◗ Niekiedy bywa tak, że w domu zamieszkiwanym przez dwupokoleniową rodzinę, ale też na przykład w rodzinie niepełnej, pojawia się starsza osoba, babcia czy dziadek, najczęściej schorowani, którym trzeba zapewnić opiekę. Są to sytuacje z wyboru lub z konieczności. Bywają radosne i trudne. Co warto o nich wiedzieć, by najlepiej sobie z nimi poradzić?
Są to na ogół sytuacje, gdy, owszem, powstaje trud dla całej rodziny, ale w olbrzymiej większości przypadków rodzina sobie nie tylko z taką sytuacją radzi, ale wręcz dzięki niej wkracza w nowy etap rozwoju. Pokonuje trudność i potrafi więcej.
◗ Takie sytuacje są zatem korzystne?
Można tak powiedzieć. Opiekowanie się kimś przewlekle chorym jest z jednej strony trudem, a z drugiej odwołuje się do ważnych wartości i istotnych potrzeb – altruizmu, pomagania drugiemu, potrzeby opiekowania się. Ale bywa też tak, że sytuacja dużego trudu okazuje się ryzykiem – powoduje wyczerpanie się zasobów rodzinnych. Jeśli opieka nad kimś przewlekle chorym jest źle zorganizowana, grozi to członkom rodziny wypaleniem się. Wobec nawet szczytnych wartości, może też dojść do przemieszczenia napięcia, agresji. Na przykład: nie wypada się złościć na osobę chorą, konflikt przenosi się więc na kogoś słabszego. Będzie się bardzo dobrym synem dla swego starego ojca, a bardzo surowym dla swojego syna. Gdy nie do końca rozumie się swoje motywacje, kiedy zaprzecza się własnym emocjom, wtedy takie ryzyko istnieje.
◗ Jak więc postępować, aby zminimalizować to ryzyko?
Dobrze jest, by potrzeby wszystkich osób były respektowane. Dlatego trzeba podzielić obowiązki. Ponadto często popełniany jest błąd, że ludzie nie zostawiają sobie miejsca na przyjemność, na rozrywkę, na relaks. Są gotowi spalić się na ołtarzu poświęcenia. Istnieje taka pokusa – wzięcia na siebie roli człowieka skrajnie oddanego. To może być coś pięknego na krótki dystans, a później poza naszą świadomością rośnie zgorzknienie i frustracja. Znam osoby, które na co dzień opiekują się chorą matką i padają wyczerpane. A gdyby jeszcze poszły do przyjaciół albo do kina… Oczywiście, jednym seansem w kinie nie da się zrównoważyć żmudnej pracy przy osobie chorej. Ale staranie o samego siebie, uznanie, że ma się prawo do dbania o siebie, jest czymś ważnym. Chcę podkreślić, że niebezpieczna jest rola osoby skrajnie się poświęcającej. Można się poświęcać, czyli oddać część siebie dla dobra drugiego, natomiast jeżeli to będzie wbrew sobie, wbrew wewnętrznym potrzebom, mogą pojawić się kłopoty emocjonalne.
◗ Jak to rozpoznać?
Ważne, czy człowiek siebie rozumie. Potrzebny jest więc pewien rodzaj wglądu w siebie samego. I dobrze jest też dostrzec konflikt, który jest wewnątrz każdego z nas – między potrzebami a wartościami. Jest coś, czego pragniemy, a jednocześnie jest wartość, która mówi, że tego nie wolno. Albo są dwie potrzeby jednocześnie i którąś z nich trzeba wybrać. Dojrzały sposób bycia z samym sobą polega na tym, że rozpoznaję ten konflikt, na przykład między wartością opieki nad kimś bliskim a potrzebą przyjemności. Dobrze jest uświadomić go sobie i przeprowadzić ze sobą „wewnętrzne rozmowy”. Nie zaprzeczać swoim potrzebom, tylko uzgodnić, że ta potrzeba na ten czas będzie sfrustrowana, a o inną jestem w stanie zadbać, żeby nie dać się osłabić, zmęczyć, wypalić. Taka wewnętrzna rozmowa jest dobrym przewodnikiem.
◗ Pewnie kolejnym etapem jest rozmowa z innymi członkami rodziny?
