![]() |
| Władysława Książczak (pierwsza z lewej) z córką, zięciem, wnuczkami oraz „kuzynką” z Warszawy. fot. rach. pryw. |
Władysława Książczak, mama Krystyny, nie miała lekkiego życia. Wypełniał je codzienny trud, borykanie się z losem, ciężka praca. Ale nigdy nie narzekała. Pełna pokory, ale też uparta i twarda, z pogodą ducha troszczyła się o najbliższych i dalszych. O wszystkich. Nigdy nie przeszła obojętnie obok biedy i cierpienia. Pomagała w sposób naturalny i oczywisty, bo inaczej nie potrafiła. Wszyscy szanowali ją za życiową mądrość i dobroć. Krystyna jeszcze dziś, 7 lat po śmierci mamy, słyszy takie opinie od ludzi, którzy ją znali. Najwięcej jednak zawdzięcza jej Krystyna.
Córka z gór
Był rok 1952. Władysława i Henryk Książczakowie – ona pochodząca z wielkopolskiej wsi, a on warszawiak – wiedzieli już, że niestety nie mogą mieć dzieci.
„Gdy umarła moja biologiczna mama, miałam dwa tygodnie – opowiada Krystyna. – Było nas wtedy w domu sześcioro. Skąd moja mama adopcyjna, mieszkająca wtedy we Wrocławiu, dowiedziała się o mnie? Jej siostra była urszulanką, mieszkała w zakonie w Rokicinach koło Rabki. To siostra Sulpicja, która dobrze znała naszą rodzinę. Wiedziała o jej trudnej sytuacji. Spytała mojego taty, czy odda mnie do adopcji. Zgodził się, wiedząc, do kogo idę”.
Siostra Władysławy podjęła szybkie działania. „Jak potem opowiadała mi mama, siostra musiała uzyskać zgodę od przełożonej na napisanie listu do niej, bo takie reguły obowiązywały wówczas w zakonie – mówi Krystyna. – Potem wszystko potoczyło się błyskawicznie. Mama z tatą, którzy mieszkali wtedy we Wrocławiu, przygotowali poduszkę i – do pociągu! Już ze mną zatrzymali się w domu zakonnym w Rokicinach. Mama wspominała, że akurat wypadało święto maryjne i siostry zawierzyły moje życie na ołtarzu. Pierwszą noc spałam z siostrą Barnabą. Powiedziała, że mama jeszcze się mną nacieszy! Póki żyła siostra Barnaba, zawsze ją odwiedzałam. Do dziś jeżdżę na groby zakonnic w Rokicinach”.
Łańcuszek dobrych ludzi sprawił, że Krystyna znalazła prawdziwy dom. Jak po latach wspomina jej starsze rodzeństwo: „Każde z nas chciało być adoptowane, ale Krysia była najmłodsza…”.
Dobre uczynki i złe języki
Biologiczny tata Krystyny ożenił się po raz drugi. „Było tam około dziesięciorga dzieci, wszystkich nie pamiętam, nie znam – Krystyna wyłuskuje z pamięci wspomnienia i to, o czym opowiadała jej mama Władysława. – W domu była bieda, ojciec zaczął pić. Moje dzieciństwo a moich sióstr i braci to było jak dzień do nocy. Tam dzieci w wieku 12-13 lat szły na służbę, do pasania krów… W porównaniu z nimi żyłam jak księżniczka. Pamiętam, jak przyjechałam kiedyś z mamą do mojego rodzinnego domu i mój biologiczny ojciec poprosił, żebym mówiła do niego «tato». Nie chciałam, bo moimi rodzicami byli ci, którzy dali mi chleb i bezpieczne dzieciństwo. Ale zawsze będę mu wdzięczna za to, że oddał mnie do adopcji”.
![]() |
| W uroczystości Pierwszej Komunii Świętej
Krysi (pośrodku z rodzicami adopcyjnymi) uczestniczył także jej biologiczny tata (pierwszy z lewej). fot. arch. prywatne |
Krystyna dorastała na wielkopolskiej wsi. Być może nigdy nie dowiedziałaby się, że ma siostry i braci. I sama może nie nawiązałaby z nimi kontaktów. Ale Władysława konsekwentnie dwa razy do roku woziła ją w góry, do swoich. „Wcześniej robiła zbiórkę ubrań, prała wszystko na tarze, prasowała i jechałyśmy z tym do Skawy. Pamiętam, że tylko raz spaliśmy w starym drewnianym domu mojego ojca, na słomie. Moja siostra Marysia po dziś dzień wspomina, jak wtedy pogryzły mnie pluskwy i jak bardzo zdenerwował się mój adopcyjny tata Henryk. Bo dla niego dziecko było świętością”.
Niestety, nie dla każdego. Nikt nie przypuszczał, że część rodziny adopcyjnego taty z Warszawy nie zaakceptuje ich decyzji: „«Bękarta chowacie», powiedzieli – z żalem wspomina Krystyna. – Dlatego mama stwierdziła: «Nikomu więcej nie powiemy prawdy. Nie będziesz miała więcej przykrości»”.
Władysława już nikomu nie powierzyła tajemnicy pochodzenia swojej córki. Tak postanowiła. I robiła swoje, bo przecież rodzina jest rodziną. Konsekwentnie tkała więzi z pozostałymi krewnymi męża, także po jego śmierci. Nigdy nie zapominała o tzw. warszawiakach, ich imieninach, urodzinach, świętach. A oni przyjeżdżali na wakacje. Zawsze obdarowywała świeżymi jajkami, szkiełkami (czyli przetworami), które rokrocznie robiła w wielkich ilościach! Krystyna się śmieje: „Jak mama żyła, złościłam się, że całą rodzinę zatrudnia przy tych przetworach i po co tyle ich robi. A dziś sama zapełniam nimi spiżarnię!”.
