![]() |
|
Jadwiga i Grzegorz Perzyńscy niedawno obchodzili |
Jeśli przy budowaniu związku mężczyzny i kobiety wraz z rozwijającą się namiętnością nie zacznie się budować intymności i zaangażowania, wówczas na trwanie miłości, tej, która „nigdy nie ustaje” raczej nie ma szans. Tak przynajmniej twierdzą psychologowie.
Profesor Bogdan Wojciszke, dyrektor Instytutu Psychologii Polskiej Akademii Nauk, twierdzi, że w większości z nas pokutuje mit miłości romantycznej. „Nie zwykliśmy łączyć tego wielkiego uczucia choćby z zaangażowaniem – wielokrotnie powtarza w wywiadach profesor. – Dla wielu ludzi wraz z momentem, kiedy odchodzi namiętność, a zostaje zaangażowanie, miłość umiera. Jednak według mnie to wtedy właśnie tak naprawdę wszystko się zaczyna”.
Wiedział, co robi
„Jeśli nie idealizujesz miłości, masz o wiele większe szanse stworzyć związek, który przetrwa nawet potop – mówi Grzegorz, który właśnie świętuje z żoną 30. rocznicę małżeństwa. – Miłość jest pracą i wyborem. Po raz pierwszy wybierasz, gdy mówisz przed ołtarzem: «Ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz to, że cię nie opuszczę aż do śmierci», ale potem takiego samego wyboru dokonujesz każdego dnia, zarówno wtedy, gdy jest dobrze, jak i wówczas, a może szczególnie właśnie wtedy, gdy jest źle”.
Jadwiga i Grzegorz mają dwie dorosłe córki. Ich małżeństwo przetrwało i upały, i burze. „Ogromną próbą był dla nas czas, gdy kilka lat temu ciężko zachorowałam – opowiada Jadwiga. – Przez blisko dwa lata walki z chorobą mąż był przy mnie, wspierał mnie i troszczył się o mnie. Choć nie powtarzał mi codziennie, że mnie kocha, wiedziałam i czułam, że tak właśnie jest. Był wtedy przy mnie, a to było ważniejsze niż słowa”.
Poznali się w pracy. Ona miała 25 lat i za sobą jeden nieudany związek. On, młodszy od niej o dwa lata, zakochał się od pierwszego wejrzenia. „Początkowo nie zważałam na jego zainteresowanie moją osobą – wspomina Jadwiga. – Byłam samotną matką z czteroletnim dzieckiem i nie sądziłam, że ktoś będzie chciał sobie wziąć na barki od razu dwa zobowiązania. Ale Grzesiek był uparty – śmieje się. – I w końcu dopiął swego”.
Jadwiga bała się wówczas, że kolejny związek powtórzy porażkę poprzedniego. Jej pierwszy partner okazał się alkoholikiem, dla którego pełna butelka była ważniejsza niż pełna rodzina. Zawód pierwszej miłości sprawił, że Jadwiga długo się wahała, zanim powiedziała Grzegorzowi: tak.
„Zakochałem się – wyznaje po latach Grzegorz. – I miałem poczucie, że nic nie jest w stanie stanąć mi na drodze do bycia z Jadzią. A dziecko? Nie rozumiałem, jak ona mogła pomyśleć, że to dla mnie będzie ciężar. Nawet się cieszyłem, pomyślałem sobie, że po prostu szybciej będę miał całą rodzinę, nie tylko żonę”.
Jadwiga natomiast nie rozumiała innej rzeczy: „Był niezwykle przystojnym mężczyzną, miał wielkie powodzenie u kobiet, zachodziłam więc w głowę, dlaczego wybrał akurat mnie – jeszcze dziś nie dowierza. – Ale widocznie wiedział, co robi, skoro udało nam się szczęśliwie spędzić ze sobą aż tyle lat”.
Ich miłość do dziś scalają drobne gesty dbałości i troski o drugą połówkę. Okazują je sobie każdego dnia. On lubi zaskakiwać ją małymi prezentami, ona dba o to, by na stole stał ciepły obiad, gdy mąż wraca z pracy. W tym roku w walentynki ona znalazła rano obok poduszki małego pluszaka dźwigającego wielkie czerwone serce, on – glinianego aniołka.
