Żyjemy pod presją: tempo, w jakim musimy się uporać z różnymi obowiązkami, wciąż wzrasta, do tego dochodzą czynniki stresogenne: groźba utraty pracy, niepokój o przyszłość dzieci itd. Wszystko to sprawia, że coraz częściej puszczają nam nerwy, tak w sytuacjach prywatnych (najczęściej w kontakcie z najbliższymi), jak oficjalnych (np. w pracy). Czy życie bez wybuchów złości nie byłoby łatwiejsze? I czy to jest w ogóle możliwe?
![]() |
| fot. Shutterstock/dundanim |
Gniew – tak, złość – nie
Wybuch złości jest najprostszą, niekontrolowaną reakcją na gniew, który odczuwamy. Mary Hartley w książce „Poradnik zarządzania złością dla każdej z nas” przekonuje, że gniew sam w sobie jest pożyteczny, czasem wręcz niezbędny: sygnalizuje, że jesteśmy wykorzystywani, zastraszani, że odczuwamy ból albo musimy stawić czoła niebezpieczeństwu. Trzeba jednak dbać o to, by właściwie oceniać sytuację i wyrażać emocje adekwatne do tego, co się stało – wtedy odpowiednio kanalizujemy targające nami uczucia. A to trudne, bo złość odbiera nam umiejętność trzeźwego spojrzenia, pod jej wpływem instynktownie chcemy tylko jednego: jak najszybciej wykrzyczeć, wyładować się, wyrzucić z siebie wszystko, byle tylko poczuć ulgę. Na siebie samego niełatwo spojrzeć obiektywnie, ale każdy z nas był świadkiem scen między rodzicami a dziećmi czy między dorosłymi (np. na ulicy czy w sklepie) i reakcji niewspółmiernych do tego, co zaszło.
Uważa się powszechnie, że złość jest raczej domeną mężczyzn, ale to nieprawda. Kobiety odczuwają podobnie, tyle że częściej próbują to maskować, ponieważ takie zachowanie narzuca im rola społeczna (powinny być łagodne i wyrozumiałe). Poza tym paniom jest trochę łatwiej – ich naturalna tendencja do zwierzania się i do szukania rozwiązań pomaga konstruktywnie radzić sobie z gniewem.
Bez tłumienia, ale i bez erupcji
Gniew powoduje wzrost poziomu adrenaliny i ciśnienia. Nasz oddech staje się szybszy, czujemy suchość w ustach, tracimy apetyt (wstrzymane są procesy trawienia). Organizm przygotowuje się w ten sposób do stawienia czoła niebezpieczeństwu. Taka mobilizacja od czasu do czasu jest czymś naturalnym, jeśli jednak ktoś często odczuwa gniew i pielęgnuje go w sobie, wprowadza się w stan permanentnego stresu. To zwiększa ryzyko wystąpienia poważnych chorób np. układu sercowo-naczyniowego czy przewodu pokarmowego.
Tłumienie gniewu niczego więc nie rozwiązuje. Co gorsza, odciska też piętno na naszej psychice i osobowości. Prowadzi do niskiej samooceny: czujemy się gorsi, ponieważ nie potrafimy zawalczyć o swoje, powiedzieć, co nas boli czy rani. Odbija się to zarówno na naszych relacjach z innymi (stajemy się podejrzliwi, sfrustrowani), jak i na naszych indywidualnych możliwościach (dopada nas frustracja, trudniej nam racjonalnie myśleć i rozwiązywać problemy). Niektórzy uciekają w samotność, a nawet wpadają w depresję lub cierpią na nerwicę natręctw. Nie warto ponosić takiego ryzyka i tłumić gniewu, co zresztą często i tak prowadzi w końcu do wybuchu wściekłości. Im bardziej i im dłużej się nakręcamy, tym potężniejsza będzie ta erupcja.
Niezarządzany gniew, pozostający poza kontrolą, niszczy nas od środka. Nie znaczy to jednak, że aby tego uniknąć, mamy wyżyć się na kimś, tak jak w danej chwili dyktują nam emocje. Absolutnie nie. Zarządzanie czy kontrola zakładają umiar i rozsądek. Adekwatność akcji i reakcji. Na co więc możemy sobie pozwolić? Nie tylko na gniew, który jest zjawiskiem pożytecznym, ale nawet na złość, jeśli nie pielęgnujemy jej zbyt długo i nie wpadamy w nią zbyt często. I pod warunkiem że nie wiąże się ona z agresją (także słowną) czy przemocą. Powinniśmy się zacząć niepokoić, jeśli jesteśmy ciągle spięci, chowamy urazę, nie wiemy, co mówimy w gniewie.
Fałszywe przypuszczenia
Mamy tendencję do rozgrzeszania siebie z przesadnych reakcji: tak mnie zdenerwowali – ekspedientka, krnąbrny nastolatek, mąż, który wstał z łóżka lewą nogą, albo szef, który się na mnie uwziął – że nie dało się wytrzymać. To nieprawda. Chociaż wybuchom złości towarzyszą okoliczności zewnętrzne, to one stanowią jedynie pretekst, a prawdziwe przyczyny gniewu są w nas.
