![]() |
| Basia Stępniak-Wilk na 43. Studenckim Festiwalu Piosenki w Krakowie. fot. M. STANISŁAWSKI/REPORTER |
◗ Powiedziała Pani kiedyś, że pisze piosenki „w nadziei, że to kogoś poruszy”. Czy w ciągu ponad 10 lat swojej autorskiej działalności wypracowała Pani jakąś receptę na taką reakcję u słuchacza?
Niełatwo jest przewidzieć, jak odbiorca zareaguje na nasze piosenki. Pewną pomocą mogą być koncerty czy wyniki sprzedaży płyt, a w moim przypadku również cykliczna audycja „Muzyczna bombonierka” w Radiu Kraków, na adres której dostaję wiele e-maili i listów. Wydaje mi się, że jedyną receptą jest prawda przekazu. Wierzę przy tym w inteligencję słuchacza, który doskonale odróżnia, kiedy go zabawiam jakąś szaradą słowną, a kiedy opisuję coś na serio.
◗ Czy natchnienie do napisania tekstu przychodzi samo, czy trzeba go szukać?
Do mnie piosenki przychodzą znienacka. Czasem inspiracją może być jakiś obraz, widok, słowo przypadkowo zasłyszane na ulicy. Najczęściej jednak dzieje się to w pociągu, a także wtedy, gdy kładę się spać. Nagle pojawia mi się w głowie fraza, którą muszę od razu zapisać, bo rano już nie będę jej pamiętała. Są też w Krakowie miejsca, w których lubię zasiąść w nadziei napisania czegoś – ale nie zdradzajmy, proszę, tych miejsc.
◗ Ma Pani w swoim artystycznym życiorysie współpracę ze znakomitymi krakowskimi kabaretami – Piwnicą pod Baranami, Lochem Camelot, Zielonym Szkiełkiem. Jaki wpływ miało to doświadczenie na Pani twórczość?
Kiedy przyjechałam z Lublina do Krakowa, wszyscy mówili, że trudno dostać się do Piwnicy czy Lochu. Tymczasem mnie udało się to nadspodziewanie łatwo. Tam nauczyłam się pracy w zespole, zaczęłam pisać dla innych oraz nabrałam scenicznego obycia. A przy tym ilu fantastycznych ludzi poznałam!
◗ Jako jednej z niewielu artystek z „krakowskich piwnic” udało się Pani dotrzeć ze swymi piosenkami do szerszego grona słuchaczy – choćby dzięki „Bombonierce”. To efekt przypadku czy świadomego otwarcia się na bardziej przystępną muzykę?
Każdy artysta, choćby tworzył tylko dla siebie, marzy, aby nawiązać kontakt z drugim człowiekiem. Podobnie jest ze mną – piszę i śpiewam po to, aby mnie ktoś wysłuchał. A im więcej ludzi odbiera moje piosenki jako bliskie, ciekawe, tym bardziej mnie to cieszy. Ale „Bombonierka” nie powstała dla poklasku – po prostu jej się poszczęściło. W efekcie do dzisiaj jestem pytana: „Czy będzie druga «Bombonierka»?”. A ja nie zamierzam się powtarzać. Nagranie drugiej takiej piosenki byłoby zresztą „samobójem”.
◗ To czego w takim razie możemy oczekiwać od Pani w przyszłości?
Nowa płyta będzie… niebawem. Muszę tylko wyznaczyć jakiś konkretny termin, żeby się zdopingować. Piosenki powstają już od pewnego czasu. Planuję jesienią wejść do studia i zabrać się do nagrywania.
◗ Nie sposób nie wspomnieć o Pani mężu, Aleksandrze Wilku, który jest uznanym realizatorem dźwięku. Jaki wpływ ma on na Pani twórczość?
W tej kwestii nie mam do powiedzenia nic ekscytującego. To normalna sytuacja życiowa. A może raczej nienormalna, bo ostatnio prawie wszyscy się rozstają? Mój mąż jest jeden i ten sam od lat, pierwszy i wierzę, że ostatni, kochający i kochany. Oczywiście, realizuje moje nagrania, konsultuje dobór kompozycji na płyty, dba o mój repertuar. I wydaje mi się, że jest bardziej krytyczny w stosunku do mnie niż do innych artystów, z którymi współpracuje.
◗ Czy Pani dzieci także wykazują muzyczne zainteresowania?
Starszy syn zaśpiewał już na płycie pastorałkowej „Trwaj chwilo niebieska” i na albumie Grupy Apokryficznej. To była dla niego duża radość. Ale kiedy pytałam go ostatnio, czy nie zaśpiewałby ze mną, jakoś nie był tym specjalnie zainteresowany. Chodzi do szkoły muzycznej, gdzie uczy się gry na perkusji. Również młodszego syna nie zmuszamy do popisów scenicznych. Chciałabym, żeby obaj mieli normalne dzieciństwo.
◗ Bardzo dziękuję za rozmowę.







