![]() |
| Jan i Valerie Roy-Wojciechowscy w domowej bibliotece. fot. Karen McMillan |
W tym roku kończy 76 lat. Nie zna jednak dokładnej daty swojego urodzenia, bo jego metryka zaginęła podczas drugiej wojny światowej. Wie, że urodził się na wschodnich terenach Polski. Miał około sześciu lat, kiedy we wrześniu 1939 roku Niemcy napadły na Polskę. Niecałe trzy tygodnie później do Polski wkroczyły wojska sowieckie. W tych dniach ojciec Jana, bohater pierwszej wojny światowej, został aresztowany i – o czym rodzina dowiedziała się dopiero wiele lat później – zastrzelony.
Droga z Syberii
10 lutego 1940 roku Jan, jego matka, brat i trzy siostry znaleźli się wśród ćwierć miliona ludzi deportowanych z terenów wschodniej Polski. Mieli piętnaście minut na to, aby spakować swój dobytek. Sowieci załadowali ich w wagony bydlęce i wywieźli do obozów pracy na Syberię i w pobliże koła podbiegunowego. Ta straszna podróż trwała sześć tygodni. Zanim dotarli na miejsce, zmarła jedna na dziesięć osób. Jak mówi Jan: „Przeżyliśmy tę wyprawę, ale potem spędziliśmy 18 strasznych miesięcy, pracując niewolniczo w surowych warunkach obozu arktycznego. Pod koniec drugiej zimy połowa tych, którzy przyjechali razem z nami, już nie żyła…”.
W 1941 roku rodzina Jana dostała pozwolenie na opuszczenie obozu, ale kiedy dotarli do Bukarty w Uzbekistanie, matka zachorowała na gruźlicę. Zmarła, a pięcioro osieroconych dzieci ewakuowano do Persji (dzisiejszego Iranu). Stąd w październiku 1944 roku Jan z dwiema siostrami i prawie 800-osobową grupą polskich sierot uchodźców trafili do Nowej Zelandii, razem z nowozelandzkimi żołnierzami powracającymi z frontu na Środkowym Wschodzie. Brat Jana przyłączył się do angielskich sił powietrznych i później powrócił do Polski, jedna z sióstr zaś została w Iranie.
W nowym kraju
Jan dobrze pamięta pierwsze wrażenie po przybyciu do swojego nowego kraju. „Po wpłynięciu do portu w Wellingtonie zobaczyłem małe domki z czerwonymi dachami, położone na szczytach wzgórz – mówi. – W żadnym innym miejscu nie widziałem czegoś podobnego”.
Wraz ze wszystkimi polskimi sierotami trafił na północ Nowej Zelandii do małego miasteczka Pahiatua (która to nazwa w języku Maorysów znaczy ‘miejsce spoczynku bogów’). Tam powstał specjalnie dla nich obóz, zwany popularnie „małą Polską”. Dzieci uczęszczały do polskiej szkoły prowadzonej przez siostry zakonne, które przybyły razem z nimi z Persji. Uczyły języka polskiego i jednocześnie angielskiego. Gdy w 1945 roku Polska została włączona do sowieckiej strefy wpływów, rząd nowozelandzki dał dzieciom i dorosłym wybór: albo pozostanie w Nowej Zelandii, albo powrót do Polski. Z ponad 800 polskich uchodźców tylko 45 dorosłych i dzieci postanowiło powrócić do kraju. Wszyscy Polacy, którzy pozostali w Nowej Zelandii, otrzymali pozwolenie na stały pobyt. Obóz został ostatecznie rozwiązany w 1947 roku, a dzieci rozesłano w różne strony Nowej Zelandii.
![]() |
| Tablica pamiątkowa w muzeum w miejscu dawnego obozu w Pahiatua. fot. Karen McMillan |
Jan wyjechał wtedy do szkoły z internatem. Skończył college i studia uniwersyteckie. Podczas studiów przyjął imię John Roy – najkrótsze, jakie znalazł w książce telefonicznej. Tuż przed emeryturą, w wieku 60 lat wyznał: „Miałem trochę szczęścia i odniosłem spory sukces”. Nie ma w tych słowach przesady: jako biznesmen założył wiele dużych firm, m.in. Mainzeal czy Mair Astley. Dzisiaj jest już na emeryturze, lecz ciągle żyje aktywnie, poświęcając swój czas polskiej sprawie.
Zaszczytna funkcja
„Ze wszystkich moich osiągnięć najbardziej cenne jest to, że rząd polski poprosił mnie o reprezentowanie Polski w Nowej Zelandii” – mówi. W październiku 1998 roku ówczesny minister spraw zagranicznych, profesor Bronisław Geremek, mianował Jana Wojciechowskiego polskim konsulem honorowym. Odtąd Jan wiele czasu poświęca na współpracę z polską społecznością, pomaga Polakom w Nowej Zelandii oraz reprezentuje polski rząd na spotkaniach dyplomatycznych.
Twierdzi, że po największych falach emigracji z Polski, które miały miejsce po drugiej wojnie światowej i pod koniec lat osiemdziesiątych, dzisiejsza emigracja jest o wiele mniejsza. „Ludzie, którzy obecnie przybywają z Polski do Nowej Zelandii, są zazwyczaj znakomicie wykształceni, mają dobre zaplecze finansowe i przyjeżdżają tu w poszukiwaniu innego stylu życia niż europejski”.
Życie rodzinne
Kiedy Jan mówi o swoim życiu, widać, że liczy się dla niego nie tylko praca. Bardzo ważna jest rodzina. Z Nowozelandką Valerie są małżeństwem już ponad 50 lat, mają sześcioro dzieci. Są bardzo zżytą rodziną, zakorzenioną w społeczności Howick, przedmieścia Auckland, gdzie mieszkają.
Oboje także czują się mocno związani z Polską. „Mamy dom we wschodniej Polsce – mówią Jan i Valerie. – Jeździmy tam co roku. Zabieramy ze sobą dwoje albo troje naszych dzieci lub wnucząt, aby pokazać im tamtejsze życie, a także przypomnieć o ich pochodzeniu. Nasz dom położony jest w małej wiosce, która liczy nie więcej niż sto domów. Najbardziej pociąga nas spokój tej okolicy – czegoś takiego nie spotykamy nawet w Nowej Zelandii”.
Jan mówi o sobie: „Jestem Nowozelandczykiem i Polakiem. To interesująca kombinacja”. Tak, to jest rzeczywiście interesująca kombinacja – podobnie jak niezwykłe są jego losy.
Tłumaczenie: Martyna Przybysz








