga, ale praca zespołowa, związana z tragarzami i przypisanym do mnie ratownikiem z GOPR-u, Bogdanem Bednarzem, który w szczytowym momencie niósł mnie w specjalnym nosidle”. Na tym odcinku dwóch sprawnych uczestników wyprawy złapało wirusa. Pojawiła się gorączka. Mieli problemy z żołądkiem, odwodnili się i osłabli. Kilimandżaro jest wyzwaniem dla każdego, niezależnie od stopnia sprawności.
Choroba wysokościowa
Konieczny był dzień przerwy w wędrówce. Odpoczynek w Horombo Hut na wysokości 3720 m n.p.m. okazał się niezbędny. Musieli nabrać sił. Wraz z wysokością robiło się coraz zimniej. „Ogromnym problemem podczas tej wspinaczki była dla mnie niska temperatura. Ponieważ się nie ruszam, od razu marznę. Próbowaliśmy to rozwiązać maściami, ciepłym ubraniem” – opisuje swoje zmagania Angelika Chrapkiewicz. Niektórym dawały się już we znaki objawy choroby wysokogórskiej: było im niedobrze, bolały ich głowy. „Nie wiem, czy to, że razem z nimi chorowałam na chorobę wysokogórską, im coś pomogło, ale ponieważ jestem aktorką, zawsze wchodzę w drugiego człowieka, aby lepiej go zrozumieć, stawiam się w jego sytuacji. Wtedy znalazłam się w strasznej” – dzisiaj Anna Dymna wspomina to z uśmiechem.
Coraz bardziej doskwierała im tęsknota. „Byliśmy weseli o każdej porze, nawet w chwilach trudnych, rozładowywaliśmy minorową atmosferę zawsze, ale o tęsknocie za bliskimi nie można było zapomnieć, o tych osobach, dla których się szło” – zapewnia Łukasz Żelechowski. Czwartego dnia wędrówki wyruszyli o siódmej rano. Piękny wschód słońca wydał im się dobrą wróżbą. Celem było podejście do schroniska Kibo Hut na wysokości 4703 m n.p.m. „Technicznie ten odcinek nie był trudny, raczej łagodny i przyjemny, ale ciężko się oddychało w rozrzedzonym powietrzu – relacjonuje Łukasz Żelechowski. – Doszliśmy na godzinę 14.00, a o 24.00 mieliśmy atakować szczyt. Trzeba się było przespać. Wszyscy zasnęli w śpiworach, a ja leżę i czuję, jak zaczyna brakować mi powietrza, coraz trudniej oddycham. Wziąłem aspirynę, poczułem się lepiej, przespałem się i zbudziłem o świcie. Dali nam obiad, co postawiło mnie trochę na nogi. Potem położyłem się znowu. Obudziłem się o 21.00 i poczułem, że wszystko miałem lodowate: nogi, stopy, palce. Krążenie zaczęło mi odmawiać posłuszeństwa, trząsłem się z zimna. Włożyłem na siebie wszystko, co miałem: polar, goreteks, spodnie, kurtkę, czapkę, rękawiczki i nadal było mi strasznie zimno. Wszyscy dalej spali, a ja pomyślałem, że jak za chwilę nie wejdę na szczyt, to później nie dam rady. Ale kiedy wstałem i się przeszedłem, tak aby nikogo nie obudzić, jakoś dotrwałem do 23.00. Wtedy razem z innymi napiłem się herbaty, zjadłem ciasteczko i o 24.00 wyruszyliśmy. Mieliśmy przed sobą około 8 godzin wędrówki”.
Obiecali sobie, że będą się nawzajem motywować. Mimo zmęczenia, które wywoływało nieporozumienia w grupie, nadal trzymali się razem. Angelika Chrapkiewicz, jak obiecała, nie raz była czyimiś rękami i oczami, Katarzyna Rogowiec – nogami, Jan Mela wspierał innych optymizmem. Krzysztofowie, choć o kulach, nadawali marszowi odpowiedni rytm. Z każdą godziną sił im ubywało.
O szczegółach wyprawy, uczestnikach i ich zmaganiach ze słabościami, ale także o sile marzeń można przeczytać w książce Małgorzaty Wach Każdy ma swoje Kilimandżaro. Odwaga, ból i determinacja w drodze na szczyt (wydawnictwo Znak, 2008).