Mogą być różne: wygórowane oczekiwania (wobec samych siebie albo wobec otoczenia), desperackie pragnienie, by wszystko układało się po naszej myśli i niedopuszczanie żadnego innego scenariusza. I wreszcie coś, czemu ulega wielu z nas: nadinterpretacja, czyli przypisywanie innych osobom intencji, które im nie przyświecały (myślimy często w następujący sposób: „Kolega z pracy nie przywitał się ze mną, kiedy mijał mnie na korytarzu, a więc chciał mi okazać lekceważenie”, a przecież znacznie bardziej prawdopodobne jest, że po prostu nas nie zauważył).
Czas na mały test: odpowiedzmy sami sobie na pytanie, co myślimy, gdy wchodzimy do pomieszczenia, w którym nasi koledzy z pracy rozmawiają przyciszonym głosem? Jak wielu z nas jest święcie przekonanych, że ci dwaj rozmawiają właśnie o nas, a właściwie nas obmawiają?
Takie fałszywe przypuszczenia i negatywne myślenie mogą nam zatruć relacje z innymi. Jak mawiała żona jednego z prezydentów Stanów Zjednoczonych, Eleonor Roosevelt: „Nikt nie czuje się gorszy od innych, jeśli sam na to nie pozwoli”. Wszystko jest w nas i tylko od nas zależy, czy poczujemy złość czy też nie.
Jeśli jedziemy tramwajem z osobnikiem, który tak głośno słucha muzyki przez słuchawki, że skazuje na tę wątpliwą przyjemność wszystkich pasażerów, możemy zareagować różnie: albo przyjąć to z pobłażaniem, albo spokojnie interweniować, albo wywołać karczemną awanturę, albo wściekać się w głębi duszy tak bardzo, że do końca dnia nie odzyskamy dobrego nastroju, a może nawet wyżyjemy się na kimś innym. To, jak zareagujemy na tę i wiele innych sytuacji, zależy wyłącznie od nas samych. Gniew nie jest czymś, nad czym nie mamy kontroli – to nasz wybór. Co zrobić, by zrozumieć, że rzeczywiście go mamy i nauczyć się go dokonywać?
Myśleć, ale nie wymyślać
Trzeba zacząć myśleć inaczej: o sobie, świecie, ludziach, naszych wyobrażeniach i oczekiwaniach. Pogodzić się z tym, że nikt nie jest doskonały: ani my sami, ani otoczenie. Zrozumieć, że nie można narzucać innym swoich przekonań. I – warunek konieczny – spojrzeć bardziej optymistycznie na życie i nie próbować czytać w myślach innych, nie przypisywać im złych intencji. Pamiętajmy, że gniew to zbyt wartościowe uczucie, by marnować je na wybuch złości. Aby do niego nie dopuścić, spróbujmy pomyśleć, jak spojrzymy na daną sprawę, która teraz wzburzyła nam krew, za kilka dni, za miesiąc albo za rok. To powinno podziałać trochę jak zimny prysznic.
Potraktujmy poważnie dewizę: zanim powiesz, pomyśl. W chwili gniewu najlepiej nawet dwa razy. I spróbujmy skanalizować złość: metody są dobrze znane i stare jak świat. Zacznijmy głęboko i spokojnie oddychać i zastanówmy się, kiedy i w jakich okolicznościach powinniśmy poruszyć trudny temat, który nas z kimś poróżnił. Lepiej poczekać, aż emocje opadną, a doraźnie zająć się czymś innym: posłuchać relaksującej muzyki, iść na spacer, pobiegać, wziąć się do generalnego sprzątania, skopać ogródek…
Zachowujmy się konstruktywnie: jeśli np. drażni nas to, że otoczenie naszego bloku jest niezagospodarowane i dzieci nie mają się gdzie bawić, sporządźmy petycję, zbierzmy podpisy sąsiadów i wyślijmy pismo do spółdzielni (najlepiej z propozycją konkretnych zmian).
Jeśli nie nauczymy się przekuwać tych emocji w sensowne działania, możemy stać się sarkastyczni, wzbudzać w innych poczucie winy, zachowywać się złośliwie. Szukajmy prawdziwych przyczyn naszych zachowań: jeśli na sukces innych reagujemy docinkami, to znaczy, że prawdziwym powodem takiej reakcji jest zazdrość. Zamiast jej ulegać i myśleć: „Jakie to niesprawiedliwe, przecież ona czy on nie zasługują na awans”, skoncentrujmy się na tym, co zrobić, żeby i nam udało się coś osiągnąć.
Nauczmy się mówić o tym, co nam nie odpowiada i budzi nasz gniew, ale w odpowiedni sposób. Dobierajmy właściwe słowa, bądźmy rzeczowi, skupmy się na własnych odczuciach (mówmy, co my sami przeżywamy, a nie co ktoś inny źle robi), nie obrażajmy, nie uogólniajmy, nie etykietujmy. Starajmy się nie podnosić głosu ani nie przerywać drugiej stronie. Wyrażajmy pretensje tak, jak chcielibyśmy, by inni wyrażali swoje wobec nas.
Podczas pisania artykułu korzystałam z książki Mary Hartley pt. „Poradnik zarządzania złością dla każdej z nas”, Wydawnictwo Jedność, Kielce 2010, stron: 175 .