Kiedy podczas festiwalu w Sopocie w 2007 roku nieznany nikomu zespół Feel wykonał piosenkę „A gdy jest już ciemno”, publiczność od razu podchwyciła jej zgrabną melodię. Nic więc dziwnego, że utwór wygrał konkurs i stał się jednym z największych przebojów minionego roku.
![]() |
| Fot. THETAXSTOCK |
Niezamierzone podobieństwo
Tuż po festiwalu jego dyrektor, Piotr Metz, otrzymał anonimową informację, że był to plagiat piosenki amerykańskiej wokalistki Carly Simon „Coming Around Again”. „Posłuchałem obu nagrań – tłumaczył Metz – i rzeczywiście było między nimi pewne podobieństwo”.
Menedżerka zespołu zwróciła się do kancelarii prawnej o przygotowanie opinii ekspertów. Muzykolog badający nagrania wytłumaczył, iż muzyka rozrywkowa operuje niewielką liczbą rozwiązań melodycznych, co prowadzi do niezamierzonych podobieństw.
„Od początku wierzyłem chłopakom z zespołu – podkreśla Metz. – Potem dostałem inne informacje, w których sugerowano podobieństwo piosenki Feel do nagrań Johna Meyera i grupy Creed. Nabrałem więc dystansu do tej sprawy, a opinia eksperta potwierdziła moje przypuszczenia”.
Oddalone oskarżenia
To nie pierwsza tego typu sprawa w polskim show-biznesie. Kiedy w 1994 roku Edyta Górniak wyśpiewała piosenką „To nie ja” drugie miejsce na festiwalu Eurowizji, niemal natychmiast izraelski gwiazdor Joni Nameri zarzucił kompozytorowi utworu, Stanisławowi Syrewiczowi, splagiatowanie jego przeboju „Zakochany mężczyzna” z 1987 roku. Polskie media stanęły murem za wokalistką. Kolejni eksperci wykazywali różnice między obu utworami, a Syrewicz zaklinał się, że skomponował „To nie ja” w 1984 roku i przez dziesięć lat trzymał go w szufladzie. W efekcie Nameri umilkł i sprawa nie trafiła do sądu.
W podobnej sytuacji znaleźli się w 2000 roku członkowie grupy Brathanki. Gdy ukazał się jej debiutancki album Ano!, zawierający przebój „Czerwone korale”, „Gazeta Wyborcza” zarzuciła zespołowi, iż wykorzystał w piosence melodie węgierskiego kompozytora Ferenca Szabo. „Od początku korzystaliśmy w swej twórczości z muzyki ludowej – wyjaśnia flecista Brathanków, Stefan Błaszczyński. – Kiedyś trafiliśmy na opracowania ludowych tematów w wykonaniu Szabo. Ponieważ spodobały nam się, wykorzystaliśmy dwa motywy. Oczywiście na płycie napisaliśmy, że są to opracowania tematów ludowych”. Szabo potwierdził wyjaśnienia Brathanków, a nawet zaprzyjaźnił się z muzykami, dając razem z nimi kilka koncertów.
Kiedy grupa Varius Manx rozpoczynała swój pochód na szczyty list przebojów, radiowa „Trójka” rzuciła jej pod nogi kłodę. Jeden z prezenterów stwierdził na antenie, że utwór „Orła cień” przypomina nagranie „Lost For Words” zespołu Pink Floyd. Była to jednak przypadkowa zbieżność – obie kompozycje różniły się melodią i harmonią. Nie było mowy o plagiacie.
Każdy od każdego
W krajach zachodnich tego rodzaju afery zdarzały się już o wiele wcześniej. Najgłośniejsza z nich dotyczyła eks-Beatlesa, George’a Harrisona. W 1971 roku grupa The Chiffons oskarżyła go, że w swoim przeboju „My Sweet Lord” wykorzystał melodię z jej piosenki „He’s So Fine”. Sąd uznał, że brytyjski gwiazdor dokonał „niecelowego skopiowania”, w związku z czym musiał on przekazać część zysków ze sprzedaży swego singla konkurentom.
Skutki popełnienia muzycznego plagiatu są dla wykonawcy druzgocące. Musi on przekazać część lub całość tantiem ze sprzedaży płyty ze splagiatowaną piosenką na rzecz jej oryginalnego autora. Czasem trzeba wycofać ze sklepów całość niesprzedanego nakładu płyty z przeznaczeniem na przemiał. No i najgorsze – plagiatujący wykonawca okrywa się niesławą w środowisku muzycznym.
W dzisiejszych czasach wyroki skazujące zdarzają się jednak niezmiernie rzadko. Ostatnio rozpowszechnił się sampling, czyli przeklejanie krótkich fragmentów cudzych nagrań do własnych utworów. Technika ta wykorzystywana jest już nie tylko w elektronicznej muzyce tanecznej – techno czy house – ale także w rocku i popie.
„Każdy dzisiaj pożycza od każdego – śmieje się Timbaland, najpopularniejszy dziś w świecie producent popu, współautor sukcesów Justina Timberlake’a, Nelly Furtado i The Pussycat Dolls. – I to wcale nie jest kradzież!”.
Wszystko wskazuje na to, że wkroczyliśmy w erę muzycznego recyklingu. Powszechna akceptacja tego faktu w show-biznesie oznacza, że problem plagiatowania może wkrótce przestać istnieć.







