W domu w zielonym zakątku Warszawy oprócz Ernesta, Małgosi (o której poeta mówi „doskonała żona-poetowa”), ich córek Magdy i Marty, na prawach lokatorów mieszkają także labrador Guinness oraz dwie kotki – Shannon i Mysza. Drzwi otwiera nam poeta, po czym idziemy do salonu, z obowiązkowym międzylądowaniem w kuchni, gdzie pachnie obiadem i dobrą herbatą. Uzbrojeni w kubki z herbatą siadamy w wygodnych fotelach i zaczynamy…
|
|
| Małgorzata i Ernest Bryllowie fot. Adam Szczygieł SSP |
◗ O Waszym domu przyjaciele mówią, że to jest dobry Polski Dom. Jak Wam się udało go stworzyć?
Ernest Bryll: Nie staramy się, żeby on był okropnie polski. Jak się mówi polski dom, to się robi dekorację teatralną w stylu sarmackim, a mnie się wydaje, że dom powinien być normalny. Ma być dla nas.
◗ Ten dom wygląda jakby był szyty dla Was na miarę.
E.B.: Nie zawsze tak było. To był dom spółdzielczy, typowy, pełen błędów architektonicznych, bardziej blokowy niż domowy. Wtedy nie dało się inaczej. Siedzimy teraz w pokoju, który jest wyciszony, przytulny, ale pamiętam, jak ten pokój budził w nas natychmiastową chęć do kłótni, prawda, Małgosiu?
Małgorzata Bryll: Tak, tak…
E.B.: A dlaczego zaczynaliśmy się kłócić? Dlatego, że każde słowo tu wypowiedziane tworzyło denerwujące echo. Wszystko się odbijało, wkurzało i trzeba było przenosić się gdzie indziej, żeby słowa jakoś brzmiały. Małgosia wpadła na dość obłąkany pomysł i wyłożyliśmy ściany wykładziną dywanową. I wszystko zrobiło się przytulniejsze.
M.B.: Mniejsze i cichsze.
E.B.: Potem były obrazy, meble…
M.B.: Pamiątki rodzinne, zdjęcia, lampa naftowa.
E.B.: Uważam, że domowość domu uzyskuje się wtedy, jeżeli te różne rzeczy, które tworzą dom, są w jakiś sposób oswojone, że obrazy są wybrane, bo nawet świetne dzieła z wystaw mogą zburzyć charakter domu.
◗ Jeśli polski dom, to stół. Czy to ważne miejsce w Waszym domu?
M.B.: Stół zawsze jest ważny. Zawsze stał w centralnym miejscu.
E.B.: Kiedy żył Tadek Łomnicki, odwiedzał nas i tu, przy tym stole, mówił: „Trzeba siedzieć przy stole, bo tylko przy stole jest prawdziwa rozmowa”, i rację pewnie miał.
M.B.: Pracujemy w domu, w związku z tym tu jesteśmy najczęściej i spotykamy się przy posiłkach. Obowiązuje zasada wspólnego obiadu, przeważnie też kolacji. Na posiłki zwołujemy się dzwonkiem, czasami zapachem. Ale jadamy wspólnie i bardzo lubimy jadać z przyjaciółmi.
E.B.: Musimy lubić, bo ciągle w okolicach obiadu pojawiają się tłumy popaprańców.
◗ Kim są popaprańcy?
E.B.: Popaprańcy to jest „klientela” Małgosi, która jest Madonną od Popaprańców.
M.B.: Ajajaj, nie, nie, nie.
E.B.: No i oni wszyscy przychodzą, nagle się zjawiają, wylewają swoje żale, ale zajadają przy tym i jakoś tak zawsze jest ich szczególnie wielu akurat w porze jedzenia. Ale my to lubimy i jest to swoisty urok tego domu, że pełno w nim ludzi bez zaproszeń. Nigdy nie ma nic formalnego.