„Nam po prostu jest ze sobą dobrze – mówi Jadwiga. – Przez lata docieraliśmy się, kłóciliśmy, byliśmy o siebie bardzo zazdrośni, ale nigdy nie przyszło nam do głowy, żeby się rozstać. Przy sobie dojrzeliśmy. Dojrzało też nasze uczucie”.
„Tak jak dojrzewa wino – dodaje Grzegorz. – Im starsze, tym pełniejszy ma smak”.
![]() |
| Małgorzata i Marcin Wójcikowie, małżeństwo z 8-letnim stażem, z Szymkiem i Kubą. Fot. Adam Szczygieł SSP |
Wszędzie ze sobą
Nic nie wskazywało na to, że Małgorzata i Marcin stworzą szczęśliwą rodzinę. Kiedy oboje chodzili do katolickiego liceum w Gorzowie Wielkopolskim, nie darzyli się sympatią.
„Czułam się dużo bardziej dojrzała od niego – wspomina po latach Małgosia. – Uważałam, że nie mam z nim o czym rozmawiać”.
„A ja rozglądałem się za różnymi dziewczynami, ale nie było wśród nich Gosi” – mówi Marcin.
Ponownie spotkali się w Warszawie, na studiach. On na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego, ona w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej.
„Okazało się, że mieszkamy bardzo niedaleko od siebie – opowiada Marcin. – Wpadałem czasami do niej, żeby pogadać, aż weszło mi to w krew”.
„Pamiętam, że o tym, że chyba między nami jest coś więcej niż przyjaźń, pierwszy raz świadomie powiedzieliśmy sobie w barze kawowym Murzynek – wspomina Małgorzata. – Od tej rozmowy byliśmy parą. To trwało dokładnie rok”.
Po roku odbyły się zaręczyny. Takie prawdziwe, z klękaniem przed narzeczoną, z proszeniem jej rodziców o rękę, z kwiatami i niepewnością, czy oświadczyny zostaną przyjęte. Rok później wzięli ślub. Dziś Małgorzata i Marcin Wójcikowie są małżeństwem z ośmioletnim stażem oraz rodzicami siedmioletniego Szymka i pięcioletniego Kuby.
Przeszli razem nie tylko przez szczęśliwe chwile. Wtedy, jak twierdzą, nie jest trudno być ze sobą i kochać się. Ale oni przeżyli i utratę pracy przez Marcina, i okres wiązania końca z końcem, i to, co najtrudniejsze – chorobę dziecka. Dziś są pewni, że te wszystkie przejścia tylko umocniły ich rodzinę.
„Gdy urodził się Kuba, okazało się, że cierpi na jaskrę wrodzoną – mówi Małgorzata. – Wówczas po raz pierwszy zobaczyłam u Marcina bezradność. Miał w oczach łzy. Okazało się, że potrafi okazać słabość. Wtedy poczułam, że stał mi się bliższy”.
Marcin nauczył Gosię okazywać uczucia. „Potrzebowałem, by Gosia mówiła, że mnie kocha, przytulała się – wyznaje Marcin. – Ona tego nie potrzebowała, więc mnie nie rozumiała. Ale dużo rozmawialiśmy, wsłuchiwaliśmy się nawzajem w nasze potrzeby i słyszeliśmy je. Z czasem więc Gosia dała się przekonać, że warto werbalizować to, co się czuje – śmieje się. – Aż mdło się robi od tego, jak każdego dnia sobie smolimy”.
„Kocham cię” – słyszą od siebie codziennie. Ona, choć z wykształcenia jest psychologiem, nie próbuje analizować wszystkich zachowań swojego męża, nie rozkłada wszystkich problemów na kawałki, nie próbuje go zmieniać. Bo Gosia i Marcin są zgodni, że małżeństwo to akceptacja.
„Wierzymy, że można się zmieniać, ale to raczej na zasadzie docierania się, a nie tresury – mówią. – Przecież każdy z nas jest inną osobą, niektóre rzeczy trzeba w tym drugim człowieku po prostu zaakceptować, a w innych pójść na kompromis”.
Nie mają wspólnych pasji, ale – jak twierdzą – łączy ich podobny pogląd na świat, na wartości. Poza tym, nie mogą bez siebie żyć. „Rodzice Gosi śmieją się, że ja wszędzie za nią chodzę” – wyznaje Marcin. Ich największą wspólną potrzebą jest potrzeba bycia razem. I zapewniają, że to w żaden sposób ich nie ogranicza, wcale nie dusi.
