![]() |
| fot. REPORTER |
Nawet najbardziej zachwalane produkty kryją w sobie haczyki. Czasem bywa i tak, że im produkt jest bardziej reklamowany, tym haczyków więcej. Przykładów nie trzeba długo szukać.
![]() |
| fot. REPORTER |
Nawet najbardziej zachwalane produkty kryją w sobie haczyki. Czasem bywa i tak, że im produkt jest bardziej reklamowany, tym haczyków więcej. Przykładów nie trzeba długo szukać.
Nabici w lokatę
Wystarczy dokładnie przeanalizować pierwszą z brzegu reklamę lokaty, aby zorientować się, że bank nie mówi nam wszystkiego. Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że reklam lokat, które rzetelnie informują o wszystkim, nie ma prawie wcale. W grudniu 2008 roku Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów ukarał największy polski bank PKO BP za wprowadzanie klientów w błąd w czasie kampanii reklamowej Max Lokaty. Gdy na początku roku 2008 bank zaoferował lokatę 6% w skali roku, wydawało się, że to najlepsza oferta na rynku. Szybko jednak się okazało, że tak różowo nie jest. Oprocentowanie nie było bowiem naliczane od momentu złożenia depozytu, ale dopiero od 18 marca 2008 roku. A to oznacza, że jeśli ktoś założył lokatę np. na początku lutego, jego pieniądze przez ponad miesiąc traciły na wartości. Co więcej, klient mógł o takim systemie dowiedzieć się dopiero w banku, w reklamie tej informacji nie było. Efekt: 5,7 miliona złotych kary nałożonej na PKO BP.
Łapani na „raty 0%”
„Raty 0%” – jak to pięknie brzmi dla kogoś, kto nie jest świadomy, co może kryć się pod tym hasłem reklamowym, przyciągającym szczególnie do sklepów z elektroniką. Żadnych zaświadczeń z pracy, żadnych wizyt w banku, tylko krótka rozmowa w sklepie, dowód osobisty i wymarzony telewizor plazmowy za 5 tysięcy złotych jest nasz. Teraz wystarczy tylko płacić po 500 zł przez dziesięć miesięcy. Czyżby? W takich przypadkach często doliczana jest prowizja, np. 5% za udzielnie kredytu i 3% za ubezpieczenie kredytu. Razem 8%. A to oznacza, że trzeba jeszcze oprócz 5 tysięcy za telewizor dopłacić 400 zł. Oto prawdziwe „raty 0%”…
Bankomaty za darmo
To kolejne coraz częściej wykorzystywane przez banki hasło reklamowe. Kłopot w tym, że banki oferujące takie udogodnienie można policzyć na palcach jednej ręki. Trzeba więc dokładnie czytać umowy, bo szczególnie tutaj kryje się wiele haczyków. Najczęściej banki pozwalają nam na darmowe wypłaty ze wszystkich bankomatów, ale np. tylko 4 razy w miesiącu, potem za każdą kolejną trzeba płacić co najmniej kilkuzłotowe prowizje. Jeśli jednak nie pobierają prowizji, to ustalają kwoty, od których wypłata jest darmowa. I nie są to niskie sumy, bo sięgają kilkuset złotych. Jeśli z bankomatu weźmiemy mniej – płacimy prowizję. Inne z kolei pobierają prowizje np. za sprawdzenie w bankomacie sumy dostępnych środków.
To tylko niektóre z pułapek, jakie zastawiają na nas banki. W przyszłości z pewnością nie będzie ich mniej, ponieważ rynek finansowy w Polsce cały czas się rozwija. Sposoby zarabiania na klientach będą więc jeszcze bardziej wyszukane. Nasza broń wciąż pozostanie jednak taka sama: czytanie umów i wybieranie tańszych rozwiązań.
Złota lokata
8, 9, 10% w skali roku? Owszem, zdarza się. Warto jednak wczytać się dokładnie w ulotkę, a okaże się, że to oprocentowanie dla tych, którzy dysponują kwotą np. 100 tysięcy złotych. Przeciętny klient, chcący ulokować tysiąc złotych, nie jest już traktowany tak wyjątkowo i dostanie 5% w skali roku. Zakładając lokatę, warto wiedzieć o jeszcze jednej sprawie – bo żaden bank sam pierwszy o tym nie przypomni. Od pieniędzy wypracowanych przez depozyt trzeba zapłać 19% podatku od zysków kapitałowych, czyli tzw. podatek Belki. Na 8-procentowej lokacie za każdy tysiąc złotych zarobimy więc nie 80 zł w skali roku, a niecałe 65 zł…
Tajemnicze różnice
Całkiem spore pieniądze banki zarabiają na klientach zaciągających kredyty hipoteczne w obcych walutach. O czymś takim jak spread wie zaledwie ułamek tych, którzy pożyczają w banku pieniądze na mieszkanie. Spread to różnica między kupnem a sprzedażą waluty. Do spreadu w kantorach każdy jest przyzwyczajony. Wiadomo, że walutę kupujemy po innym kursie niż sprzedajemy. W bankach jest tak samo. Problem jednak w tym, że mogą one dowolnie kształtować tę różnicę. Jeśli sięga ona kilku groszy, problem jest niezauważalny. Są jednak banki, które ze spreadu uczyniły łatwy sposób zarabiania pieniędzy. Jeśli wspomniana różnica sięga 5%, to przy racie 1500 złotych bank zarabia na nas 75 zł miesięcznie. Rocznie to prawie tysiąc złotych, który zamiast zostawać w naszej kieszeni, trafia na konto banku.