M.B.: To jest taki dom, do którego można wpaść tak po prostu…
|
|
| Marta - młodsza córka państwa Bryllów, licealistka, harcerka i kibic sportowy, mieszka jeszcze z rodzicami. fot. Adam Szczygieł SSP |
◗ Trudno zastać Was samych w domu?
M.B.: Przyznam się, że mam pewien specyficzny talent przyciągania brzydkich kacząt. Tylko bez skojarzeń politycznych. I te kaczęta, jeszcze kiedy byłam dziewczynką, zawsze za mną szły. Dziwni, czasami nieprzystosowani, zagubieni, piękni ludzie, czyli – jak Ernest ich nazwał – popaprańcy.
E.B.: Tak, potwierdzam. A skoro Małgosia powiedziała o polityce, to przypominają mi się nasze imprezy, spotkania…
◗ Sławne na całą Polskę, huczne i niezapomniane, na 200 i więcej osób.
E.B.: No właśnie. Ostatnio się nie spotykamy, bo ludzie za bardzo wkręcili się w wyżymaczkę polityki. Szkoda ogrodów i obiadów na te tematy. Politycy u nas nie bywają. Nawet przyjaciele, jak pójdą w politykę, mówią mową z innego świata.
◗ Ale ten dom był świadkiem wielu stricte politycznych spotkań.
M.B.: No tak, w stanie wojennym nocowały tu różne osoby. A potem był rok 1989, świętowaliśmy triumf i nie było podziałów.
E.B.: Wielkie zwycięstwo. Tak, wtedy bywały takie spotkania, w których uczestniczyli wszyscy ze wszystkich możliwych frakcji opozycyjnych.
M.B.: Bo umieliśmy być razem. Teraz nie umiemy. Może dominuje interes, a może polityka albo coś, nad czym nie warto się zastanawiać.
◗ Nie ma już powrotu do tej wspólnoty?
E.B.: Nie.
M.B.: Jest, jest, ale trzeba szukać nowych dróg, przez człowieka, a nie przez politykę.
E.B.: Dlatego tak strasznie należy bronić tego, by nie dochodziło do kłótni. Bo to nie są dyskusje, to jest bijatyka, bez argumentów. Spotykamy się z emocjami, z nienawiścią.
M.B.: Pamiętasz hasło naszego ostatniego spotkania imieninowego w ogrodzie?
◗ Tak!
Razem: Ponieważ nie ma kraju, niech chociaż będzie dom!
E.B.: I wywiesiliśmy sztandar, i było nawet przemówienie do Narodu. Derfel grał na trąbce i mówiliśmy: „Bądźmy dla siebie bliscy! Nie dajmy się podzielić!”.
◗ Ile lat jesteście razem?
M.B.: O Matko!
E.B.: Dużo. Trzydzieści z groszem.
M.B.: Trzydzieści sześć.
◗ Jak się poznaliście?
E.B.: Małgosia przyszła do mnie na wieczór autorski, pełna pretensji i podejrzeń, z pytaniem, jak mi się udaje publikować takie rzeczy w takim kraju.
M.B.: Byłam wtedy uczennicą klasy maturalnej, krakowianką z mocno opozycyjnego środowiska. Taki Bryll, który publikował odważne, niewygodne dla władzy teksty, musiał być podejrzany, bo niby jak on to przez cenzurę przeprowadzał?
◗ Podejrzany, czyli ubek albo przynajmniej współpracownik?
M.B.: Może nie tak ostro, ale na pewno z koneksjami, więc musiałam mu zadać to pytanie: „Kto za Panem stoi?”. Pomimo tego pytania wszystko, co Ernest pisał, bardzo, bardzo mi się podobało. Wysoko to ceniłam, frapowało mnie tylko, jak to możliwe.
|
|
| Magda - starsza córka państwa Bryllów, dziś już dorosła. To typowa artystyczna dusza. Skończyła studia filmowe, dużo podróżuje. fot. Adam Szczygieł SSP |
◗ Pamiętasz, co odpowiedziałeś?
