![]() |
| Jerzy Stuhr fot. Andrzej Niedźwiecki |
◗ Do tej pory co kilkanaście lat wychodziła publikacja, która była podsumowaniem Pana życia zawodowego: Sercowa choroba, Udawać naprawdę, Ucieczka do przodu. Skąd pomysł na napisanie książki o rodzinie?
To wynik świadomego działania i przypadków. Od dawna zastanawiałem się, jak uwiecznić bogaty materiał archiwum domowego, zapiski dziadków o wydarzeniach z ich życia, skrupulatnie posegregowane materiały dotyczące rodziny, które znalazłem po śmierci ojca, i moje wspomnienia. Miałem świadomość, że wraz ze mną ta wiedza odchodzi w zapomnienie. Dzieci przeprowadziły się do Warszawy, nie znają już historii z przełomu XIX i XX wieku, które opowiadali mi moi dziadkowie. Gdy genealogowie programu telewizyjnego Sekrety rodzinne, do którego mnie zaproszono, wyszukali wieś w Austrii, gdzie urodzili się moi pradziadowie, oraz narysowali drzewo genealogiczne, pomyślałem, że mam już tego materiału całkiem dużo. Dlatego zgodziłem się na publikację, kiedy po programie zgłosili się do mnie redaktorzy Wydawnictwa Literackiego, mówiąc, że interesują ich galicyjskie losy mojej rodziny.
◗ Na czym starał się Pan skupić, pisząc tę książkę? Na rodzinnej historii czy na wartościach przekazywanych z pokolenia na pokolenie?
Raczej to drugie. Ale pierwsze też. I w ogóle pilnowałem, żeby każda moja osobista opowieść, fakty z życia rodziny były rzucone na historyczne tło Krakowa. „Jeżeli mój pradziad kupił kamienicę, otworzył restaurację, to co w tym czasie działo się w Krakowie?” – pytałem. Jednym z najważniejszych dokumentów mojego pradziadka było uzyskanie tzw. aktu swojszczyzny. Po prawie 25 latach od osiedlenia się w Krakowie otrzymał dokument, który uczynił go Polakiem, nadał mu większe prawa. To był jego sukces życiowy. Pradziadkowie byli bardzo dumni z tego, że ich dzieci, a mieli trzech synów, studiowały na Uniwersytecie Jagiellońskim. Prababcia słabo mówiła po polsku, a jej syn zdał celująco maturę z języka polskiego. Takie to dziwne.
◗ Z czego ze swej historii rodzinnej jest Pan dumny najbardziej?
To trudne pytanie. Bo tu nakłada się wszystko po trosze. Ale najbardziej chyba z tego, że moi przodkowie byli lojalni wobec ziemi, która ich przyjęła. I z tego, że poszedłem w ich ślady, chociaż mogłem przecież pracować na całym świecie. Jesteśmy bardzo przywiązani do tej ziemi, mimo że panujące tu warunki, jak na przykład trudności w uzyskaniu swojszczyzny przez pradziadka, czasy komunizmu, w których żyli rodzice i ja, były przyczyną naszego głębokiego stresu. Bardzo ważna jest dla mnie także siła, rodząca się w rodzinie, gdy wspólnie spędza się czas. Ta wartość jest dzisiaj bardzo zagrożona. A przecież szczęście w przebywaniu razem – tak bym to określił – kształtuje nasze człowieczeństwo.
◗ Jakie wartości chciał Pan zaszczepić w dzieciach?
Szczególnie gotowość do wzięcia odpowiedzialności za swoich najbliższych. Tego uczył mnie ojciec i to starałem się przekazać synowi i córce. Widzę, że Maciek, mój syn, ma tę cechę bardzo mocno w sobie zakorzenioną, chociaż nigdy o niej nie rozmawialiśmy. Ale chyba dawałem mu dobry przykład. W latach osiemdziesiątych, kiedy razem wyjeżdżaliśmy za granicę, zbierałem od wszystkich dokumenty i trzymałem je cały czas przy sobie. Maciek miał 17 lat, gdy wyjechał na narty do Austrii z mamą i siostrą, ale beze mnie. I co? Cały czas prowadził auto, na granicy zebrał od swoich kobiet paszporty i schował je – bo on był teraz kierownikiem wycieczki. Żona zadzwoniła wieczorem i powiedziała: „Ty wiesz, on się zachowuje dokładnie tak jak ty”.
![]() |
| "Stuhrowie. Historie rodzinne" Wydawnictwo Literackie |
◗ A jak zachowywał się Pan przy nich na co dzień, w domu?
Przede wszystkim bardzo pilnowałem się, by nie wykorzystywać zawodowych sukcesów, by nie mieć z tego powodu jakichś przywilejów. Wchodząc do mieszkania, zostawiałem sukcesy za progiem, podwijałem rękawy i na przykład zmywałem garnki. Nikt nawet nie wiedział, że po południu dostaję Złotą Kaczkę. To było jak cięcie nożem. Ale myślę, że to pomogło nauczyć dzieci pewnych wartości.
◗ Codzienne życie przynosi z pewnością też problemy…?
Dla rodziny aktora czy reżysera najtrudniejsze jest chyba to, że musi ona rozumieć i pomagać, gdy on jest „w stanie innego skupienia”, gdy tworzy. Najbliżsi nie mogą wtedy wpychać się ze swoją miłością. Mówię brutalnie „wpychać się”, bo – używając banalnego porównania – to jest tak, jakbyśmy intensywnie myśleli nad rozwiązaniem krzyżówki, a ktoś nagle wszedłby w ten koronkowy splot skojarzeń ze swoimi sprawami. Pewnie moje dzieci mają jakieś niewypowiedziane pretensje, że nie dawałem im dostatecznie dużo czułości, zaangażowania, energii, gdy tego najbardziej potrzebowały. Pewnie moja żona ma żal, że nie okazuję jej czułości w codziennym życiu. Bo człowiekowi, który pięć razy w tygodniu musi powiedzieć na scenie: „Kocham cię, pożądam cię”, w domu przychodzi to bardzo ciężko. Ilekroć chcę to zrobić, boję się, by nie posądzono mnie o grę. O to, że wykorzystuję jakąś sztuczkę, że uruchamiam zawodową zdolność przekazywania uczuć…
Cóż, nie wiem, czy daję szczęście mojej rodzinie. Nie jestem tego pewien. Ale wiem, że ja sam jestem w życiu osobistym szczęśliwy.