Tak. Wtedy można negocjować dobre rozwiązania. Ważne, by rozmawiać szczerze. Bo rozmowy mogą mieć też charakter gry: kto kogo w coś wmanipuluje. Powinny mieć charakter wzajemnego otwarcia. I warto w rozmowach się nie spieszyć. Bo gdy rozmawiamy z drugim człowiekiem, każdy z nas toczy również rozmowę wewnętrzną. A rozmowa o kimś słabszym czy chorym jest potrzebna, by móc uzgodnić zakres obowiązków, zasady wzajemnego wsparcia.
◗ Jakie mogą nas zatem czekać trudności, o których warto porozmawiać?
Istnieje niebezpieczeństwo, gdy opiekujemy się kimś obłożnie chorym, że choroba stanie się centralnym punktem życia rodzinnego. Wtedy rodzina zatrzymuje się w rozwoju. Na przykład, co zrobić, by wprowadzić do domu chorą matkę i opiekować się nią, ale mieć prawo do własnego związku? Albo – rozszerzając nieco to zagadnienie – jak opiekować się chorym synem, a jednocześnie zadbać o zdrową córkę? To są częste problemy. Gdy jedno dziecko w rodzinie choruje, drugie dostaje mniej opieki, a w dodatku nie ma prawa do pretensji, bo jak tu mieć pretensje, gdy brat jest chory, a ja zdrowa. I wtedy powstaje ból, którego nawet nie wolno wyrazić. Zdrowa siostra może mieć ważne doświadczenie opiekowania się chorym bratem, może to być dla niej rozwojowe duchowo i psychologicznie, ale jeżeli będzie czuła, że kochane jest tylko chore dziecko, rozwojowe to dla niej nie będzie. Analogicznie w przypadku małżonka, który opiekuje się swoim rodzicem i zaczyna zaniedbywać współmałżonka. Dlatego te rozmowy, mediacje, są potrzebne, by znaleźć dobre, nikogo niekrzywdzące wyjście.
◗ Łatwiejsza jest chyba sytuacja, gdy rodzina się powiększa w sposób naturalny, to znaczy gdy małżonkom rodzi się pierwsze dziecko?
Myślę, że jest szczególnie trudna. Bo dotyczy najczęściej ludzi młodych, niedoświadczonych. Nieprzygotowanych na samo zjawisko zmiany. Ludzie starsi już wiedzą, że każda faza w życiu ma swoje prawa, swoje potrzeby i wymaga zmian. A gdy ktoś ma dwadzieścia parę lat, może mieć wyobrażenie, że tak, jak było, będzie dalej. Będzie więc przenosić w teraźniejszość wyobrażenie z narzeczeństwa. Tymczasem przyjęcie roli rodzica jest znaczną zmianą, tak jak małżeństwo jest zmianą w stosunku do narzeczeństwa. Najczęściej opisywany kłopot to zaburzenie relacji małżonków. Byli dla siebie najważniejsi, czuli się nawzajem kochani, a kiedy przychodzi na świat dziecko, kobieta zaczyna być bardziej matką niż żoną. I albo wystarczy mądrości temu mężowi i będzie wiedział, że to nie jest przeciwko niemu, albo poczuje się zdradzony, pominięty, niekochany. A jeśli się poczuje odrzucony, to może zacząć się zachowywać w sposób, który pogłębi problem. Może mieć pretensje i zrani młodą matkę, wtedy ona się odsunie. Rzeczywiście, będzie to samospełniająca się przepowiednia. Albo może ze swoim poczuciem krzywdy iść do swojej mamy i wtedy żona będzie się czuła osamotniona i jedynym wyjściem będzie jeszcze większe zaangażowanie się w dziecko, co dla dziecka niekoniecznie będzie rozwojowe, a dla małżeństwa też nienajlepsze. To jest poważne ryzyko.
◗ Kiedy z tymi różnymi problemami warto udać się do psychoterapeuty?
Jeśli człowiek odnajdzie w sobie zasoby, to lepiej, by sam przezwyciężył trudności. Natomiast źle jest, gdy człowiek czuje, że jest w impasie, że sobie nie radzi, że impas się pogłębia, a jednocześnie wstydzi się zwrócić po pomoc. Duma mu mówi, że musi sobie poradzić sam. Nie bierze pod uwagę, że częścią poradzenia sobie jest właśnie zwrócenie się do specjalisty.