E.B.: Nie.
M.B.: Ja też nie pamiętam, ale pamiętam, że pierwsze nasze spotkanie zaczęło się o godzinie ósmej, a skończyło grubo po północy. Zaciągnęłam Poetę pod dom, kazałam poczekać. Wpadłam na chwilę do domu, zostawiłam kwiaty, które od niego dostałam, a które wcześniej ktoś wręczył jemu na tym wieczorze autorskim. Rzuciłam kwiaty w drzwiach, do mamy krzyknęłam: „To ja idę na kolację z Bryllem”. Mama stuknęła się w czoło, a ja wybiegłam z domu. Ernest zapytał, jaką restaurację proponuję, a ja na to, że nie wiem, bo nigdy w żadnej nie byłam.
E.B.: Małgosia była pełna podejrzeń. Wtedy rzeczywiście trudno było coś przez cenzurę przeprowadzić. Ale ją chyba przekonał moment, kiedy była na mnie taka straszliwa nagonka, szczególnie w Krakowie. Zdjęto moją sztukę, były uchwały komitetu partii, że pluję w Wisłę, cała akcja bardzo partyjnej wtedy „Gazety Krakowskiej”…
M.B.: I okazało się, że to wszystko, co powiedział, że nikt za nim nie stoi, to prawda.
E.B.: Nagle zobaczyłaś, że mówię prawdę. Bo działy się rzeczy straszne: książki na przemiał, sztuki z afiszy, odebranie paszportu.
◗ Co się stało, że w tej młodej dziewczynie zobaczyłeś kobietę swego życia?
M.B.: Nie wiem, czy on wtedy zobaczył… O tym wywiadu nie będzie.
E.B.: Nie wiem, jak to było.
M.B.: Oboje nie wiemy. Nie wiemy, dlaczego trzeciego dnia on musiał napisać do mnie pocztówkę, choć nigdy nie pisał i nie pisze do nikogo i choć nie znał adresu. Wiedział tylko, że dom naprzeciwko „Życia Literackiego”. Napisał, a ona doszła. Dlaczego napisał? Nie wiem. Dlaczego tam poszłam? Nie wiem. Co się stało? Nie wiem. Jeszcze długo potem nie było żadnego wielkiego LOVE. Myśmy się znali, trochę ze sobą korespondowali.
E.B.: Co najmniej siedem lat.
M.B.: Tak, siedem.
E.B.: Ty chcesz dojść do czegoś, do czego dojść się nie da. To jest jak pogoda: meteorologowie tłumaczą, ale to i tak nic nie daje. Między nami jest duża różnica wieku, 19 lat.
◗ Nie przeszkadzało Ci to, Małgosiu?
M.B.: Wtedy? Nie. Nie czułam tego. A teraz? Tym bardziej nie… Poczułam to jedynie dlatego, że jego znajomi bywali „okropni”.
E.B.: Poczuła to, gdy moi koledzy starali się jej udowodnić, że jest za mało przygotowana intelektualnie. Znęcali się nad nią.
M.B.: Mnie to nie przeszkadzało. Ale kiedy masz do czynienia z mężczyzną, który już tak wiele osiągnął, a ty jesteś na początku życia – dzieli was 19 lat wiedzy i doświadczeń, także intelektualnych – to jest stresujące.
◗ O co najczęściej się kłóciliście, kiedy byliście już razem? Mówiliście już o kłótniach w tym salonie.
M.B.: Nie, to nie były kłótnie... Spory jakieś.
E.B.: W zasadzie o nic bardzo poważnego jeszcze się nie kłóciliśmy. Były pewne różnice zdań. Pamiętam taką sytuację, gdy proponowano mi objęcie pewnej politycznej funkcji.
M.B.: A tak, wtedy tak.