„Wbrew pozorom każde z nas jest zupełnie samodzielne – opowiadają oboje. – Mamy swoje prace, swoje obowiązki”. Marcin potrafi sobie sam wyprasować koszule i nie przypala wody w czajniku. Gosia też nie wymaga, by wszystkie tzw. męskie rzeczy robił za nią mąż.
Ich recepta na miłość brzmi: „Iść na żywioł, brać to, co życie daje, i uczyć się na własnych błędach”. „I pamiętać o pielęgnowaniu uczucia – dodają. – Miłość potrzebuje pewnych rytuałów. To nadaje jej kolorytu”.„I dlatego czasami Gosi kwiaty kupię” – mówi Marcin. „A ja Marcinowi herbatę zrobię” – dodaje Małgosia.
By nie wyszedł zakalec
Ula i Wojtek mają po 24 lata. Są małżeństwem od siedmiu miesięcy. On spokojny, stonowany, ona – żywe srebro, wszędzie jej pełno. Są jak woda i ogień, dwa żywioły, ale takie, które współdziałają. Gdy ona coś podpali, on potrafi to ugasić i na odwrót.
„Jej ciągle się coś przydarza – śmieje się Wojtek. – Nie potrafi wyjść z autobusu, nie robiąc katastrofy. Potrafi złamać sobie rękę, siedząc przy biurku i nie ruszając się z miejsca. Jest nieprzewidywalna, zaskakująca, żywiołowa. Trudno się z nią nudzić”.
A według Wojtka największym wrogiem miłości jest nuda, rutyna. „Miłość umiera, gdy druga osoba przestaje być dla ciebie kimś, kogo wciąż od nowa chcesz poznawać, o kim chcesz dowiadywać się więcej i więcej” – twierdzi. A Ula dodaje: „Miłość to otwarcie się na drugiego człowieka z jego wadami i zaletami. Wbrew pozorom to bardzo trudne. Bo w ludzkiej naturze tkwi raczej chęć, by postawić na swoim. My jednak chcemy się wspólnie uczyć tej otwartości, wyjścia poza egoistyczną miłość własną”.
To, co ich różni, w wielu wypadkach także łączy. „Ula jest w gorącej wodzie kąpana i czasem trzeba ją sprowadzić na ziemię – mówi Wojtek. – A ja chyba potrafię to zrobić, bo jestem spokojniejszy od niej. Ale zdarza się, że mój spokój przeradza się w nadmierną powagę. Zbyt serio biorę różne sprawy. I wtedy z pomocą przychodzi mi żona, która potrafi rozbroić swoją pogodą ducha każdą, nawet najbardziej skomplikowaną minę”.
Według Uli i Wojtka, najważniejsze to po prostu chcieć być razem i dbać o to, żeby „razem” było zawsze bardziej atrakcyjne niż „osobno”. Kiedy więc na przykład dojdzie między nimi do sprzeczki, dbają o to, by przepraszanie było wydarzeniem przyjemnym. Zważają na słowa. Starają się nie przekraczać cienkiej granicy, która może okazać się potem zamknięta na powrót.
„Szanujemy się – mówi Ula. – I nawet w największej złości, gdy przychodzi nam do głowy chęć zranienia tej drugiej osoby, wolimy się ugryźć w język, niż powiedzieć o jedno słowo za dużo. Mamy bowiem świadomość, jak bardzo słowa potarfią ranić”.
Ula i Wojtek wierzą, że ich miłość przetrwa wszystko. Mają nadzieję, że im właśnie będzie dane takie niegasnące uczucie, że będą ze sobą aż po grób. Teraz chcą stworzyć dom. Marzą o potomstwie, żeby – jak mówią – mogli się z kimś jeszcze podzielić swoją miłością.
„Miłość jest jak ciasto, które rośnie na drożdżach – mówią obrazowo Ula i Wojtek. – Jeśli trzymasz je w cieple, rośnie i rośnie, tak że później możesz nim obdzielić pułk wojska. Ale wystarczy moment nieuwagi czy zaniedbania i z ciasta wyjdzie zakalec”.
![]() |
| Zbigniew Nosowski Fot. Reporter |
Ze Zbigniewem Nosowskim rozmawia Katarzyna Sowińksa