Grzybki na święta
„Był stan wojenny – wspomina Krystyna. – Mama zamierzała jechać do Rybnika, gdzie mieszkała jej siostra. Mówiłam: «Nie jedź, to niebezpieczne». A ona na to: «Jak to, przecież obiecałam, że przywiozę zakonnicom grzybki na wigilię! Krysia, ja po swoją mamę po wojnie do Warszawy na dachu pociągu jechałam i nic mi się nie stało». I pojechała. W Rybniku na dworcu zatrzymali ją milicjanci. Po czym… zawieźli ją z tymi grzybkami prosto do klasztoru!”.
„To była silna kobieta, ta nasza babcia” – mówi Agnieszka, wnuczka Władysławy, mama Oskara i Antoniny. Cała rodzina jest zgodna – nikt nie umiał tak pomagać jak ona. Gdy tylko dowiedziała się, że ktoś jest w potrzebie, od razu reagowała. Bez względu na to, czy to było w tej samej wsi, czy sąsiedniej, czy dalej. Instynktownie wrażliwa na potrzeby innych, niosła nieustającą pomoc. W sprawach drobnych i większych, na miarę własnych możliwości. W czasach nieustających braków w zaopatrzeniu regularnie jeździła do Warszawy: przywoziła stamtąd wszystko, co można było kupić w stolicy – dla rodziny, dla sąsiadów…
Mama z dwójką dzieci marzła w nieogrzewanym domu, trzeba było załatwić piec. Komuś potrzebna była poduszka, komu innemu pierzyna. Wtedy Władysława siadała i robiła je z własnoręcznie dartego pierza. Zawsze bezinteresownie. Nie rozstawała się ze swoim wysłużonym rowerem, jeździła nim nawet po osiemdziesiątce. Zawsze przecież trzeba było coś komuś podrzucić, zapytać, jak żyje. A może czegoś jeszcze potrzebuje?
![]() |
| Krystyna w otoczeniu najbliższych podczas jednego z rodzinnych spotkań z „kuzynkami” z Warszawy. fot. arch. prywatne |
Zostały dwie rodziny
Władysława doczekała się dwóch wnuczek – Agnieszki i Tamary. I prawnuka Oskara. W wielopokoleniowym domu przybywało domowników, babcia miała co robić.
„Kiedy zachorowała i musiała jechać do szpitala, przed wyjściem przysiadła, ogarnęła wzrokiem dom, jakby się żegnała. Wiedziała, że już nie wróci – wspomina Krystyna. – Mama miała 82 lata. A na jej pogrzebie było mnóstwo młodych ludzi”. W Sieroszewicach i okolicach ludzie ciągle wspominają Władysławę. Po pogrzebie tak wielu z nich dało za nią na msze, że odprawiały się one przez kilka lat.
Krystyna ma dwie biologiczne siostry i dwóch braci. Trzeciego z braci nie zdążyła poznać. „Kiedy zmarł, mama po prostu kazała mi jechać na pogrzeb, twierdząc, że to ostatnia szansa, bym go zobaczyła…” – mówi. Siostra Maria mieszka w Krakowie, Czesława w Nowym Targu. Władysław w Dursztynie pod Nowym Targiem, Stanisław w Barwicach koło Szczecinka. Choć rozrzuceni po Polsce, spotykają się regularnie. A jeśli nie mogą, wtedy dzwonią. Są na bieżąco. Razem rozstrzygają życiowe problemy. Gdy potrzeba, jadą na drugi koniec Polski. Wspólnie czczą śluby dzieci i chrzciny kolejnych wnuków. Rodzina się rozrasta, następne pokolenia poznają się, zbliżają się, przyjaźnią.
Krystyna ma „kuzynki” i „kuzynów” w Warszawie. Poznali tajemnicę jej pochodzenia dopiero po śmierci Władysławy. Ale to też prawdziwa rodzina. Władysława utkała te więzi skutecznie. Spotykają się choćby raz w roku, lecz obowiązkowo, inaczej już sobie nie wyobrażają. Są na bieżąco. Wiedzą, co nowego się wydarzyło. Ostatnio razem cieszyły się z narodzin kolejnych wnuczek Krystyny, Antoniny i Natalii. Razem martwią kłopotami. Krystyna przełyka łzy wzruszenia: „Mama dała nam tyle miłości, że wystarczy dla wszystkich”.
Dobro oddane
W roku 1983 w domu Władysławy i Krystyny zamieszkała Karolina. „Gdy miała 7 lat, umarła jej mama. Ojciec nie zapewniał jej żadnej opieki. Tułała się po cudzych kątach, bez ciepła rodzinnego i wsparcia w obliczu przerastających ją problemów. Niejednokrotnie chodziła głodna. Starałam się jej pomagać, a gdy chciała wyjechać do Niemiec z nadzieją, że tam uda jej się znaleźć pracę i zacząć normalne życie, przekonałam ją, że znajdziemy inne wyjście – opowiada Krystyna. – Razem z mamą podjęłyśmy decyzję, że zamieszka u nas”. Karolina dostała pokój, pomoc i domowe ciepło. Dzisiaj jest dorosła, ma już męża i własny dom. Parę miesięcy temu zamieszkała w nim ich adoptowana córka.