E.B.: Usłyszałem wtedy od Małgosi, że jeśli się zgodzę, to mam nie wracać do domu, bo jej nie interesuje życie polityczne. I miała rację.
M.B.: Mamy duże poczucie humoru na własny temat i nauczyliśmy się omijać takie sytuacje. Generalnie nie ma w nas przeciwności. On mnie denerwuje cały czas, więc zgodnie z logiką wszystko się znosi.
E.B.: Gdy dwie, trzy rzeczy się skumulują, to mnie to strasznie denerwuje. Ja jestem trudny.
M.B.: Bywa okropny.
E.B.: A Małgosia ma z kolei taką cechę, że wydobywa ze mnie wszystko. Nie chcę o czymś mówić i kiedy trzeci raz pyta: „Dlaczego jesteś taki zdenerwowany?”, wściekam się jeszcze bardziej.
M.B.: W małżeństwie cały czas trzeba z czegoś rezygnować i dogrywać się. Nie ma tak, że nie ma siły. Ale małżeństwo to także walka o siebie.
E.B.: Pamiętam, jak płynąc promem po kanale La Manche usnęliśmy na ławkach na pokładzie i opaliliśmy sobie po pół twarzy każde. Byliśmy szczęśliwi.
M.B.: On miał jedną połówkę twarzy opaloną, a ja przeciwległą, bo usnęliśmy przytuleni.
E.B.: Niedługo potem byliśmy w Delph. Wynajęliśmy pokój i było tam coś szalenie domowego.
M.B.: I wtedy kupiłeś mi pierścionek. Pamiętam radość na Twoje 60. urodziny. Byłeś ambasadorem w Irlandii. A pamiętasz, jak udało mi się zrobić w Irlandii imprezę, absolutną niespodziankę?
E.B.: Tam przyszedł cały kwiat irlandzkiej śmietanki arystokratyczno-artystycznej i dyplomatycznej i wszyscy na paluszkach bez butów przemykali do naszego salonu.
M.B.: Ernest leżał w łóżku, niczego nie podejrzewając. Córka zagadywała go, pytając, skąd się biorą dzieci…
E.B.: …i czy jestem spełniony i szczęśliwy z Małgosią.
M.B.: Radość zrobienia komuś radości to jest naprawdę to.
E.B.: Do dziś, kiedy robimy jakieś przyjęcie, to nie dla przyjęcia, tylko po to, żeby pobyć razem.
|
|
| Małgorzata i Ernest Bryllowie fot. Adam Szczygieł SSP |
◗ Magda i Marta, Wasze córki, chyba nie ułatwiły Wam tej walki o siebie?
E.B.: Niektórzy artyści uważają, i może mają rację (ja tak nie uważam), że posiadanie domu, dzieci, zobowiązań ogranicza możliwości artystyczne, że człowiek się nie rozwija, nie tworzy. I rzeczywiście, mamy takie wspomnienia z naszą starszą córką Magdą, która przez dwa miesiące po urodzeniu niemal non stop przeraźliwie płakała. A płacz dziecka to jest broń straszna, niesamowicie denerwująca, wprowadzająca stały niepokój. W ogóle wtedy nie spaliśmy. Był wrzask, niedospanie, krańcowe wycieńczenie. Dziś wiem, że to trzeba po prostu przyjąć – ale to dziś jestem taki mądry, wtedy w ogóle się na to nie godziłem.
M.B.: Dzieci są najważniejsze.
E.B.: Dzieci są bardzo ważne, ale nie można mówić, że są najważniejsze.
M.B.: No ale są.
◗ Ważniejsze niż mąż?
M.B.: No właśnie, to jest takie staroświeckie pytanie: czy dzieci są ważniejsze, czy mąż? To wszystko prawda, ale ja mówię w kontekście tworzenia rodziny. Dzieci są niezmiernie ważne.
◗ To już nie najważniejsze?
M.B.: To dzieci dają sens istnienia. Nie zapomnę tego momentu… Jestem anglistką, natłumaczyłam się w życiu, zrobiłam wiele różnych rzeczy, które dały mi dużo satysfakcji, ale jak urodziłam Magdę, pierwszą córkę, to przeżyłam olśnienie, że to jest właśnie najważniejsze. Dzieci są sensem życia.
E.B.: Ale trzeba z tym uważać. Bo bardzo często przywiązanie do dzieci jest przywiązaniem do samego siebie. Realizujemy przez dzieci to, czego sami pragnęliśmy, o czym marzyliśmy. Lepiej nie marzyć, jakie te nasze dzieci mają być. Niech one po prostu są.
M.B.: Nie o tym mówię. Nie chodzi o to, żeby uciekać od własnego życia, a dzieciom życie urządzać.
E.B.: A ja nie mówię teraz o tobie, ale że w życiu tak czasem jest. Dzieci, dzieci i dzieci. Dzieci trzeba urodzić, szanować, starać się wychować, ale nie można zastępować dziećmi tego, co konkretnie masz zrobić w życiu, w pracy, w twórczości. Nie można twórczości zastępować dzieci.
◗ Małgosiu, jakim ojcem jest Ernest?
M.B.: Ojcem, o którym kiedyś Krysia Janda powiedziała, że ma serce z czekolady. Czyli że jest takim dobrym ojcem, który na wszystko się godzi. I kiedy córki mają prawdziwy problem, wtedy nie idą do Ernesta, tylko do mnie, bo wiedzą, że on i tak na wszystko się zgodzi.
◗ A jaką matką jest Małgosia?
M.B.: Okropną! (Śmiech)
E.B.: Małgosia jest mamą bardzo dobrą. Dzieci żyją z nią w przyjaźni, mają ze sobą bliską relację. Dużo jej o sobie opowiadają, nawet teraz, gdy są starsze. Małgosia ma cechę nauczycielską – może dlatego, że kiedyś uczyła – to znaczy dopytuje.
◗ A bywa tak, że jesteś trzecim dzieckiem w rodzinie?
E.B.: Nie, nie.
M.B.: On jest dzieckiem cały czas, chce tym dzieckiem zostać. Każdy mężczyzna jest dzieckiem, prawda?
E.B.: E tam. Kiedy dzieci coś sknocą, to uważam, że trzeba im to powiedzieć.
M.B.: Ale nie mówisz im, więc może zostawmy ten temat.
E.B.: No nie mówię.
|
|
| Pamiątki rodzinne w domu Państwa Bryllów fot. Adam Szczygieł SSP |
◗ Czyli jest tak: „Gdy dzieci coś zepsują, wtedy uważam, że Małgosia powinna im coś powiedzieć”. Tak?
M.B.: Właśnie tak.
E.B.: Może, ale wiesz, ja nie lubię tego słuchać, jest mi przykro…
M.B.: On jest poetą.
E.B.: Jest mi przykro, bo nie lubię konfliktów w domu…
M.B.: On wtedy wychodzi. Nie widzi, nie słyszy, nie mówi.
E.B.: Nie lubię kłótni z dziećmi ani rannych nawoływań: „Marta, wstań do szkoły!”.
◗ Czy dziewczyny kiedyś dostały od Was lanie?
E.B.: Co? Nie. Ode mnie nigdy.
M.B.: Nie wiem, chyba nie. Może kiedyś jakiegoś klapsa.
E.B.: To nie jest tylko kwestia temperamentu, ale też pewnego założenia. Bo to byłoby przyznanie się do kompletnej porażki.
◗ Czy macie jakieś miejsce na mapie Polski, do którego uciekacie?
E.B.: Nie, chyba nie. Dom nam wystarczy.
M.B.: My raczej nie wyjeżdżamy nawet na wakacje, bo z domu, który kochamy, trudno jest wyjechać.
E.B.: Być może dlatego, że sporo jeżdżę po Polsce z wieczorami poetyckimi. Ten dom jest domem, przez który przewalają się tłumy interesujących ludzi. Nie można tu narzekać na brak dyskusji, rozmów i wrażeń.
◗ Ale ja pytam o odpoczynek!
E.B.: Kiedyś próbowaliśmy wyjechać na wczasy, ale to jest dla nas…
M.B.: Męczarnią…
E.B.: Tak, męką. Jest nakaz odpoczywania, więc wszyscy odpoczywają, a ty nie chcesz. Moim odpoczynkiem jest spotkanie z człowiekiem, dyskusje, wizyty. Jestem w szczęśliwej sytuacji, że mam swoje miejsce pracy, gdzie przychodzą ludzie, radzą się, pracujemy. W każdej chwili mogę pójść i położyć się spać. Poza tym są zwierzaki. Nie możemy wyjeżdżać także ze względu na nie.
M.B.: Wakacje nie muszą być w ciepłych krajach i nie wiadomo jak długie. Czasem schodzę tu w dół, od ulicy Puławskiej, i na tym krótkim zielonym odcinku, podczas spaceru, mam te wakacje, spotkanie z sobą samą i z Bogiem.
E.B.: Jak czasami chodziłem po tych naszych mokotowskich zielonych alejkach na działkach z Liffey, naszym psem, który niedawno odszedł, to spotykałem się w myślach ze wszystkimi ludźmi, którzy zmarli, a ja ich znałem. Nawet ich specjalnie nie zapraszałem, tylko im dawałem czas. I tam się pojawiały całe grupy ludzi, którzy już nie żyją, a którzy odegrali w moim życiu jakąś rolę.
M.B.: Kiedy idę moją dróżką z góry, to myślę o tych, którzy odeszli, i są to głównie kobiety, które miały kłopoty z Bogiem.
E.B.: Nie ma naszego „ja” bez ludzi, którzy odeszli. Mówiliśmy o istocie domu. Dom składa się też z obecności innych, którzy przechodzą, będą może przez chwilę. Przychodzą, choć już dawno odeszli. Dom to odczuwanie przyjaznej obecności innych wobec ciebie i ciebie wobec innych. Dom jest tam, gdzie chce być twoje prawdziwe „ja”.
M.B.: I gdzie ty chcesz siedzieć… Ale niech się nikomu nie wydaje, że przychodzą do nas tylko ludzie wygodni, bo wielu stwarza dyskomfort albo ciężką atmosferę. Czasami jesteśmy śmiertelnie zmęczeni.
◗ Ale nie zatrzaskujecie, nie ryglujecie drzwi?
E.B.: No nie.
M.B.: Nie, bo jak? Nie otworzysz?
◗ Był taki moment w Waszym życiu, kiedy Ernestowi groziła śmierć, prawda?
E.B.: To prawda, za wesoło nie było. Mocno zablokowane tętnice, lekarze uznali, że konieczne są by-passy.
M.B.: Tak, to był ważny moment, w którym poczułam, jakby ktoś stuknął mnie po ramieniu. Bóg z nieba dotknął mnie palcem i powiedział: „Uważaj, Małgośka, nie jesteście tu na zawsze”.
E.B.: To było trzy tygodnie przed Bożym Narodzeniem. Uparłem się, że na święta mam być zdrowy i dwa dni przed świętami byłem w domu. To były szczęśliwe święta.
M.B.: Operacja była 8 grudnia, w uroczystość Niepokalanego Poczęcia Maryi, i chwała Jej za to. Do dziś nie ma 8 grudnia, byśmy nie dziękowali. Po tamtym czasie została mi pewność, że choćby było milion rzeczy do zrobienia, nie wolno zapominać o tym, co najważniejsze.
◗ Bardzo dziękuję za rozmowę.











